"Moje życie zmieniło się w niecałe siedem sekund". Polska Spiderwoman znów pobiła rekord

- W Tokio jeszcze tak tego nie czułam, choć widziałam, jak z każdym startem moje social media puchną. Dopiero po powrocie nastąpiło "bum" - mówi Sport.pl Aleksandra Mirosław, czyli "polska Spiderwoman", która w ostatni piątek znów pobiła rekord świata we wspinaczce na czas.

Aleksandra Mirosław znów to zrobiła. Znów była bezkonkurencyjna, znów poprawiła – własny! – rekord w koronnej dyscyplinie, czyli wspinaczce sportowej na czas. W piątek w Pucharze Świata w Seulu zwyciężyła, a najlepszy wynik na świecie – 6,64 sek. – osiągnęła jeszcze w kwalifikacjach. – Jestem przede wszystkim bardzo szczęśliwa – mówiła tuż po zawodach. – Prawdopodobnie nie były to najlepsze finały w historii moich startów w Pucharze. W pierwszych dwóch biegach finałowych pojawiły się błędy, potem w półfinale i finale było już szybko. Myślę, że błędy były związane z pobiciem rekordu świata w eliminacjach, doszło trochę presji i potrzebowałam chwili, aby opanować nerwy i stres – mówiła studentka Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.

Zobacz wideo Wisła nad przepaścią. Brzęczek: Jakbym nie był optymistą, to musiałbym zrezygnować z pracy

Dodajmy, że "błędy" oraz "nerwy i stres" oznaczają w tym przypadku gładkie zwycięstwo w finale z Amerykanką Emmą Hunt (6,72 – 7,23) i pewny triumf w Pucharze Świata. "Czy to się dzieje na serio? Polka MIAŻDŻY własny rekord!" – zachwycali się na Twitterze fani.

Presja, o której mówiła Aleksandra Mirosław, paradoksalnie stała się jej sprzymierzeńcem. – Potrzebuję tego stresu. Uwielbiam go, on mnie fascynuje. Dzięki niemu wchodzę na najwyższy poziom – mówi Sport.pl, gdy rozmawiamy o jej drodze na szczyt, fascynacji Michaelem Jordanem i Kobem Bryantem, rekordzie świata z Tokio i największym celu oraz marzeniu Polki – medalu w Paryżu. 

Jak narodziła się "polska Spiderwoman"

Z Olą Mirosław spotkaliśmy się jeszcze w innej rzeczywistości, pod koniec lutego. Lublin grzązł wtedy w szarości: deszczu, wietrze, chmurach. Reprezentantka Polski do tego obrazu nie pasowała – uśmiechnięta, rozpromieniona, tryskająca energią.

Fot. Tsuyoshi Ueda / AP

– Rzeczywiście: wróciłam z innego świata, z Barcelony – opowiada w rozmowie ze Sport.pl. – Połączyliśmy z Mateuszem, moim mężem i trenerem, przyjemne z pożytecznym. Spacerowaliśmy uliczkami, zjedliśmy pyszne mule i paellę, ale głównie skupieni byliśmy na siłowni, treningu – dodaje.

Mirosław szykowała się do sezonu w miejscowości Gava pod Barceloną. Zbudowano tam jedną z najnowocześniejszych ścianek, ćwiczy tam m.in. wicemistrz świata z Moskwy Erik Noya. –  Wystarczyło, że napisałam wiadomość: hej, będę przez tydzień w Barcelonie, może miałbyś ochotę potrenować? W środowisku wszyscy się znamy, lubimy dzielić się doświadczeniami. Dla mnie to była okazja nie tylko, by zabić rutynę, ale i poćwiczyć z kimś, kto biega szybciej ode mnie – tłumaczy Aleksandra.

Czyli co najmniej "siódemki", co oznacza siedem sekund bądź mniej w koronnej dyscyplinie 28-letniej reprezentantki Polski – we wspinaczce na czas. Mirosław w ostatni piątek pobiła własny rekord świata, ale pierwszy ustanowiła w lecie.

– Niecałe siedem sekund, które zmieniły niemal wszystko – mówi dziś, gdy pytamy o występ w trakcie igrzysk.

To w Tokio zrobiło się o niej głośno. Niee, to brzmi zbyt banalnie, tuzinkowo. Ola na igrzyskach zrobiła fu-ro-rę! Jej olimpijski występ to była eksplozja, wybuch mieszanki talentu, pokory, ciężkiej pracy, uroku, radości, łez, śmiechu i miłości. Jej rajdy po ściance śledziliśmy z zapartym tchem, jej zdjęcia – gdy w niecałe siedem sekund pokonywała 15-metrową ściankę i dotykała mety – podbiły internet.

W czasówce zaczęło się od 7,49 w ćwierćfinale i zwycięstwa z Koreanką Chaehyun Seo. W półfinale było kolejne zwycięstwo, z Japonką Akiyo Noguchi, ale słodko-gorzkie, bo rekord świata był o krok – Mirosław pobiegła z czasem 7,03. W finale zmierzyła się z Francuzką Anouck Jaubert i wtedy dokonała – wydawało się – nieprawdopodobnego: pobiła rekord świata. Poprzedni wynosił 6,96 sekundy, Mirosław poprawiła go o 0,12 sekundy i wygrała konkurencję. Tak narodziła się – jak ochrzcili ją kibice – "polska Spiderwoman".

– Jeśli mogłabym oprawić w ramkę jeden obrazek z Tokio, byłby to moment, w którym zaraz po pobiciu rekordu świata razem z Mateuszem wpadamy sobie w ramiona. Byliśmy wzruszeni, ale też czuliśmy ulgę. Byliśmy w strefie izolacji, więc nikt nie robił zdjęć, nie było kamer. Jest jedno ujęcie nakręcone przez Krzyśka Gonciarza, który robił vlogi z igrzysk, jak po zakończeniu startu w finale wychodzę ze strefy, a tam czeka na mnie Mateusz i pierwsze, co robię to przytulam się do niego – wspomina Ola Mirosław.

Dlaczego akurat ten moment? – Oboje wiedzieliśmy, jak wiele pracy kosztowało nas to, by w ogóle polecieć do Tokio. Balansowaliśmy na granicy – pod wieloma względami. Wtedy, po rekordowym biegu, puściły emocje, to było trzydzieści sekund płaczu, ale takiego ze szczęścia.

Nauczycielka, sprzedawczyni, a potem mistrzyni świata

Wątpliwości zaczęły rodzić się w listopadzie 2020 r. To wówczas, w trakcie startu w Rosji, Polka doznała urazu, który w przypadku sportowców uprawiających wspinaczkę nierzadko oznacza koniec kariery – zerwania troczka w palcu.

– Wtedy wszystko stanęło pod znakiem zapytania. Przy całkowitym zerwaniu troczka nie ma szans na jego regenerację. To kontuzja, którą leczy się długo. Pamiętam, jak jeszcze w marcu zastanawialiśmy się z Mateuszem, czy mój start w Tokio w ogóle będzie możliwy – tłumaczy Aleksandra. – Lekarze i fizjoterapeuci robili wszystko, aby przyspieszyć leczenie, ale na pewne rzeczy nie mieli wpływu. Choć moje ciało znalazło sposób. Wydarzyło się coś, co raczej często, o ile w ogóle się nie dzieje. W miejscu zerwania nadbudowała się kość, dzięki czemu mimo braku troczka ścięgno zaczęło przylegać do kości. Dziś nikt nie jest w stanie tego wytłumaczyć – wspomina.

– Nie wiem, czy jakikolwiek sportowiec mógłby to powiedzieć, ale wydaje mi się, że… że ja tej kontuzji potrzebowałam – tłumaczy Mirosław. – Po to, żeby zdać sobie sprawę, jak bardzo mi zależy, jak silna jest moja motywacja.

Bo choć Ola Mirosław dziś wspina się najszybciej na świecie, to droga na szczyt była długa, żmudna, pełna zwątpień i rozczarowań. Nieraz miewała chwile słabości i chciała porzucić zawodowy sport. – Do 2018 r. uczyłam w szkole, wcześniej żeby się utrzymać, pracowałam w sklepie ze sprzętem sportowym – mówi.

Wspinaczką zainteresowała się dzięki siostrze, Małgorzacie. – Z zawodów wracała z medalami i pucharami. Patrzyłam na nią z podziwem i stwierdziłam, że też bym tak chciała – wspominała Mirosław. Jej pierwszym klubem była lubelska Skarpa, dziś trenuje w KW Kotłowni. 

O takich osobach jak Ola w Ameryce mówi się "weekend warriors". Uprawiają swoje dyscypliny na najwyższym poziomie, zdobywają mistrzostwa, jeżdżą na igrzyska. Ale na sporcie nie zarabiają, łączą go z codzienną pracą, poświęcając życie rodzinne i zdrowie. Ale jak długo da się to wytrzymać?

Moment zwątpienia w przypadku Oli nadszedł w 2016 r. Szykowała się wtedy do mistrzostw świata w Paryżu. Do tego stopnia intensywnie, że na kilka miesięcy przeprowadziła się do Tarnowa, żeby móc trenować na 15-metrowej ścianie do czasówek. Niestety, na mistrzostwach była czwarta. Czuła, że zrobiła wszystko, co mogła, żeby się przygotować, a została bez medalu. – Wtedy zaczęłam myśleć, co dalej. Musiałam znaleźć pracę – mówi.

Przełomowym momentem były dla niej mistrzostwa świata we wspinaczce na czas w Austrii w 2018 r. Postawiła wszystko na jedną kartę. I wygrała złoto. Rok później obroniła tytuł w japońskim Hachioji.

Dziś Aleksandra Mirosław cieszy się, że wtedy, po Paryżu, nie powiedziała "pas". – Kwalifikacja na igrzyska zmieniła wszystko. Dopiero od tego momentu mogę dumnie powiedzieć, że jestem zawodowym sportowcem – śmieje się.

W Tokio wspinaczka debiutowała w programie igrzysk. Była rozgrywana w formie kombinacji. Składały się na nią: czasówka, bouldering (w zależności od rundy zawodów przygotowane są trzy lub cztery problemy wspinaczkowe, na pokonanie których zawodnicy mają pięć minut, liczona jest liczba prób dojścia do zony znajdującej się mniej więcej w połowie, oraz topu, czyli chwyt końcowy, w tej konkurencji tylko te dwa chwyty są punktowane) i prowadzenie (długa droga w górę, wygrywa ten, kto dojdzie najwyżej). Mirosław jest specjalistką od czasówki, w pozostałych konkurencjach nie jest tak mocna. Stąd czwarte miejsce.

Ale ten rekord! To był dla polskich kibiców jeden z najpiękniejszych obrazków ostatnich igrzysk. – Wiedziałam, że w Tokio będę w stanie pobiec rekord świata – mówi polska zawodniczka. – Już na kilka tygodni przed igrzyskami w czasie eliminacji mistrzostw Polski pobiegłam 6,97 s. Do Tokio jechałam tak naprawdę po jeden idealny bieg w eliminacjach, który da mi możliwość walki w finale.

Ale najważniejszy egzamin przed igrzyskami Mirosław zdała w maju, w Salt Lake City na Pucharze Świata. — Pamiętam ten moment doskonale. Przed moim drugim biegiem eliminacyjnym jedna z zawodniczek nagle odpadła od ściany i zaczęła krzyczeć z bólu. Pierwsza myśl – troczek. Wtedy nagle wszystkie obrazy z Moskwy wróciły. Czułam się przerażona, ale wiedziałam, że muszę się z tym zmierzyć. Starałam się opanować emocje. I chyba mi się udało, bo drugi bieg eliminacyjny był bezbłędny, a uzyskany czas lepszy niż na pierwszej drodze.

Do igrzysk Ola Mirosław w końcu mogła szykować się w komfortowych warunkach. Trafiła do Centralnego Wojskowego Zespołu Sportowego. Do tej pory wojsko wspierało głównie lekkoatletów, pływaków, sporty walki. Teraz postawiło także na wspinaczkę.

Aleksandra MirosławAleksandra Mirosław Fot. Mateusz Mirosław

– To dało mi ogromny komfort i poczucie bezpieczeństwa w moich przygotowaniach.  Myślę, że dzięki temu, że przez wiele lat łączyłam sport z pracą i studiami, dziś bardziej doceniam wsparcie, które otrzymuję – mówi Mirosław, która jako reprezentantka Wojska Polskiego musi regularnie przechodzić szkolenia m.in. z musztry czy strzelania. – Moim głównym zadaniem jako żołnierza-sportowca jest reprezentowanie kraju i Wojska Polskiego na arenie międzynarodowej – tłumaczy.

"Moja mała małyszomania" po starcie w Tokio

W Tokio wyszło perfekcyjnie. – Przeżyłam swoją małą małyszomanię – śmieje się Ola, którą na lubelskim Krakowskim Przedmieściu fani rozpoznają, proszą o zdjęcie, autograf. – W Tokio jeszcze tak tego nie czułam, choć widziałam, jak z każdym startem moje social media puchną od obserwujących. Ale dopiero po powrocie nastąpiło małe "bum". Jeżdżę podpisanym autem, kiedy ktoś mnie skojarzy, to trąbi, macha. Ale to bardzo miłe – mówi Mirosław. – Na szczęście po igrzyskach miałam przerwę w startach. Mogłam wejść w medialny świat, udzielać wywiadów, nacieszyć się sukcesem. 

Cieszyła się i Ola, i Mateusz – trener i mąż reprezentantki Polski. – Gdy zaczęliśmy ze sobą pracować w 2014 r., to była euforia – wspomina Ola. – To był początek naszego związku, więc cieszyliśmy się, że możemy być cały czas razem, nawet w czasie moich treningów. Potem przyszedł kryzys. Ale to normalne. W pewnym momencie Mateusz był moim trenerem, dietetykiem, psychologiem… Musieliśmy się nauczyć tej relacji. Ale to, co w pewnym momencie było naszą słabością, aktualnie jest naszą największą siłą i przewagą. Myślę, że żaden inny trener nie byłby w stanie tak dobrze mnie poznać. Mateusz po prostu żyje ze mną na co dzień, więc czasami nawet nic nie muszę mówić, a on i tak wie, jak się czuję – uważa.

To właśnie Mateusz zafascynował Olę koszykówką – a dokładnie postaciami Michaela Jordana i Kobego Bryanta. – Uczę się ich podejścia do sportu. Kobego nigdy nie przytłaczała presja z zewnątrz, był zdania, że nikt nie jest w stanie narzucić na niego większej presji, niż on sam nakładał na siebie. Ja też mam wobec siebie wielkie oczekiwania, wiem, co chcę osiągnąć.

Na koniec pytamy Olę, za co pokochała wspinaczkę, jakie widzi w niej piękno. – Nie wiem, czy jakakolwiek dyscyplina sportu na poziomie wyczynowym jest piękna. To brutalna walka. Pięknie jest na podium, jak wygrywasz, jak słuchasz hymnu. Pięknie jest na szczycie. Ale tam na dole jest dużo, dużo bólu – zauważa. – A we wspinaczce na czas zakochałam się ze względu na adrenalinę i tempo tej konkurencji. Tutaj nie ma miejsca na błąd. Jedno poślizgnięcie może sprawić, że kilka, czasami kilkanaście miesięcy przygotowań może pójść na marne. W czasówkach żeby wygrać, trzeba być bezbłędnym.

Ola po igrzyskach w Tokio wytatuowała sobie na nadgarstku olimpijskie kółka. Czy wie już, czy kolejny tatuaż dorzuci po igrzyskach w Paryżu, gdzie będzie faworytką do złota? Na igrzyskach w 2024 r. wspinaczka na czas będzie osobną dyscypliną. – Powoli. Spokojnie. Zanim ktokolwiek powiesi mi już teraz medal na szyi, niech pamięta, że najpierw muszę się zakwalifikować. A do Paryża pojadą tylko dwie najlepsze zawodniczki w kraju – tłumaczy. I zapowiada, że wyłączy się z medialnego szumu. – Nie chcę w kółko opowiadać o tym, że zdobędę medal. Lepiej skupić się na tym, aby tego dokonać.

Aleksandra MirosławAleksandra Mirosław Fot. Mateusz Mirosław

Więcej o: