"Bałam się o swoje zdrowie, a może i życie". Polska szpadzistka chce złota na igrzyskach w Tokio

- Jest obawa, że koronawirus może doprowadzić do wznowy choroby nowotworowej. Ale przecież nie musi. Jednak gdyby się zdarzyło, to dziś już mam narzędzia, żeby sobie radzić - mówi Magdalena Piekarska-Twardochel. W lipcu miną trzy lata, odkąd pokonała nowotwór krwi. W lipcu multimedalistka mistrzostw świata i Europy w szermierce może powalczyć o olimpijskie złoto na igrzyskach w Tokio. Polska drużyna wyrasta na faworyta.

Ma srebro i brąz z mistrzostw świata oraz dwa złote i dwa srebrne medale z mistrzostw Europy. Ale na igrzyskach olimpijskich urodzona w 1986 roku Piekarska była tylko raz i stoczyła tylko jedną walkę (przegrała jednym trafieniem - 14:15). Teraz jest częścią drużyny, która wygrała aż cztery z sześciu dużych startów w cyklu przedolimpijskim (mistrzostwa Europy i trzy Puchary Świata z pięciu rozegranych).

Zobacz wideo Szpadzistka Magdalena Piekarska w "Wilkowicz Sam na Sam": W grudniu jeszcze wygrałam Puchar Polski. W styczniu była diagnoza: to pod językiem to jest guz

Łukasz Jachimiak: Multimedalistka mistrzostw świata i Europy pokonała nowotwór i może pojechać na igrzyska olimpijskie, żeby walczyć o złoty medal. Ale chyba na razie odlicza Pani nie 100 dni do igrzysk, tylko dni do ogłoszenia kadry szpadzistek?

Magdalena Piekarska-Twardochel: Zgadza się - nie odliczam dni do igrzysk, bo nie wiem czy znajdę się w składzie naszej drużyny. I też nie odliczam dni do ogłoszenia składów. Przypuszczam, że trener wkrótce powołania ogłosi, ale nie wiem, kiedy konkretnie. Staram się żyć najbardziej jak się da tu i teraz. Koncentruję się na jak najlepszych treningach. Na tym, żeby wszystko dalej szło tak, jak dotychczas. Ostatni Puchar Świata jest potwierdzeniem, że to dobra droga.

Pod koniec marca wygrałyście drużynowy Puchar Świata w Kazaniu. Z pięciu ostatnich takich imprez trzy należały do Was. Do tego zdobyłyście złoty medal mistrzostw Europy. Apetyty przed igrzyskami rosną.

- Turniej w Kazaniu pokazał, że wykonywałyśmy bardzo dobrą pracę przez cały rok pandemii, a przecież nie mogłyśmy sprawdzać swojej formy, ponieważ nie było zawodów międzynarodowych. Każda z nas pracowała nad polepszaniem swoich umiejętności w różnych obszarach, na różnych płaszczyznach. Po roku przyszło zweryfikowanie. Pozytywne.

Nawet bardzo, bo finał z Koreankami wygrany aż 45:24 czy półfinał z Rosjankami wygrany 34:24 pokazują, że Wasze zwycięstwo było bezdyskusyjne.

- Niewątpliwie. A najfajniejsze jest to, że każda z nas mogła walczyć, w zależności od tego, jaki był koncept trenera. Ja finał oglądałam z ławki rezerwowych. W każdej sekundzie byłam gotowa, żeby wejść, ale akurat nie było takiej potrzeby i choć oczywiście wolę walczyć, to mimo wszystko bardzo dobrze mi się patrzyło na to, jak dziewczyny walczą. To była deklasacja Koreanek, które dzień wcześniej brylowały w turnieju indywidualnym, bo jedna wygrała, druga była trzecia, a kolejna znalazła się w ósemce. Można się było spodziewać bardzo zaciętego finału, a jednak nasze dziewczyny od początku pokazały moc. Ja walczyłam w poprzednich meczach, m.in. z Rosjankami. Reasumując, jestem zadowolona i z postawy swojej, i dziewczyn. Pokazałyśmy, że potrafimy robić dobrą, równą szermierkę. Pojechałyśmy tam, wiedząc, że Polska ma już kwalifikację olimpijską, ale przypieczętowałyśmy to, pokazałyśmy, że po roku bez zawodów międzynarodowych nadal jesteśmy bardzo silne.

Które miejsce macie w rankingu?

- Byłyśmy trzecie, a teraz jesteśmy drugie.

To ma znaczenie, bo daje rozstawienie w Tokio, prawda?

- Tak. Przed nami w teorii jest jeszcze Puchar Świata w Dubaju planowany na połowę maja. Ale nie wiemy czy się odbędzie. Są też mistrzostwa Europy, ale też stoją pod znakiem zapytania i nie wiadomo czy będą się liczyły do olimpijskiego rankingu. W każdym razie na dziś w meczu o czwórkę na igrzyskach wpadamy na siódme w rankingu Estonki.

Wy od kilku lat jesteście na podium większości imprez. Jesteście bardzo równe.

- Trzy wygrane Puchary Świata z pięciu to nasz dorobek z kwalifikacji olimpijskich. Ale już w 2017 roku wygrałyśmy pierwszy Puchar Świata po kilku słabych latach kadry. To było tuż przed moją chorobą. Po długiej, długiej przerwie zaczęłyśmy się wtedy dokopywać do światowej czołówki. Idąc z 13-14 miejsca.

W 2017 roku był też brązowy medal MŚ w Lipsku.

- Tak, najpierw był medal, wywalczony w meczu z Koreankami. A po mistrzostwach wygrałyśmy Puchar Świata w Chinach. I następnie kilka innych turniejów.

Trener może zabrać do Tokio cztery zawodniczki?

- Tak.

A ile jest mocnych dziewczyn z realnymi szansami?

- Jest nas przynajmniej sześć. Ale warto wspomnieć o tym, że w kadrze jest więcej zawodniczek i wszystkie pracują na sukces. Im większa jest konkurencja, tym wyższy poziom grupy. Bez trenerów - kadrowych i klubowych - bez wszystkich zawodniczek, bez sztabu medycznego w ogóle trudno byłoby mówić o sukcesach.

Teraz mimo pandemii trenujecie w miarę normalnie, ale w ubiegłym roku nie miałyście prawa spotkać się na sali i poćwiczyć?

- Możliwości naszego trenowania zmieniały się wraz ze zmianą obostrzeń w kraju. Teraz jako członkowie kadry jak najbardziej możemy trenować. Jestem właśnie na zgrupowaniu w Jachrance. Bardzo ją sobie chwalimy. Jest tu mało osób, są bardzo dobre warunki i bardzo dobre jedzenie, a my lubimy jeść dobrze, ha, ha. Byłyśmy już też na zgrupowaniu we Francji, być może w maju wyjedziemy na jeszcze jedno zagraniczne. Reasumując, dopasowujemy się do obostrzeń i bardzo się cieszymy, że teraz możemy już w miarę normalnie trenować.

Rok temu w mediach społecznościowych widziałem zawodniczki, które wieszają maskę na żyrandolu i ją atakują albo trafienia zadają desce do prasowania. Pani miała jakiś swój autorski pomysł na trening wtedy, gdy wszystko było pozamykane?

- No jasne! Kombinowaliśmy w warunkach domowych, jak tylko się dało. Łącznie z tym, że męża przebierałam w strój szermierczy i on mi służył za przeciwnika!

Nie był za łatwym celem? Chyba musiał być, nawet jeśli dostał od Pani instrukcje, jak ma się poruszać?

- My jesteśmy razem 10 lat, więc coś tam podpatrzył! Ale oczywiście bardziej służył za żywego manekina czy - ładniej mówiąc - za tarczę, w którą mogłam trafiać. Nie zgadzał się na to często, bo w moim przyciasnym na niego stroju szermierczym jednak trudno mu było oddychać. Wieszałam sobie też w różnych miejscach maskę lub piłeczkę tenisową żeby w nią trafiać. Albo po prostu robiłam pracę nóg. Poza szermierką czas twardego, domowego lockdownu wykorzystałam przede wszystkim na trening kardio i na poprawę równowagi oraz na trening mentalny. To wszystko razem wzięte złożyło się na moje dobre przygotowanie, którego potwierdzeniem były kolejne starty.

A propos treningu mentalnego - dwa lata temu w programie Pawła Wilkowicza opowiedziała Pani jak przeżywała porażkę na igrzyskach w Londynie w 2012 roku. Tam przegrała Pani pierwszą walkę ze Szwajcarką, a później śniło się Pani, że z Chinka, z którą miałaby Pani walczyć w następnej rundzie, przyszła bez szermierczego stroju i Pani wiedziała, że zabiłaby ją, gdyby doszło do walki, więc trzeba było zrezygnować i odpaść z igrzysk. Przed Tokio sny i wspomnienia wracają?

- Nie, nie, absolutnie, ha, ha! Kilka lat po Londynie okazało się, że nie do końca sobie poradziłam z tamtymi wydarzeniami. Dopiero wtedy specjalista pomógł mi się z porażką uporać. A dziś jestem już zupełnie inną zawodniczką, z zupełnie innymi doświadczeniami życiowymi niż w 2012 roku. Teraz staram się żyć jak najbardziej tu i teraz. Nie rozpamiętuję, nie wracam. Szermierka jest dziś inna niż wtedy i ja jestem zupełnie inną Magdą Piekarską niż byłam prawie 10 lat temu.

Pomówmy o innych igrzyskach - wojskowych w Wuhan. Jako żołnierz startowała tam Pani w październiku 2019 roku i sportowo było jak najbardziej w porządku, bo zdobyła Pani brązowy medal. A jak było pod innymi względami? Mówi się, że to w Wuhan zanotowano pierwsze przypadki koronawirusa i że było to w grudniu 2019 roku. Tymczasem sportowcy z Francji i Włoch twierdzą, że już podczas wojskowych igrzysk dopadł ich covid.

- Sportowo było jak najbardziej okej i jeśli chodzi o organizację również. W polskiej ekipie, a już na pewno w kadrze szermierzy, w ogóle nie słyszałam o takich dziwnych przypadkach. Oczywiście czytałam o tych, o których pan mówi. Ale ja ten wyjazd wspominam bardzo dobrze. Był długi, intensywny, myśmy tam byli 16 dni. Ale nie można było mieć żadnych zarzutów do organizatorów.

Boi się Pani covidu? Pewnie tak, bo jest Pani w grupie większego ryzyka z racji nowotworowej historii?

- Tak i nie. Wszystko zależało od momentu, w którym byłam. Początki pandemii były dla mnie trudne. Najpierw niewiedza, później przesyt informacji. Miałam mętlik w głowie, a karmienie się złymi informacjami tylko mnożyło mój lek. Mówiąc wprost - bałam się o swoje zdrowie, a może i życie. Teraz, gdy jestem już po covidzie i - odpukać - wszystko ze mną jest w porządku, boje się mniej. Nadal nie śledzę wiadomości, wybieram spokój, choć wiem, że mimo że jestem ozdrowieńcem, to nie mam gwarancji, że nie zachoruję kolejny raz. Zwłaszcza, że covid przeszłam już jakiś czas temu, w zeszłym roku. Jest gdzieś z tyłu głowy obawa, że koronawirus może doprowadzić do wznowy choroby nowotworowej. Ale przecież nie musi. Nie myślę o tym na co dzień, jednak gdyby się zdarzyło, to ja dzisiaj już mam narzędzia do tego, żeby z takimi obawami sobie radzić. Na razie jestem zdrowa, tak pokazują badania, ale wolę nie kusić losu. Staram się być rozsądna i izolować się od skupisk ludzkich. Trenuję w klubie, jeżdżę na zgrupowania, bo to moja praca. Jakie mam wyjście? Niespecjalnie jakieś jest. No chyba że chcę zrezygnować z marzenia, jakim są igrzyska olimpijskie.

Trudno byłoby zrezygnować z czegoś, o czym się całe życie marzy i na co się całe życie pracuje.

- Dokładnie. Z drugiej strony to jest stawianie na szali zdrowia. Są to trudne wybory. Ale zdecydowałam się podjąć rękawicę. Jestem wierna swoim zasadom, unikam ludzi na tyle, na ile mogę i minimalizuję ryzyko.

Ciężko Pani przechodziła covid?

- Nie. Miałam objawy, ale nie były mocne. Przeszłam tę chorobę w stopniu lekkim. Cieszę się, że skoro już musiało mnie to dopaść, to tylko tak. I że mogłam szybko wrócić do szermierki. Po zrobieniu badań serca i płuc wiem, że nic złego się nie dzieje.

Jak często się Pani bada?

- Kontrole onkologiczne mam co pół roku i raz w roku mam skan całego ciała, który pokazuje, czy są w ciele komórki nowotworowe. Oprócz tego mam badania sportowe, więc tak naprawdę kontrole wychodzą mi co trzy miesiące. Do tego dochodzą jeszcze coroczne badania profilaktyczne. I dobrze, że tyle tego jest - przezorny zawsze ubezpieczony. Do badania się namawiam wszystkich. Jestem przykładem, że jeśli szybko reagujemy, to możemy sobie z chorobą poradzić. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w koszyku wszystkich złych chorób moja była jedną z najlepszych możliwości, bo dało się ją wyleczyć. Ale to nie zmienia faktu, że warto się badać. Profilaktycznie, ale też jeśli czujemy jakieś niepokojące sygnały w ciele. To dotyczy też mężczyzn. Muszę to podkreślić, bo widzę, że mężczyzn trudniej namówić. Ale nie odpuszczam, męczę m.in. swojego męża. Wczesne wykrycie to życie - coś w tym jest.

Została Pani ambasadorką ważnej społecznie sprawy, a jaką najlepszą rzecz dla siebie wyciągnęła Pani z choroby? Pytam, bo wiem, że to trudne doświadczenie uważa Pani za cenne, potrzebne.

- W lipcu miną trzy lata odkąd skończyłam leczenie i niezmiennie cieszę się, że powiedziałam o swojej chorobie. Zrobiłam to, bo chciałam kogoś zmobilizować, kogoś innego zachęcić do badań, a jeszcze komuś dać pozytywnego kopa w trakcie walki z chorobą. Nie pomyliłam się, dobrze zrobiłam. Ale to nie była łatwa decyzja. Nie było tak, że pewnego dnia się obudziłam i stwierdziłam: wrzucam posta, powiem ludziom. Zastanawiałam się czy więcej będzie plusów czy minusów tego, że opowiem o swojej chorobie. Przekonałam się, że więcej jest plusów. Uznałam, że jeśli pomogę chociaż jednej osobie, to warto. A tych osób było więcej. Do dziś się zdarzają zapytania od ludzi chorych. Oczywiście nie jestem lekarzem, nie stawiam diagnoz, ale mogę pomagać w inny sposób.

Jak?

- Choćby dobrym słowem. Nie jestem jakąś urodzoną optymistką, ale staram się patrzeć pozytywnie na sytuację. Wiem, że to niekiedy wymaga czasu. U mnie tak było. Na początku widziałam wszystko w czarnych barwach, ale w końcu uznałam, że potraktuję nowotwór jak przeciwnika na planszy. I do takiej drogi zachęcam ludzi. Do walki po prostu. A odpowiadając wprost na pana pytanie, powiem tak: radość z życia i większe docenienie tego co mam, a nie gonienie za tym, czego jeszcze nie mam i może mieć nie będę - to jest najcenniejsza rzecz, którą wyciągnęłam z choroby. Nauczyłam się doceniać proste rzeczy dnia codziennego. Oczywiście nie jest tak, że zmieniłam całe życie i że codziennie widzę tylko piękne rzeczy. Jak każdy człowiek, mam też swoje problemy, czy po prostu gorsze dni. Ale zaszła we mnie duża zmiana. Doceniam to, co mam i wiem już na pewno, że nic nie wydarzy się na pewno. Wiem jak to brzmi, ale tak jest. Mam plany sportowe, kontrole lekarskie, czy inne rzeczy, które trzeba zaplanować, bo takie jest życie, ale po prostu dziś wiem, że te wszystkie plany mogą zostać odłożone w czasie, albo być w ogóle niezrealizowane. W ogóle myślę też, że pandemia pokazuje nam wszystkich, że nic nie wydarzy się na pewno. Obok wielu problemów jakich przysporzyła, można tez dostrzec jej pozytywne aspekty. Ludzie zwolnili. Myślę, że wielu właśnie dzięki pandemii zaczęło bardziej doceniać to co w życiu ma: zdrowie, rodzinę, dach nad głową.

Na koniec proszę sobie wyobrazić, że jedzie Pani do Tokio i z koleżankami z drużyny zdobywa brązowy medal. Jest Pani szczęśliwa na 100 procent? Bierze Pani coś takiego w ciemno?

- To jest dobre pytanie! Nie - jeśli tam pojadę to chciałabym zdobyć z dziewczynami złoty medal! To by było stuprocentowe spełnienie. Ale też myślę sobie, że każdy medal cieszy, tylko ten innego koloru cieszy troszkę później.