W poniedziałek zaczyna się turniej na Roland Garros

Dwie rzeczy nie ulegają wątpliwości - Roland Garros to najbardziej wyczerpujący turniej w roku, natomiast największe, najbogatsze asy światowego tenisa bez wątpienia dopłaciłyby, żeby w Paryżu zwyciężyć

W poniedziałek zaczyna się turniej na Roland Garros

Dwie rzeczy nie ulegają wątpliwości - Roland Garros to najbardziej wyczerpujący turniej w roku, natomiast największe, najbogatsze asy światowego tenisa bez wątpienia dopłaciłyby, żeby w Paryżu zwyciężyć

Zdzisław Amroziak

Niewielu wie, że oficjalna piłka tenisowa ATP Tour już jest produkowana i testowana w trzech wersjach: standard, mini, maksi. Nie wchodząc w szczegóły, zmiany polegają przede wszystkim na wadze i objętości, a nawet twardości piłek. Różnice pomiędzy poszczególnymi wersjami są oczywiście znikome, kilka procent w górę lub w dół, natomiast ważna jest intencja i kierunek poszukiwań.

Chodzi o to, by wyprodukować piłkę "wolniejszą" od normalnej do gry na trawie, natomiast "szybszą" - do gry na kortach ziemnych. Od dziesięcioleci bowiem zarówno turnieje na Wimbledonie i na Roland Garros (oraz na wszystkich innych kortach trawiastych i ziemnych) bywają nużące, choć z zupełnie innych powodów. Na trawie, gdy grają prawdziwi specjaliści, nie ma na co patrzeć, bo wszystko sprowadza się do serwisu, returnu i pierwszego woleja. Na kortach ziemnych natomiast odwrotnie - wymiany bywają tak długie, że pasjonować mogą tylko prawdziwych fanów tenisa.

Oczywiście w tym roku w Paryżu, między 28 maja i 10 czerwca, nikt nudził się nie będzie, ale informacja o rozmaitych wersjach piłek jest symptomatyczna. Pozwala uchwycić istotę współczesnego tenisa. Jest nią specjalizacja, podobnie zresztą jak w wielu innych sportach. Wydawałoby się, że narciarstwo alpejskie to sport dość czytelny. Chodzi o to, żeby jak najszybciej zjechać na nartach od startu do mety. Jednak slalom specjalny i supergigant, nie mówiąc o zjeździe, to są zupełnie odmienne dyscypliny sportu, o czym wie każdy, kto choć raz puścił się na nartach w dół z bardzo wysokiej góry.

Na Roland Garros, jak wspomniałem, nudzić się nie sposób. Po pierwsze - francuski oddział Dunlopa produkuje, specjalnie na ten turniej, bardzo twarde i szybkie piłki, po wtóre, same korty są nieporównywalnie szybsze od tych choćby na Foro Italico w Rzymie, gdzie przed tygodniem zakończyła się ostatnia poważna próba sił. Wreszcie - jest to turniej wielkoszlemowy, a te od zawsze rządzą się szczególnymi prawami.

Jeśli nie teraz, to chyba nigdy

Od dawna wszyscy powtarzają, że w zawodowym tenisie jest zbyt wiele imprez, tenisiści grają zbyt często, czego smutne żniwo zbierane jest pod koniec roku, kiedy w najważniejszych imprezach mamy do czynienia ze scenami jakby wyjętymi z filmu "Czyż nie dobija się koni". Zarówno panie, jak panowie muszą gremialnie wycofywać się z turniejów z powodu kontuzji i ogólnego wyczerpania. Jednak teraz nadchodzi przełom maja i czerwca i, jak zawsze od roku 1891, stolicą światowego tenisa będzie Paryż, najelegantszy, najbardziej zadbany ze wszystkich wielkich szlemów. Znów zwykli widzowie i ludzie przed telewizorami będą nie tylko śledzić to, co dzieje się na kortach, ale i wypatrywać, czy pojawiła się Claudia Schiffer, czy Belmondo jest w swojej loży, ile koronowanych głów, prezydentów i premierów zajęło miejsca dla VIP-ów, bo Roland Garros to nie tylko turniej tenisowy, to wielkie, snobistyczne targowisko próżności, ale zapewniam - w najlepszym gatunku.

Dwie rzeczy nie ulegają wątpliwości - jest to turniej najbardziej wyczerpujący, w sensie atletycznym, ze wszystkich imprez w roku, natomiast największe, najbogatsze asy światowego tenisa bez wątpienia dopłaciłyby, żeby w Paryżu zwyciężyć. Dotyczy to, jak sądzę, przede wszystkim dwóch najlepszych graczy ostatniej dekady Pete'a Samprasa i Andre Agassiego. Obaj są już od kilku tygodni w Europie, obaj grają na razie fatalnie, ale dla obu ten pierwszy rok nowego wieku ma znaczenie szczególne.

Agassi to jedyny gracz od czasów Roda Lavera, który, choć nie w tym samym roku kalendarzowym, wygrał wszystkie cztery turnieje wielkoszlemowe. Powtórzenie wyczynów Lavera czy Steffi Graf, to znaczy zdobycie Wielkiego Szlema ze względu na wspomnianą wyżej specjalizację, jest zdaniem ekspertów niemożliwe. Jednak Andre wygrał już w tym roku w Melbourne. Stawiam orzechy przeciwko dolarom, że gdzieś w głębi serca marzy, żeby po niesamowitych dokonaniach ostatnich lat zgarnąć całą pulę. Jeśli nie teraz, to chyba już nigdy.

Sampras natomiast, zdaniem wielu, jest najlepszym tenisistą w historii sportu. Tego dowodzą statystyki i zarobki. Jednak "Pistol Pete" dołączy do długiej listy fantastycznych graczy, jak Connors, Ashe, McEnroe czy Becker, którzy nigdy nie wygrali na Roland Garros. Pete, po kolejnych nieudanych próbach na turniejach poprzedzających RG powtarza, że czuje się coraz lepiej, że uderza piłkę coraz lepiej, a także, że w tym roku w Paryżu będzie starał się przerwać fatalną serię porażek. Jednak choć to wspaniały sportowiec i wyjątkowa postać - nie jestem pewny, czy sam do końca wierzy w to, co mówi.

W ogóle tegoroczny Roland Garros będę obserwował przede wszystkim z amerykańskiej perspektywy. W tym kraju, który jest prawdziwym rajem dla tenisistów, gdzie do finału Wimbledonu, jak w przypadku ciemnoskórej Ziny Garrison, można trafić nieledwie wprost z powszechnie dostępnych kortów w parkach publicznych w Houston, gdzie klasowych graczy jest więcej niż gdziekolwiek indziej - z wyjątkową niechęcią mówi się o europejskich kortach z ceglanej mączki. "Dirty business", brudny interes, mówią każdorazowo Amerykanie, patrząc na swoje pantofle i skarpety po zakończonych meczach. Na ogół są to mecze przegrane.

Nadchodzi Roddick, ale wygra Kuerten

Nadzieję na odmianę przynosi fantastyczny młody człowiek, urodzony w Omaha, a mieszkający na stałe w Boca Raton na Florydzie Andy Roddick. Jest to indywidualność tak niezwykła, że z powodzeniem może wypełnić miejsce po Agassim i Samprasie, bo przecież chwila odejścia dwóch supergwiazd nadchodzi nieubłaganie. Roddick nie tylko w ubiegłym roku był najlepszy juniorem świata, wygrywając m.in. Australian i US Open. Nie tylko ma nadzwyczajną łatwość wszystkich uderzeń, zwłaszcza serwisu. Młody Amerykanin, w tenisowym towarzystwie nazywany A-Rod, ma przede wszystkim fantastyczną psychikę. Nic go nie onieśmiela, nie peszy, nie stresuje. Kiedy kilka miesięcy temu pokonał wielkiego Samprasa, powiedział wprost:

"Mówi się o mnie, że jestem przyszłością tenisa. Być może, ale nie odczuwam z tego powodu nadzwyczajnej presji. Po raz pierwszy pokonałem tenisistę z pierwszej dziesiątki ATP. Tak się złożyło, że to najlepszy zawodnik wszech czasów...".

Oczywiście nie Roddick będzie w tym roku faworytem w Paryżu. Będą nimi tradycyjnie Hiszpanie i zawodnicy z Ameryki Łacińskiej, nie mówiąc o apetytach gospodarzy. Swoją drogą, Hiszpanie zachowują się trochę jak straceńcy. Wiadomo od lat, że ich siła polega na wielkiej pracy i ostrej rywalizacji w małych grupkach, by wspierać się nawzajem w wielkich turniejach i Pucharze Davisa. Jednak niedawny finał z Hamburga, pomiędzy Albertem Portasem i Juanem-Carlosem Ferrero, który zakończył się nie tylko porażką po pięciu setach morderczej walki, ale i kontuzją Ferrero, był pojedynkiem na granicy szaleństwa. Podobnie szastał siłami przed rokiem Magnus Norman i pamiętamy, co z tego wynikło. W tej sytuacji spokojnie szykujący się do gry Gustavo Kuerten ma ogromne szanse, by wygrać w Paryżu po raz trzeci.

Amelie kontra Martina

Wśród pań, jak to zwykle w Wielkim Szlemie bywa, prawdziwy turniej rozpocznie się w drugim tygodniu, bo w pierwszych rundach faworytki wygrywają bez trudu. Nieutuleni w smutku są wszyscy wielbiciele reklamowanej na całym świecie bielizny Anny Kurnikowej, bo Rosjanka, choć nigdy w życiu nie wygrała turnieju WTA, kuruje kolejną kontuzję. Nie będzie też broniła tytułu Mary Pierce, która po serii niedawnych porażek otwarcie przyznaje, że zbliża się już do kresu wielkiej zawodowej kariery.

Pięć pierwszych z szesnastki rozstawionych, choć wszystkie bajecznie bogate i utytułowane, nigdy(!) nie zwyciężyły na kortach Rolanda Garrosa. Siostry Williams mają wystąpić obydwie, ale osobiście nie uwierzę w to, dopóki nie zobaczę ich na korcie. Najwięcej szans eksperci dają piekielnie silnej jak na niewiastę Amelie Mauresmo, która ten rok zaczęła tak dobrze jak nigdy przedtem. Wygrała już w cztery wielkie turnieje i Francuzi liczą, że zwycięży i w Paryżu. Osobiście sądzę jednak, że będzie to turniej Martiny Hingis. Po wielu komplikacjach sentymentalnych i rodzinnych Martina zrobi w Paryżu wszystko, aby wygrać wreszcie jedyny turniej, który już kilkakrotnie wymykał jej się z rąk. Jest to dla niej coś więcej niż turniej. To kwestia godności i dumy najlepszej tenisistki świata.