Amerykański sen Polaka. Kiedyś mówiło o nim całe USA, ale jego kariera właśnie wybuchła

Piotr Majchrzak
W 2015 r. Babatunde Aiyegbusi - wówczas pracujący jako ochroniarz w rodzinnej Oleśnicy - dostał telefon, który zmienił jego życie w amerykański sen. Choć jego bohater marzył, by grać zawodowo w futbol amerykański, dziś stawia na wrestling. - Czuję powiew czegoś wielkiego - mówi Sport.pl.

Rodzice pracujący w służbie zdrowia. Babcia Stasia - robiąca najlepsze krokiety w Oleśnicy. On pracujący jako ochroniarz, ale całkowicie oddany pasji - futbolowi amerykańskiemu, ma na koncie dwa tytuły mistrza Polski. W 2015 r. roku bierze kilka dni wolnego, by wyjechać do USA. Ale za oceanem zostaje na stałe. 

Gwiazda WWE specjalnym gościem Sport.pl. Tutaj możesz zobaczyć wideo:

Zobacz wideo

Kilka lat temu mówiła o nim cała sportowa Ameryka. Babatunde Aiyegbusi był bowiem pierwszym w historii graczem futbolu amerykańskiego ściągniętym przez drużynę NFL bezpośrednio z europejskiego klubu, bez przechodzenia przez draft czy uniwersytet. O Polaku mówiono i pisano w całych Stanach. Kibice zaczepiali go na ulicach i w restauracjach, życząc mu powodzenia. Ale amerykański sen - przynajmniej w futbolu - nie potrwał długo.

Kto wie, czy Babatunde nie wygrał jednak szansy na coś większego. W 2016 r. dostał ofertę dołączenia do WWE, największej organizacji pro-wrestlingu na świecie. Jeszcze w czasie kariery w futbolu amerykańskim skauci WWE dostrzegli olbrzymi potencjał zawodnika mierzącego 206 cm i ważącego ponad 160 kg.

Nie tylko ten fizyczny, ale także rozrywkowy.

Chłopak z Oleśnicy robi furorę w USA. "To było niesamowite uczucie"

Niespodziewanie wielki moment Polaka nastąpił w czasie największej gali roku - WrestleManii 37. Dla pro-wrestlingu to największe wydarzenie w roku, a Amerykanie podkreślają, że WrestleMania swoją wielkością ustępuje właściwie tylko Super Bowl.

- Ten rok jest przełomowy. Ostatnie lata były dla mnie dużym wyzwaniem, ale ja nie mam na co narzekać. Bardzo się cieszę, że wreszcie do tego doszło. Moje szanse, plany i perspektywy są coraz lepsze, a przyszłość jest coraz jaśniejsza - mówi Sport.pl Babatunde Aiyegbusi. - Był jeden moment na początku mojej kariery w WWE, a dokładnie gdy zobaczyłem tutaj pierwszy mecz. Pomyślałem, że to jest coś, co chciałbym przywieźć do kraju. Jako dziecko nie miałem tego na co dzień. To był taki okres, że nie było zbyt dużego dostępu do WWE. Czułem się niemal obrabowany! A przecież to jest takie super. Chciałem się zatracić w tej historii. Wtedy podjąłem decyzję, że jestem w stanie dużo poświęcić dla WWE i pięć lat później wyskoczyłem spod ringu na WrestleManii 37. Stadion był pełny ludzi [na tegorocznej WrestleManii pojawiło się 25 tysięcy fanów - red.], to było niesamowite uczucie - dodaje Aiyegbusi, który obecnie odgrywa rolę postaci "Commander Azeez".

Amerykański sen Babatunde. "Obserwowali mnie od dawna"

Zanim Aiyegbusi zabrał się za futbol czy wrestling, przez cztery lata grał w koszykówkę w Śląsku Wrocław. W 2005 r. został nawet mistrzem Polski juniorów. Potem trafił jednak do futbolu amerykańskiego, bo - jak sam mówił - w koszykówce popełniał zbyt dużo fauli. W 2015 r. sensacyjnie trafił na testy do grającego w NFL Minnesota Vikings, a historia odbiła się szerokim echem i w Stanach, i w Polsce. O niespodziewanym transferze pisano niemal wszędzie, a historię Babsa nazywano "amerykańskim snem". Niedługo potem polski zawodnik stracił kontrakt, ale na bezrobociu długo nie pobył. Pomógł w tym występ w legendarnym show Jimmiego Kimmela, w którym Polak musiał zmierzyć się m.in. z przeciąganiem 7-tonowej ciężarówki.

- W WWE lubimy mówić, że ta organizacja łączy to, co najlepsze ze świata sportu i rozrywki. Moja przygoda w USA była od dawna obserwowana przez ludzi z WWE. I tego dowiedziałem się po latach. Oni już wcześniej wiedzieli, że jest taki Babatudne. Ja nawet nie wiedziałem, że wykonuję ruchy, które dla tej organizacji są odpowiednie, a one potem zaprocentowały. Czy to jakiś wywiad, czy właśnie ten skecz, który zrobiliśmy z Kimmelem dla rozrywki. Poznaliśmy tam ludzi, którzy pozwolili poznać innych ludzi. A w WWE powiedzieli: pokaż nam, co masz. I dali mi jedyne, co mogli, czyli tzw. try out (możliwość spróbowania się w ringu) - zauważa obecna gwiazda WWE.

"The Undertaker dał mi najwięcej"

W Performance Center WWE, gdzie wykluwają się talenty, przewijali się najwięksi w tym biznesie, m.in. Triple H, Big Show, Kane czy The Undertkaker. Babatudne miał okazję trenować z każdym z nich. - Najwięcej dał mi Triple H, bo dał mi pracę - śmieje się Babatudne. - Jeśli jednak chodzi o rozwój mojego charakteru, osoby, którą chciałbym zaprezentować w ringu, a to, co robimy jest bardzo złożone, to mogę powiedzieć, że najwięcej dał mi The Undertaker. To legenda. Gdy ten gość wchodzi do budynku, to wszyscy wszystko rzucają. Nieważne, czy masz obiad na gazie, czy jesteś w trakcie fikołka. A on wybrał mnie... Powiedział: wskakuj do ringu. I zaczęliśmy trenować. Nie mogłem się nasycić tym, co do mnie mówi. Cały czas zadawałem pytania. Siedziałem pod tym drzewem i czekałem aż spadające jabłka uderzą mnie w głowę. Miałem z nim najlepszy kontakt - podkreśla zawodowy wrestler.

I dodaje: - Ale na co dzień też trenowaliśmy z legendami, choć tego się tak nie docenia, bo ma się ich cały czas. A to są ludzie, którzy wzięli tam mnie, świeżaka. Gościa, który wtedy był kulką mięsa. Tego inaczej nie mogę nazwać. Jedyne, co potrafiłem, to rzeczy atletyczne, fizyczne. Ale cała ta magia i umiejętności, by komuś nie urwać głowy, to coś, co trenerzy wpajali mi na każdym treningu.

Babatunde zrywa z negatywnym obrazem pro-wrestlingu. "Jeśli spadniesz z 3,5 metra, to będzie bolało"

Wiadomo, że pro-wrestling jest reżyserowany, ma scenariusz. Wszyscy pro-wrestlerzy podkreślają jednak, że wrestling nie jest udawany. Oczywiście niektóre ciosy, szczególnie te typowo bokserskie, bywają markowane, tylko że to niewielka część arsenału wrestlerów. - Powiem nawet, że trudno jest kogoś nie uszkodzić... Jesteśmy w interesie, w którym liczy się konflikt. Oczywiście, pokazujemy go w artystyczny sposób, ale zawsze ta agresja jest na pierwszym miejscu. Jest wąska granica między tym, czy jestem obok twojej twarzy, czy na twojej twarzy. Jeśli ja podniosę ręce do góry, to mam zasięg około 3,5 metra. Jak spadniesz z  tej wysokości na plecy, to nawet jeśli będzie to woda, to będzie bolało. A to nie jest woda, tylko ring (który jest zrobiony ze stalowej konstrukcji i desek, na nim rozłożona jest cienka mata, podobnie jak w MMA i boksie - red.). Naprawdę da się to lubić, a jeśli wciągniesz się w historię, to wrestling można oglądać jak telenowelę. Chcesz wiedzieć co nowego się wydarzy - tłumaczy Aiyegbusi.

Przełomowy rok w karierze Polaka. "Czuję powiew czegoś wielkiego"

W 2018 r. Aiyegbusi zadebiutował w WWE w trakcie The Greatest Royal Rumble. Wszedł do Royal Rumble matchu jako 37, ale został wyeliminowany przez Brauna Strowmana. Na kolejny występ w WWE TV czekał do 2020 r., kiedy zaczął występować w RAW Underground. Przez ponad półtora miesiąca był niepokonany w programie RAW, dopóki nie nie wygrał z nim Braun Strowman. Po porażce z byłym mistrzem Universal Polak został wydraftowany do Monday Night Raw, jednak po drafcie nie ujrzeliśmy go jeszcze ani razu.

Ten rok zaczął się jednak wyśmienicie. W trakcie walki o pas interkontynentalny pomiędzy Big E’m i Apollo Crewsem w Nigerian Drum Fight matchu Big E wykonał Big Ending na Apollo. Po tej akcji do ringu niespodziewanie wszedł Babatunde - wcześniej znany w WWE jako Dabba-Kato. Polak nigeryjskiego pochodzenia zaatakował mistrza interkontynentalnego Big E, wykonując na nim Chokeslam i pomagając wygrać pas interkontynentalny Apollo Crewsowi. Sam przyjął przydomek "Commander Azeez". I choć w fabułach WWE odgrywa rolę Nigeryjczyka, to sam w stu procentach czuje się Polakiem.

- Czuję się wyjątkowo, czuję się specjalnie. Czuję powiew czegoś wielkiego i wiem, że to nadchodzi. Jestem gotowy. WrestleMania to jest nasze Super Bowl. Kredyt zaufania, który dostałem od Vince'a McMahona, czyli właściciela WWE, jest olbrzymi, a ja nie mam ochoty go zawieść. Polscy kibice też na to czekali. Teraz jest czas, żeby pokazać polską siłę. Nie będziemy zdradzać, co to będzie. Ja sam zresztą nie wiem. Jestem jednak gotowy na duże rzeczy i myślę, że firma też jest na to gotowa. Wiatr wieje w stronę Europy czy Afryki. Chcą, żeby było międzynarodowo i interkontynentalnie. I my to im damy. Na pewno też przyjedziemy do Polski, nie wiem kiedy, ale to się stanie - dodaje polska gwiazda WWE.

Kolejną dużą szansę na odegranie jednej z głównych ról Commander Azeez będzie miał na gali PPV WWE WrestleMania Backlash 2021. Jej premiera z polskim komentarzem już 19 maja (w środę) o godzinie 20 na Extreme Sports Channel.

Babatunde widzi w WWE polskiego medalistę IO. "On to poczuł"

Kiedyś dużo mówiło się o tym, że karierę w WWE mógłby zrobić Mariusz Pudzianowski, który był znany w USA z pojedynków w "strongmenach" choćby z inną legendą WWE - Markiem Henrym. Ale Pudzianowski wybrał MMA. Przez lata Polska nie miała przedstawiciela w WWE, choć wkład Polaków we wrestling jest naprawdę bardzo duży. Ivan Putski, znany jako Polish Power, najpierw był gwiazdą wrestlingu, a potem trenował m.in. legendę WWE Shawna Michaelsa. Z kolei Władysław Kowalski był trenerem m.in. Triple H, byłej legendy, a obecnie wiceprezydenta WWE.

- Wydaje mi się, że to jest tak szerokie spektrum tego, co robimy, że jest miejsce dla wszystkich. Jeszcze niedawno trenowałem z Tysonem Furym, a potem on wrócił do boksu i wygrał mistrzostwo świata wagi ciężkiej. Jeśli ktoś chce zrobić show, to u nas drzwi są otwarte. Przykładowo Damian Janikowski, mój dobry kolega, którego znam z Wrocławia. Na igrzyskach olimpijskich w Londynie zdobył medal i wystrzelił nagle z saltem nad głowami trenerów i sędziów. Jemu nikt nie mówił, że ma zrobić show, nie miał tego w scenariuszu, ale to poczuł. I cały świat o tym wie. Dlatego ja go widzę w WWE. Dlatego bym się nie ograniczał, ale widzę też kilku innych kolegów, z którymi moglibyśmy zrobić show - zakończył Aiyegbusi.

„Materiał powstał dzięki współpracy z kanałem Extreme Sports Channel Polska, który w Polsce na wyłączność pokazuje gale WWE.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.