Doba zginął, robiąc to, co kochał. "Nigdy nie było wiadomo, czy to jego ostatnia wyprawa"

- W przypadku Olka nigdy nie było wiadomo, czy to jego ostatnia wyprawa. "Lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto lat jak owca" to jego ulubione powiedzenie - mówi Sport.pl Dominik Szczepański, autor biografii polskiego podróżnika.

Aleksander Doba zmarł podczas wyprawy na Kilimandżaro. Miał 74 lata. Świat zapamięta go przede wszystkim z podboju Atlantyku. Doba przepłynął go kajakiem sam, jako pierwszy człowiek na świecie. 

Zobacz wideo Aleksander Doba: Czuję się młody! Chcę po raz trzeci przepłynąć Atlantyk! [wywiad ze stycznia 2016]

- Niesamowite było to, że on do kajaka pierwszy raz wszedł, mając 34 lata. Ocean Atlantycki pierwszy raz przepłynął, w wieku 65 lat.  Był najlepszym dowodem i przykładem na to, że na ważne rzeczy nigdy nie jest za późno - mówi Sport.pl Dominik Szczepański, autor biografii Doby "Na oceanie nie ma ciszy".

"Olek nie chciał zakopywać się w domu i niczego nie zobaczyć"

Ten zapis relacji podróżniczych jest zbiorem historii i przemyśleń z kilku ekstremalnych wypraw polskiego podróżnika, który Atlantyk samotnie pokonał niejeden raz. - Jak przepłynął ocean raz, doszedł do wniosku, że chętnie spróbuje tego dokonać po raz drugi i trzeci. Przez moment zaczynało to chyba powszednieć, ale przecież nikt poza nim czegoś takiego nie próbował. On sobie sam wyznaczał cele i podnosił poprzeczkę. Grał we własnej lidze. Wszyscy mogli tylko patrzeć i go podziwiać - opisuje fenomen Doby Szczepański. 

Polski podróżnik kajakiem opłynął Morze Bałtyckie, jezioro Bajkał, przepłynął wzdłuż całego polskiego wybrzeża od Polic do Elbląga, przepłynął też Polskę po przekątnej od Przemyśla do Świnoujścia. Przed fascynacją kajakami Doba latał szybowcem i skakał na spadochronie. Uśmiechał się na słowa wybitnego himalaisty Krzysztofa Wielickiego, który mawiał, że "lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto lat jak owca". 

- To było jedno z ulubionych powiedzeń Olka. To dlatego chciał ruszać na kolejne wyprawy. Nie chciał zakopywać się w domu i niczego nie zobaczyć. Robił to, co chciał do samego końca, bo przecież niedawno wymyślił, że podbije najwyższy szczyt Afryki. Zginął na Kilimandżaro, robiąc to, co sprawiało mu radość - zauważa dziennikarz i autor książek dotyczących himalaizmu.

"Doba zawsze opowiadał, że jeszcze ma coś w zanadrzu"

U Doby Szczepański zapamięta wieczny entuzjazm i radość, którą zwykle wywoływały podróże. - Gdy wokół siebie miał kogoś, komu mógł opowiedzieć o swoich wyprawach, o rzekach, ocenie, o sporcie, to wtedy rzeczywiście się zapalał. Nie miało znaczenia czy był przed kamerą wielkiej telewizji, czy w towarzystwie dwóch przypadkowo spotkanych osób. Zawsze rozmawiał z wielkim entuzjazmem. Zawsze miał cierpliwość i ochotę, by nawet setny raz opowiadać te same historie. Tak, by ktoś poczuł, jakby na tych wyprawach z nim był - mówi dziennikarz.

- Po kolejnych wyprawach, kolejnych przepłynięciach oceanu, kiedy ktoś pytał go: - Panie Olku, to już, czy jeszcze coś? On zawsze odpowiadał, że jeszcze ma coś w zanadrzu. Musi tylko wrócić do żony, trochę z nią pobyć i pewnie też przekonać do kolejnych pomysłów - kończy Szczepański. 

Informację o śmierci Dobry przekazała jego rodzina. "Zmarł śmiercią podróżnika, zdobywając najwyższy szczyt Afryki - Kilimandżaro. Spełniając swoje marzenia" - czytamy w komunikacie na oficjalnym profilu Aleksandra Doby na Facebooku.