"Nasza metoda nie jest zakazana". Trener polskich kajakarek szuka rozwiązań. "Jak wtedy, gdy się podaje doping"

Łukasz Jachimiak
- Skoro jesteśmy na garnuszku państwa i możemy z tego fajnie żyć, to musimy się starać. Uznałem, że mogę pokazać, że to raczej nie szef ma się podobać pracownikowi, tylko pracownik szefowi - mówi Tomasz Kryk. Trener reprezentacji Polski kajakarek nie przestaje zdobywać z nimi medali. Ale chce więcej. Może nawet ma obsesję olimpijskiego złota.

Niecały rok temu na igrzyskach olimpijskich w Tokio polskie kajakarki wywalczyły dwa medale. Po srebro popłynęła dwójka w składzie Karolina Naja i Anna Puławska. A brąz zdobyła czwórka, w której z Nają i Puławską znalazły się Helena Wiśniewska i Justyna Iskrzycka.

Zobacz wideo Ondrasek deklaruje walkę o powrót do ekstraklasy. "Nigdzie się nie wybieram"

Na początku nowego sezonu trener Tomasz Kryk postanowił zrobić małe trzęsienie ziemi w kadrze. Na pierwszy Puchar Świata za Wiśniewską i Iskrzycką szkoleniowiec wstawił do czwórki Adriannę Kąkol i Dominikę Putto. - Uznałem, że mogę zaryzykować i pokazać, że to raczej nie szef ma się podobać pracownikowi, tylko pracownik szefowi - mówi nam trener Kryk.

Efekt ryzyka - pewne zwycięstwo polskiej czwórki w Racicach. W Czechach najlepsza była też nasza dwójka w niezmienionym składzie. W ten weekend kajakarki wystartują w Pucharze Świata w Poznaniu. Marzeniem grupy jest pierwsze w historii olimpijskie złoto dla polskiego kajakarstwa. Trener Kryk w rozmowie ze Sport.pl opowiada, jak z myślą o tym celu pracuje kadra.

Karolina Naja (z lewej) oraz Anna Puławska ze srebrnymi medalami Igrzysk Olimpijskich w TokioTomasz Kryk trener niebanalny. "Wszędzie woziłem po 20-30 kg ogórków kiszonych i kiszonej kapusty"

Łukasz Jachimiak: Dlaczego wymienił pan połowę składu czwórki, która na igrzyskach w Tokio zdobyła brązowy medal? To początek rewolucji, która ma dać mistrzostwo olimpijskie za dwa lata w Paryżu?

Tomasz Kryk: Myślę, że dwie dziewczyny, które się w tej czwórce nie zmieściły, mogą wyciągnąć wnioski. Mogą przemyśleć przygotowania, pracę z zimy. Powiedziałem im, że od 13 lat utrzymuję się z pracy z kadrą i że od zawsze stawiam na dokładność. Wszystkie nowe rozwiązania wprowadzam dopiero po sprawdzeniu ich na sobie i przez fachowców z Instytutu Sportu. Nigdy nie działam na łapu-capu. Treningi w górach, ćwiczenia oddechowe, wchodzenie do basenów z zimną wodą - to wszystko było najpierw zbadane pod kątem zysków i strat. Nie proponowałem zawodniczkom nic, co by szkodziło ich zdrowiu i temu, że są kobietami.

Niestety, po igrzyskach nie wszyscy chcieli podążać w wyznaczonym przeze mnie kierunku. Oczekuję od zawodniczek, że każdego dnia będą dbały o szczegóły, że będą trenowały tak, żeby być najlepszymi w grupie. Jeśli każdego dnia nie walczysz o drobne, ale istotne szczegóły, to przestajesz robić postępy.

W każdym razie to są młodzi ludzie i każdy może popełnić błędy. A że mam dużą grupę i jest w niej ostra rywalizacja, to uznałem, że mogę zaryzykować i pokazać, że to raczej nie szef ma się podobać pracownikowi, tylko pracownik szefowi. Uważam, że skoro jesteśmy na garnuszku państwa, skoro na nasze stypendia podatnicy łożą niemałe pieniądze, skoro korzystamy z różnych programów, ze wspomagania od spółek skarbu państwa, skoro możemy z tego naprawdę fajnie żyć, to musimy się starać.

Czyli Wiśniewskiej i Iskrzyckiej pan nie skreśla, ale trochę chce im dać po nosie?

Nie, może nie tak ostro. Jest pan pierwszą osobą, która zapytała o powody zmian i mówię otwarcie, jak to wszystko widzę. Bez pretensji do dziewczyn.

Jakie nowości wprowadził pan do treningów? Już w Tokio mówił nam pan, że ma pomysły na reformy i innowacje. Wiem, że zawodniczki zaczęły się poddawać hipnozie. Co jeszcze zaczęliście robić?

Myśmy mocno poszli w kierunku metody Wima Hofa, czyli ćwiczeń oddechowych. I w kierunku wystawiania się na zimno. Zimą korzystamy z polskich jezior, a teraz wszędzie ze sobą wozimy basen, który schładza wodę do pięciu stopni. W Wałczu mamy urządzenie, które pozwala nam robić kąpiele w wodzie. Dzięki dużej, przemysłowej kostkarce produkujemy lód, po kilkadziesiąt kilogramów, i wsypujemy go do wanny z wodą. To naturalne metody pobudzania układu produkującego hormony anaboliczne.

Czyli to dozwolony doping?

Wim Hof opracował metodykę tego treningu. Poddał się badaniom na jednym z uniwersytetów w Holandii. Na początku myślano, że on jest wybrykiem natury i nie ma co brać wyników pod uwagę. Wtedy zadeklarował, że według swojej metody przygotuje grupę ludzi i naukowcy będą mogli wszystkich zbadać. Potwierdziło się, że u wszystkich zaszły zmiany w fizjologii.

Jakie to zmiany? Co się zyskuje?

Poprzez poddawanie organizmu skrajnym bodźcom stymuluje się go tak, jak wtedy, gdy się podaje doping, sztuczne hormony. Podczas kąpieli w kaszy lodowej nasz termometr pokazuje temperaturę od 0,5 do 1 stopnia Celsjusza. W takich warunkach ciało się broni i następuje obkurczenie naczyń krwionośnych. To mocny trening dla układu krążenia, bo po wyjściu do ciepłego naczynia się mocno rozszerzają. Wtedy wydzielają się hormony anaboliczne. Mówi się o endorfinach, a przede wszystkim człowiek czuje się bardzo pobudzony. Przed treningami szybkości czy siły maksymalnej rozgrzewamy się wejściami do lodowej kaszy na czas od minuty do półtorej. To idealnie pobudza.

Czyli rozgrzewacie się poprzez wejście do lodowatej wody - mamy paradoks.

Prawda. Zwróćmy uwagę na to, że nasi przodkowie, nawet nie tak bardzo dalecy, nie byli wyposażeni w samochody z ogrzewaniem, nie mieli superocieplanych butów i kurtek, a dawali radę przemieszczać się po Europie w srogie zimy. My mamy w sobie zapisaną dużą wytrzymałość, ale poprzez wygodne życie nasze ciała tracą adaptację. Nasz naturalny układ przestaje się dostosowywać do zmiennych warunków, bo my warunki dostosowujemy do siebie.

Zapytam jeszcze raz - idzie w kierunku stosowania czegoś w rodzaju dopingu, ale zdrowego i legalnego?

Tak, nasza metoda nie jest zakazana. Jest jak podawanie preparatów, które pobudzają. Organizm ma do wyboru - walczyć albo uciekać. Gdy walczymy, przekraczamy granice, zwiększamy swoje możliwości. My, ludzie, mamy w sobie rezerwę siły, którą potrafimy zmobilizować, gdy stajemy na przykład przed dzikim zwierzęciem i musimy ratować życie. Albo gdy zagrożone jest nasze dziecko i zrobimy wszystko, żeby je ocalić. Wtedy damy z siebie więcej, niż myślimy, że możemy.

Słucham pana i przypominam sobie, jak dawno temu w Australii była afera, bo trener wpuszczał do basenu małe krokodyle, żeby dzieci w strachu szybciej finiszowały.

Oj, aż tak skrajnie nie działamy. Ale w styczniu w Alpach przy minus 10 stopniach Celsjusza przez godzinę wspinaliśmy się na wysokość 2800 metrów ubrani bardzo cienko - ja byłem tylko w spodenkach, a zawodniczki w cienkich legginsach 3/4 i w topach.

Karolina Naja (z lewej), Beata Mikołajczyk i trener polskiej kadry kajakarek Tomasz KrykTrener Polek mógł zarabiać więcej u rywali. Ale chce złota dla Polski i apeluje do władz

W swojej grupie szuka pan nowych rozwiązań, a co się dzieje na linii pan - władze polskiego sportu? Pytam, bo pamiętam, jak w Tokio powiedział nam pan: "Mam już parę wniosków, które przeleję na papier i może władze polskiego sportu się nad tym pochylą. A może uznają, że wszystko jest okej, że nie należy nic zmieniać".

Nic się nie zmieniło. Odbyły się spotkania tuż po igrzyskach, ale za chwilę minie od igrzysk rok i jest, jak było. Trudno, nie narzekamy, robimy swoje.

Ale na przykład telemetrię, dzięki której Niemcy analizują prędkości łodzi, nadal chciałby pan mieć?

Pewnie musiałbym zapewnić, że sam to będę obsługiwał. Kilka dni temu na Pucharze Świata w Racicach obserwowaliśmy, jak duży jest zespół kadry Nowej Zelandii czy Niemiec. My mieliśmy sztab trzyoosobowy - byłem ja, był trener od ćwiczeń oddechowych i był fizjoterapeuta. A u naszych najgroźniejszych rywalek na reprezentację przypada po 20 osób do obsługi.

Czyli jest wielka różnica. W Tokio nie chciał pan jej pokazać, zbył nas pan, powiedział, że tego nie liczy, że się na tym nie koncentruje.

Bo ja generalnie nie narzekam. Po igrzyskach w Rio w 2016 roku powiedziałem parę słów, ale nic się nie zmieniło. Trzymam się więc maksymy, że jeśli chcę mieć medale, to muszę liczyć na siebie.

Medale ma pan ze wszystkich igrzysk - z Londynu, Rio i Tokio przywieźliście ich w sumie pięć. Ale mówi pan wprost, że bardzo chce pierwszego olimpijskiego złota dla polskich kajaków. Czuje pan, że idziecie w tym kierunku mimo pewnych przeciwności i mimo że część dziewczyn nie wszystko chce robić tak, jak pan oczekuje?

Ja nawet nie mówię, że one nie chcą. One nie we wszystkie działania angażowały się w stu procentach. Absolutnie to akceptowałem, ale w pierwszych kwalifikacjach krajowych zajęły piąte i szóste miejsce. Uważam, że kto jak kto, ale medalista olimpijski powinien być wyżej i powinien być dla innych absolutnym przykładem, żeby innych zachęcać do jak najlepszej pracy.

Takim przykładem jest czterokrotna medalistka Karolina Naja?

To jest wzór numer jeden. Karolina była na miesięcznym przeszkoleniu w wojsku na przełomie listopada i grudnia i w przygotowania włączyła się dopiero od połowy stycznia, a mimo to jest teraz numerem jeden. Na pierwszym Pucharze Świata zdobyła dwa złote medale. Na treningach poddaje się hipnozie. Późno, bo późno, ale przekonała się też do wchodzenia do zimnego. Nawet całą głowę zanurza.

Marta Walczykiewicz w hipnozie. Siedzi na niej Karolina Naja"Szarlatan. Mam dowód". Tak Polska ma zdobyć historyczne złoto

Mówił pan, że ze stypendiów, z różnych programów i z pieniędzy ze spółek skarbu państwa możecie dobrze żyć. Czy to znaczy, że wszystkie kajakarki z kadry mają już osobistych sponsorów? W Tokio podkreślał pan, że tylko Naja i Marta Walczykiewicz mają takie wsparcie.

Współpracę ze związkiem kontynuuje Lotto, a w piątek na Pucharze Świata w Poznaniu ze związkiem umowę podpisze PGE. To bardzo dobrze. Natomiast trzy medalistki olimpijskie - Ania Puławska, Justyna Iskrzycka i Helena Wiśniewska - nadal nie mają wsparcia od żadnej spółki skarbu państwa.

Więcej o: