Pingpongista spóźnił się na autobus i zmienił bieg historii. Nawet Mao Zedong był pod wrażeniem

Paweł Karpiarz
- Byliśmy pierwszymi Amerykanami na ziemi chińskiej od miliona lat, czy coś koło tego. Ktoś powiedział, że pokój tego świata leży w naszych rękach - tłumaczył na słynnej ławeczce Forrest Gump, który brał udział w tournée amerykańskich pingpongistów po Chinach. I choć jego postać i udział w tym wydarzeniu były fikcyjne, to wizyta amerykańskich, mało komu znanych zawodników rzeczywiście zmieniła bieg historii. Dokładnie 51 lat temu zakończyli historyczną wycieczkę.

"Forrest Gump" to klasyka kina. Kultowy film z 1994 roku, nagrodzony sześcioma Oscarami, jest napakowany nawiązaniami do historii Stanów Zjednoczonych. Tytułowy bohater, grany przez Toma Hanksa, jest świadkiem ważnych wydarzeń, albo sam bierze w nich udział. Jednym z nich jest wojna w Wietnamie, podczas której Gump zostaje ranny. Podczas rekonwalescencji trenuje grę w ping-ponga. Osiąga w tym takie mistrzostwo, że inni żołnierze wolą patrzeć na niego, jak odbija piłeczkę, niż na lądowanie na Księżycu Neila Armstronga. W końcu zostaje dołączony do amerykańskiej drużyny, która w kwietniu 1971 odbyła tournée po Chinach. "Byliśmy pierwszymi Amerykanami na ziemi chińskiej od miliona lat, czy coś koło tego. Ktoś powiedział, że pokój tego świata leży w naszych rękach, ale ja nic nie robiłem, tylko grałem w ping-ponga" – mówił tytułowy bohater. Ale jego delegacja rzeczywiście zmieniła bieg historii.

Zobacz wideo Iga Świątek podekscytowana występem w Polsce. "Chcę czerpać energię z trybun"

Iga ŚwiątekŚwiątek wraca do reprezentacji. Jej tenisowe życie wywróciło się do góry nogami

Sam fakt, że wizyta amerykańskich pingpongistów w Chinach została ukazana w filmie, którego głównym motywem są odniesienia do historii USA sugeruje, że nie był to tylko niewielki, mało znaczący wycinek historii. Ani ciekawostka. Dwa wielkie mocarstwa nawiązały ze sobą stosunki dyplomatyczne dzięki grze w ping-ponga. Chociaż i Amerykanie i Chińczycy chcieli zbliżyć się do siebie, to nie mogli zrobić tego ot tak i oficjalnie. Powód? Jednym słowem – polityka.

Amerykanie nie utrzymywali stosunków z komunistycznymi Chinami od 1949 roku, kiedy do władzy w tym kraju doszedł, jak się potem okazało, jeden z największych zbrodniarzy w historii ludzkości. Mao Zedong ma na sumieniu około 70 milionów ludzi. I to w czasie pokoju. Chiny pod przywództwem Zedonga wspierały ZSRR, z kolei Amerykanie wspierali Tajwan i rozstawiali tam swoje wojska. Na koniec lat 50. znaleźli się nawet na granicy wojny z Chinami, do której na szczęście ostatecznie nie doszło.

Po śmierci Józefa Stalina i objęciu władzy przez Nikitę Chruszczowa w stosunki między Chinami a Związkiem Radzieckim znacznie się pogorszyły. Oba mocarstwa krytykowały się nawzajem, dochodziło nawet do incydentów na granicy z udziałem żołnierzy obu państw. W związku z tym w Chinach pojawiła się chęć otwarcia na relacje międzynarodowe z państwami Zachodu. Ówczesny prezydent USA Richard Nixon również był zwolennikiem zbliżenia amerykańsko-chińskiego. Pozostawała więc kwestia tego, jak nawiązać stosunki dyplomatyczne.

Na początku władze obu państw wysyłały do siebie listy. Planowano tajne spotkanie w Chinach, na którym miałby pojawić się sekretarz stanu albo sam prezydent. Wszystko w ścisłej tajemnicy – Nixon obawiał się, że Tajwan zablokuje całą operację. Wszystko odbywało się na dodatek za pośrednictwem pakistańskich dyplomatów. Stało się jasne, że oficjalne nawiązanie kontaktu będzie skomplikowane.

Iga ŚwiątekMistrz olimpijski zachwycony Igą Świątek. "Kobiecy tenis potrzebuje wzoru"

Mistrz świata złamał polityczne instrukcje. Dyktator był zadowolony

W tym samym czasie, w marcu i kwietniu 1971 roku w japońskim Nagoi odbywały się mistrzostwa świata w tenisie stołowym. Chińczycy nie brali udziału w poprzednich turniejach (bo Tajwan był członkiem azjatyckiego związku tenisa stołowego), ale premier kraju Zhou Enlai wierzył w moc dyplomacji sportowej. Po rozmowach z Japończykami udział Chin w turnieju stał się możliwy. Enlai przekazał więc sportowcom instrukcje. Mieli oni kierować się zasadą "najpierw przyjaźń, potem rywalizacja". W ramach tej zasady chińscy zawodnicy czasami przegrywali mecze z innymi krajami, żeby utrzymywać przyjazne stosunki. Poza tym Chińczycy nie mogli wymieniać się flagami z Amerykanami i nie mogli witać się z nimi pierwsi. Mogli im za to uścisnąć dłoń.

Instrukcje swoje, a życie swoje. W trakcie mistrzostw jeden z amerykańskich zawodników Glenn Cowan, spóźnił się na autobus swojej drużyny, ponieważ został dłużej na treningu. Wsiadł więc do pojazdu, którym jechali Chińczycy. Cowan poznał tam Zhuanga Zedonga, który był trzykrotnym mistrzem świata w tenisie stołowym. Zedong porozmawiał z Amerykaninem, bo zrobiło mu się go żal. Kiedy Cowan wszedł do autobusu, nikt się nie ruszył, ani nie odezwał. Chińczycy bowiem pamiętali instrukcje, jakie dostali. Cowan był zdezorientowany. Zedong zaryzykował i może zmienił losy świata. W końcu Chińczyk zaproponował, że skoro ich państwa nadal nie nawiązały stosunków dyplomatycznych, to może należy zorganizować chińsko-amerykańskie spotkanie graczy.

- Podróż autobusem trwała 15 minut, a ja wahałem się przez 10 minut. Dorastałem z hasłem "precz z amerykańskim imperializmem!". Zadawałem sobie pytanie: "Czy to w porządku mieć coś wspólnego z wrogiem numer 1?" - wspominał Zhuang. On i Cowan mieli wymienić się prezentami. Zhuang zajrzał do swojej torby – miał tam kilka przypinek, odznaki z wizerunkiem Mao Zedonga, kilka jedwabnych chustek i wachlarzy. Uznał, że nie byłyby one dobrym prezentem. W końcu wybrał portret gór na sitodruku. Cowan miał za to tylko grzebień. Powiedział Zhuangowi, że nie ma czym się odwdzięczyć. Następnego dnia jednak wręczył mu T-shirt ze znakiem pokoju i napisem "Let It Be", czyli tekstem piosenki zespołu The Beatles. Następnego dnia wiele japońskich gazet opublikowało wspólne zdjęcia Zhuang Zedonga i Glenna Cowana.

DLOLUSąd odrzucił ostatnią apelację Cibickiego. Dyskwalifikacja podtrzymana

To było tylko jedno z pozoru mało istotnych zdarzeń, które doprowadziły do przyjazdu zawodników ze Stanów Zjednoczonych, ale być może ten był najważniejszy. Amerykanie wystosowali prośbę o pozwolenie na przyjazd pingpongistów. Decyzja pozostawała jednak niezmienna, czyli odmowna. Ale wtedy Mao Zedong miał zobaczyć w gazecie wiadomość o spotkaniu Zhaunga z Cowanem i powiedzieć: - Ten Zhuang Zedong nie tylko dobrze gra w tenisa stołowego, ale też jest dobry w sprawach zagranicznych i ma zmysł do polityki!

Historyczna wizyta

Potem sprawy potoczyły się szybko. 6 kwietnia 1971 Chińczycy wystosowali oficjalne zaproszenie dla amerykańskiej drużyny na odbycie tournée po Chinach. Cztery dni później dziewięciu amerykańskich zawodników, czterech działaczy i dwie osoby towarzyszące przekroczyły most łączący Hongkong z Chinami kontynentalnymi i stały się pierwszą amerykańską delegacją na chińskiej ziemi od 1949 roku. Zostali przyjęci bardzo ciepło. Spotkali się również z chińskim premierem, który oświadczył, że wizyta Amerykanów otworzyła nowy rozdział w historii stosunków między oboma krajami. Podczas spotkania doszło też do zaskakującej wymiany zdań między Cowanem a premierem. Ten pierwszy był bohaterem gazet, bo podróżował po Chinach w żółtym kapeluszu i kolorowych dżinsach. W pewnym momencie podniósł rękę i zapytał się chińskiego premiera, co sądzi o ruchu hippisowskim. Enlai na chwilę zaniemówił, ale potem odparł: - Młodość chce szukać prawdy, a z tego poszukiwania na pewno wyłonią się różne formy zmian. Kiedy my byliśmy młodzi, to było tak samo.

Dodajmy, że wymiar sportowy tego wydarzenia był żaden. Amerykanie byli klasyfikowani na 24. miejscu w światowym rankingu. Żeby dotrzeć na mistrzostwa do Japonii, zespół musiał pożyczać pieniądze. Na szczęście cały przyjazd sfinansowali Chińczycy. Gdyby nie to, Amerykanów nie stać by było na zmianę lotu z Japonii. W jednej chwili stali się najważniejszymi dyplomatami na świecie. W ramach zasady "najpierw przyjaźń, potem rywalizacja", Chińczycy pozwolili Amerykanom wygrać pojedyncze spotkania. - Wiedziałem, że nie byłem tam tylko po to, żeby grać. Ważniejsze było to, że osiągnęliśmy to, czego nie udało się za pomocą dyplomacji – mówił potem Zheng Mizhi, jeden z chińskich zawodników.

Germany Soccer Champions LeaguePiszczek: Lewandowski może czuć, że potrzebuje zmiany

Z jednej strony "witaj amerykańska drużyno". A z drugiej "jankescy imperialiści"

Następstwa wizyty tenisistów z USA były daleko idące. Kilka godzin po spotkaniu zawodników z premierem rząd Stanów Zjednoczonych zniósł embargo na handel z Chinami, a także wprowadził ułatwienia wizowe dla Chińczyków, którzy chcieliby przyjechać do USA. W lipcu 1971 roku sekretarz stanu USA Henry Kissinger odwiedził Chiny i rozmawiał z premierem Enlaiem. Wtedy wizyta była tajna, ale w październiku odbył kolejną podróż, tym razem oficjalną. W 1972 roku do Chin przybył Richard Nixon. Chińczycy prowadzili kampanię wyjaśniającą społeczeństwu zmianę w stosunku do Amerykanów. Ta wydawała się konieczna. Kiedy zawodnicy zwiedzali chińskie miasta, szef zespołu Graham Steenhoven spostrzegł transparent o treści "witaj amerykańska drużyno". Pod transparentem na ścianie widniał natomiast napis: "Precz z jankeskimi ciemiężycielami i ich biegnącymi psami!" (biegnący pies – w Chinach pejoratywne określenie osoby pozbawionej zasad, która pomaga lub schlebia potężniejszym i złym, niczym pies za człowiekiem biegnie w nadziei na resztki jedzenia – red.).

Ponadto komunistyczne Chiny zostały przyjęte do ONZ w miejsce Tajwanu. Z którego, swoją drogą, Amerykanie zaczęli się wycofywać. - Nigdy wcześniej w historii sport nie został w tak efektywny sposób wykorzystany jako narzędzie międzynarodowej dyplomacji. Chińczycy nauczyli się z dyplomacji pingpongowej, że sport i polityka są nierozłączne. Sportowcy wzięli na siebie wielką odpowiedzialność. Są naszymi politycznymi ambasadorami – powiedział Zhou Enlai. 17 kwietnia ekipa USA opuściła Chiny.

W kilka dni grupa pingpongistów zmieniła klimat między dwoma mocarstwami i zapoczątkowała proces normalizacji stosunków między nimi. Dyplomacja pingpongowa okazała się wielkim sukcesem. Tak wielkim, że urósł niemal do rangi mitu. Świadczy o tym nie tylko fakt, że wspomniano o tym w "Forreście Gumpie". Politycy obu krajów nawiązywali do tego wydarzenia w późniejszych latach. W lutym 2002 roku George W. Bush wspomniał o tym podczas wizyty w Chinach. Amerykanie próbowali nawet powtórzyć ten manewr, próbując znormalizować stosunki z Kubą. Tym razem udział w tym mieli wziąć bejsboliści i koszykarze, ale efekty nie były tak spektakularne, jak w przypadku Chin. Obchodzono także rocznice przyjazdu Amerykanów do Chin. Dokładnie rok później do USA przybyli chińscy pingpongiści. Obchodzono też 25. i 40. rocznicę tego wydarzenia. W obchodach udział brali bohaterowie tamtego tournée, jak i politycy, m.in. Henry Kissinger czy członkowie rodziny Richarda Nixona.

Germany Soccer Europa LeaguePięć goli na Camp Nou. Barcelona goniła, ale nie dogoniła Eintrachtu i odpada z LE

Więcej o: