Legenda himalaizmu pod wrażeniem Andrzeja Bargiela. "To zupełnie inna klasa"

- Andrzej Bargiel połączył swoje naturalne cechy: świetną wydolność i kondycję. Jest pewnie jeden taki organizm na milion i trzeba być Jędrkiem, aby na coś takiego się porwać - mówi Sport.pl Leszek Cichy. Pierwszy zimowy zdobywca Mount Everestu opowiada także, jak obecnie Szerpowie ułatwiają wspinaczkę wysokogórską. - Na szczęście jeszcze nie wnoszą himalaistów na szczyt - zaznacza.

To miał być trzeci raz, kiedy Andrzej Bargiel zapisze się w historii za sprawą zjazdu na nartach z wierzchołka ośmiotysięcznika aż do bazy, bez użycia dodatkowego tlenu. W 2015 roku dokonał tego jako pierwszy na Broad Peaku, a trzy lata później na K2. Teraz po raz drugi mierzył się z Mount Everestem. Musiał jednak zrezygnować - tak jak cztery lata temu - z powodu złych warunków pogodowych. Leszek Cichy - który w 1980 roku razem z Krzysztofem Wielickim był autorem pierwszego zimowego wejścia na najwyższy szczyt Ziemi (8 848 m n.p.m.) - nie ma wątpliwości, że jeżeli komuś ma się taki zjazd kiedyś udać, to należącemu do światowej elity skialpinizmu 34-latkowi.

Zobacz wideo Andrzej Wawrzyk zaliczył mocny nokaut. Wracał do ringu po 6 latach

Agnieszka Niedziałek: W ostatnich dniach o Mount Evereście wspominano w Polsce sporo ze względu na Andrzeja Bargiela. Czy skialpinizm to nowoczesna forma, która może coraz bardziej wypierać tradycyjną wspinaczkę wysokogórską?

Leszek Cichy: Mount Everest obecnie jest głównie celem wypraw komercyjnych i nie jest to himalaizm. Jednak to, co robi Andrzej to zupełnie inna klasa. Czy to jest coś nowoczesnego? Myślę, że nie. Pamiętam, że w latach 70. były zjazdy z obozu czwartego do drugiego. Ale z samego wierzchołka - nie. Na pewno nie jest to powszechne. Jest tylko paru takich zjazdowców. To jak ośmioosobowy finał olimpijski w konkurencji lekkoatletycznej. Choćby kilka dni temu wybitna himalaistka Hilaree Nelson zginęła w trakcie zjazdu z Manaslu. Po tym, jak Andrzej zjechał kilka lat temu z K2, powiedziałem jednemu z dziennikarzy, że mogę się założyć o dowolną sumę, że prawdopodobnie przez 30 lat nikt tego nie powtórzy. A nawet przez 50 lat.

Wcześniej mówił mi pan, że do zrealizowania takiego zjazdu potrzeba ogromnych umiejętności, takiego samego doświadczenia i wiedzy o poruszaniu się w takich warunkach.

Z tego, co pamiętam historię Andrzeja, to narty po raz pierwszy założył, gdy miał pięć lat i całe jego życie to narty. Pierwsze były chyba z desek i oczywiście nie jeździł po stokach przygotowanych, tylko po naturalnych. Podchodził w górę i zjeżdżał. To jest ogromne 30-letnie doświadczenie bycia w górach i zajmowania się narciarstwem.

K2 bardzo strome, Mount Everest bardziej zróżnicowany. K2 bardzo strome, Mount Everest bardziej zróżnicowany. "Najtrudniejszy przy zjeździe ostatni odcinek"

Pan widzi w nim bardziej narciarza czy wspinacza wysokogórskiego?

W jego przypadku nie da się tego rozdzielić. Połączył naturalne cechy - świetną wydolność i kondycję. Jest pewnie jeden taki organizm na milion. On tak naprawdę mógłby uprawiać każdy sport wytrzymałościowy. Byłby pewnie świetnym długodystansowym biegaczem czy kolarzem itp. Byłby mistrzem. To są jego cechy naturalne i umiejętności nabyte przez 30 lat chodzenia i jeżdżenia po górach. Jest więc jednocześnie alpinistą, himalaistą i świetnym zjazdowcem.

Mówił pan, że zjeżdżano na pewnych odcinkach z Mount Everestu już 50 lat temu. To były początki skialpinizmu?

Wiem, że narciarstwo naturalne zaczynali uprawiać w Alpach Francuzi. Naturalne, czyli nie takie typowo zjazdowe, sportowe, tylko terenowe. To też było w latach 70. Sprzęt na pewno się od tego czasu poprawił. Jest specjalna konstrukcja nart, które pozwalają jeździć w głębokim śniegu. Ale też jest tak, że początkowo interesowała nas przede wszystkim eksploracja gór. To, by być pierwszymi na poszczególnych szczytach. A jeśli nie pierwszymi, to chociaż by mieć pierwsze przejście nową ścianą. Taka wyprawa trwa dłużej, bo na eksploracyjne trudne ściany trzeba liczyć dwa miesiące. Jędrek by się w tym nie czuł najlepiej. On jest indywidualistą. Chce mieć dowolność w realizowaniu celów i do tego dąży.

Na pewno cały ekwipunek Bargiela znacząco różni się od tego, który mieli do dyspozycji pionierzy narciarstwa wysokogórskiego.

Sprzętowo na pewno poszło to mocno do przodu. Ale przede wszystkim najpierw musiał powstać pomysł takiego zjazdu ze szczytu. W poprzednim wieku takich pomysłów nie było. Pamiętam, że Andrzej Heinrich na wyprawę zimową pod K2, czyli na przełomie lat 1987/88, wziął narty. Były więc w bazie. Mieliśmy tam takie malutkie pólko i przy złej pogodzie, przy której dało się jednak poruszać na terenie bazy, "Zyga" zjeżdżał z minigórki po lodowcu. Ale nie było pomysłu, by zjechać ze szczytu.

A pana nigdy nie kusiło, by spróbować?

Jak zaczynaliśmy, czyli znów mowa o latach 70., to było wręcz odwrotnie. Himalaiści i taternicy mieli nastawienie, że nie interesuje nas zjeżdżanie, tylko wspinaczka. Ja zacząłem bardzo późno jeździć na nartach. Jestem samoukiem, zjeżdżałem w wielu różnych górach, ale to nie było intensywne. Kilka lat temu zainteresowały mnie "biegówki". Biorę je często ze sobą i zarówno przy dobrej, jak i złej pogodzie mogę z nich korzystać. Nawet nie myślę o skialpinizmie. To nie dla moich umiejętności narciarskich i nie dla moich kolan.

Trzeba być Jędrkiem, żeby coś takiego robić. Proszę zauważyć, że on nie ma w zasadzie następców. Fakt, Anna Tybor zjechała z Manaslu. Aleksander Ostrowski próbował rywalizować z Andrzejem, ale kilka lat temu zginął podczas zjazdu. To, co robi Jędrek, to jest ścisły finał olimpijski w konkurencji lekkoatletycznej.

Wspomniał pan na początku, że Mount Everest to obecnie głównie cel wypraw komercyjnych. Kiedyś wydawał się dostępny tylko najlepszym, ale ta elitarność odeszła już chyba w zapomnienie.

To nie dotyczy tylko Mount Everestu. Obecnie Nepalczycy, Szerpowie w zasadzie zaporęczowali prawie wszystkie ośmiotysięczniki. Oczywiście, najłatwiejsze drogi. Na filmie o zjeździe Jędrka z K2 jest taki fragment, jak wchodzi na szczyt i widać, że zaporęczowanie kończy się dokładnie na szczycie. To inna era. Jest ta mania kompletowania Korony Himalajów i Karakorum i wiele osób próbuje to robić. To nie jest himalaizm sportowy. Nie mam nic przeciwko, bo tak już jest. Poszło to w tę stronę. Ja nazywam takie osoby chodziarzami himalajskimi. Bo mają zaporęczowaną linę, trzeba mieć dobrą kondycję, dobre warunki i się wchodzi. Szerpowie wszystko ułatwiają - poręczują, rozbijają namioty, wynoszą sprzęt. Na szczęście jeszcze nie wynoszą himalaistów na szczyt (uśmiech). Trzeba to zrobić mimo wszystko na własnych nogach, mieć ogromną motywację, żeby nie zawrócić, oraz szczęście do pogody i do tego, by to wszystko się udanie zakończyło.

Czy poza ułatwieniami ze strony Szerpów wpływ może mieć też to, że coraz więcej osób stać na taką wyprawę i pomaga im rozwój technologii?

Złożyło się na to kilka rzeczy. Po pierwsze, ekonomia zorganizowania karawany. Sprzęt wspinaczkowy też jest oczywiście obecnie lżejszy, lepszy. Ale ta najważniejsza zmiana i postęp to telefon satelitarny. Nawet nie chodzi o łączność. Ale w każdej chwili jest dostęp do aktualnych, bardzo dobrze sprawdzalnych prognoz pogody. Dawniej nie było wiadomo, czy jak wychodzi słońce, to okno pogodowe będzie trwało dzień, pół, trzy dni czy tydzień. Obecnie wszyscy korzystają z tych samych prognoz i jak jest dobra, to w bazie pod Mount Everestem jest 150 lub 200 wspinaczy, a do tego drugie tyle Szerpów z bagażami. I jak oni wszyscy widzą dobre okno, to jednego dnia te 300 czy 400 osób rusza na szczyt. Stąd się biorą te kolejki. Gdyby to rozłożyć na kilka dni, to wyglądałoby to jak dawniej.

Czy na ten konkretny szczyt wybierają się coraz częściej osoby nie do końca przygotowane do wspinaczki wysokogórskiej?

Rzadko kiedy to ktoś, kto nigdy nie był w górach. Najczęściej to ludzie, którzy chodzili już po Alpach, byli na Kilimandżaro, czy na jakimś ośmiotysięczniku i potem chcą wejść także na Mount Everest. Czasem zdarza się zupełnie świeży człowiek, ale to rzadkość. Ryzyko polega na tym, że takie wyprawy trwają krócej, z reguły w bazie jest 5-10 dni do dyspozycji. Wtedy aklimatyzacja jest dość płytka i od obozu drugiego ludzie korzystają już z dodatkowego tlenu. Wszystko powyżej wysokości 7 000 m osiągają dzięki niemu. Jeśli tam coś się zdarzy - zabraknie tlenu lub zamarznie butla - to jeśli takiej osobie nie doniosą drugiej butli, to z reguły po kilku godzinach na tej wysokości ona umiera. Nie ma możliwości jej pomóc. Poza lawinami, czyli warunkami pogodowymi, jest to główny czynnik dużej umieralności tam.

Komercjalizacja zniechęciła do tego szczytu przedstawicieli sportowego himalaizmu?

Tak. Nie ma praktycznie teraz wyjazdów. Jest jeszcze drugi powód. Właściwie można byłoby jeszcze spróbować wejść na szczyt bardzo niebezpieczną i nieprzyjemną drogą od strony Tybetu, ale wszystkie pozostałe zostały już właściwie zrobione. W związku z tym nie ma chęci powtarzania. Himalaizm zmienił się, bo Złote Czekany są wręczane za trudne przejścia ścianowe i to nowe. Nie liczy się powtarzanie. Takich zaś można dokonywać teraz nie na szczytach ośmiotysięcznych tylko niższych. Tam jest światowa czołówka, najlepsza "50" alpinistów. 

Więcej o: