Przed Janem Pawłem II zatańczyli Kfiat, Wezyr i Bożek. A teraz czas na igrzyska olimpijskie

- Nie jesteśmy chłopakami, którzy tylko turlają się po ceracie rozłożonej na ulicy albo przed dworcem i zbierają pieniądze do czapki - mówi B-Boy Thomaz, jeden z najbardziej znanych polskich b-boyów, którzy za cztery lata zadebiutują na igrzyskach. Ich środowisko wcale nie sprawia jednak wrażenia, jakby o ten debiut zabiegało.

- Wreszcie na marmurowe posadzki kościoła weszła kultura, którą wielu z nas odtrąca - mówił biskup Tadeusz Pieronek, który był współorganizatorem wyjazdu polskich b-boyów do Ojca Świętego. Zimą 2004 r. w Auli Klementyńskiej w Watykanie przed Janem Pawłem II zatańczyli Kfiat, Wezyr i Bożek.

Zobacz wideo Deskorolka - nowa dyscyplina na igrzyskach olimpijskich

Stephen BuntingKrzysztof Ratajski poznał rywala w walce o półfinał MŚ. Pasjonujący pojedynek

To był breakdance. Lub - jak dwa lata później nazwał go w Sejmie Andrzej Lepper, atakując przy tym posłów koalicji - "bredgens". "Czyli taniec na głowie, jakby ktoś nie wiedział" - precyzował Lepper.

Większość zapewne wiedziała, czym jest breakdance, ale na pewno mało kto spodziewał się, że 15 lat później "taniec na głowie" zostanie dyscypliną olimpijską i w 2024 r. zadebiutuje na igrzyskach w Paryżu. - Czy nasze środowisko jest tym zaskoczone? Na pewno jest podzielone - mówi Thomaz, jeden z najbardziej znanych polskich b-boyów, z którym rozmawiamy o breakingu. - Tak, o breakingu albo o b-boyingu lub, jeśli tańczą dziewczyny, o b-girlingu. Choć my najczęściej mówimy właśnie breaking. Na pewno nie breakdance. To nazwa komercyjna, wymyślona przez mass media, kiedy breaking stał się bardziej popularny, zaczął wychodzić z podziemia - tłumaczy.

Do tego podziemia akurat warto zajrzeć, a chyba nawet wypada. Cofnąć się do lat 70. i Nowego Jorku, a nawet od razu przenieść na Bronx, gdzie breaking narodził się jako jeden z elementów kultury hiphopowej - obok rapu, DJ-ingu oraz graffiti. I zanim w ogóle komuś przyszło do głowy, by robić z niego sport olimpijski (albo w ogóle jakikolwiek sport), kilkadziesiąt lat temu zaczął funkcjonować jako osiedlowa zajawka, która szybko stawała się coraz modniejszym stylem życia. Zapoczątkowanym przez dzieciaków i młodzież ze słabo sytuowanych rodzin - głównie afroamerykańskich i latynoskich - które historię tego stylu zaczęły pisać na ulicach. A niedługo później też w nocnych nowojorskich klubach, gdzie zbierano się na imprezach, by uczestniczyć w tanecznych bitwach.

Nikt nie myślał wtedy o forsie, ale ona się pojawiła

Pionierami breakingu była grupa Rock Steady Crew, która do dziś uchodzi w tym środowisku za legendarną i wciąż kultową. Została założona w 1977 r. na Bronksie przez dwóch nastolatków: Jimmy'ego Dee i Jimmy'ego Lee, do których niedługo później dołączyli kolejni b-boye, m.in. Richard Colon, znany bardziej jako Crazy Legs, który w 1979 r. otworzył filię Rock Steady Crew na Manhattanie. A otworzył z prostego powodu - nie miał pieniędzy, by codziennie kursować metrem z Manhattanu na Bronx i z powrotem. - Nikt nie myślał wtedy o forsie. Wiadomo, że w końcu dzięki breakingowi zacząłem zarabiać na życie, ale na początku chciałem tylko sprawdzać się z innymi, ćwiczyć, zdobywać szacunek na dzielni i wygrywać bitwy - mówił Crazy Legs kilka lat temu w filmie "B-Boys: Historia Breakdance'u", w którym wspominał także o pierwszych inspiracjach. Czerpanych nie tylko z rapu, soulu, funku albo rockingu czy gangsta style'u, czyli z tańców, które były wtedy modne w nowojorskich klubach, ale też z gimnastyki, akrobatyki, salsy, mambo, a nawet filmów kung-fu.

W latach 80. breaking już na dobre wyszedł z podziemia. Duży rozgłos ekipie Rock Steady Crew dały występy Crazy Legsa, Frosty Freeze'a i Kena Swifta w filmie "Flashdance". Rok wcześniej nakręcono też dokument "Wild Style" - właśnie o tym środowisku, kwitnącym na pełnych biedy i przemocy ulicach Bronksu i pośród surowych i rozwalających się kamienic na Lower East Side, w południowo-wschodniej części Manhattanu. Ale tak naprawdę głośno o breakingu zrobiło się dopiero po "Flashdance", który w 1984 roku dostał Oscara za najlepszą piosenkę (Irene Cara - What A Feeling) i jeszcze trzy nominacje (najlepsze zdjęcia, montaż i jeszcze jedna piosenka: Michaela Sembello - Maniac).

"Flashdance" to był typowy melodramat - opowieść o dziewczynie z Pittsburgha pracującej jako spawaczka i dorabiającej w nocnym barze jako tancerka, której marzeniem było dostanie się do szkoły baletowej. Słowem: niezbyt wyszukana historia, ale za to pełna tanecznych scen. Również z nowojorskimi b-boyami, którym ten film z oklepaną fabułą pootwierał drzwi. Do kolejnych filmów, reklam, teledysków, a nawet do nagrania własnej płyty i wspólnej trasy koncertowej z legendarnym Afrika Bambaataa. I to po Europie, która w połowie lat 80. przypatrywała się Ameryce, a taneczna zajawka chłopaków z Bronksu i Manhattanu też robiła na niej wrażenie.

Zresztą nie tylko Europa ich podpatrywała, bo to we "Flashdance" b-boye po raz pierwszy - a przynajmniej sami tak twierdzą - zaprezentowali moonwalk, czyli taneczną figurę, która niedługo później stała się znakiem rozpoznawczym Michaela Jacksona.

Idealna muzyka do kręcenia na głowie?

Toprock (dynamiczne kroki taneczne połączone z gestykulacją), power moves (rotacyjne figury, np. obroty na plecach, głowie czy rękach, czyli jedne z najefektowniejszych i najtrudniejszych w breakingu), freeze (statyczne figury polegające na zastygnięciu w konkretnej pozycji na kilka sekund), footwork (płynne i dynamiczne taneczne kroki wykonywane najczęściej z pozycji podpartego przysiadu) i dropy (niezbyt trudne, ale ważne kroki służące jako przejścia z toprocka do footworka albo do power movesów, które pozwalają zachować ciągłość taneczną). To pięć głównych składników breakingu, który poza podstawowym zestawem figur (przede wszystkim chodzi tu o power movesy, które każdy szanujący się b-boy powinien umieć) nie ma ścisłego zakresu ruchów. Te można wymyślać samemu. Nawet wypada, bo najbardziej oryginalni b-boye, którzy mają zestawy własnych kombinacji, są za to bardzo cenieni. Tak samo, jak ceni się tych, którzy dobrze czują rytm - potrafią idealnie dopasować klasyczne ruchy do lecącej muzyki.

No właśnie, muzyka. Breaking przez lata 80. i 90. najbardziej przykleił się do rapu i electro. Na początku był jednak kojarzony raczej z funkiem i soulem, czyli z najzwyklejszą muzyką rozrywkową, która w tamtych czasach leciała na wielu imprezach. Ale trendy się zmieniały. Również na Bronksie, u DJ-ów - czyli u jednego z czterech filarów hip-hopu, ściśle związanego z breakingiem - którzy szukając nowych brzmień, wpadali na różne pomysły. Zaczęli np. zapętlać i powtarzać w utworach momenty, gdzie mocno akcentowane były wybijające rytm instrumenty perkusyjne (werbel, stopa etc.). I tym sposobem stworzyli breakbeat - nowy gatunek muzyczny, który też powstał w latach 70., i też - a jakże! - narodził się na Bronksie. I nawet dziś, po tylu latach, wiele osób cały czas uznaje go za idealną muzykę do kręcenia się na głowie.

- Od tego kręcenia się na głowie to my chcielibyśmy jednak trochę odejść. To znaczy: od postrzegania nas w ten sposób - co niestety wiele osób robi - że jesteśmy chłopakami, którzy tylko turlają się po ceracie rozłożonej gdzieś na ulicy albo przed dworcem i zbierają pieniądze do czapki. To nie tak. Breaking to przede wszystkim zawody, których w normalnych czasach bez wirusa jest tyle, ile piłki nożnej. Oczywiście w mniejszej skali, ale praktycznie co kilka dni gdzieś na świecie są jakieś duże imprezy. A w Polsce, jak jest sezon, potrafią odbywać się nawet cztery turnieje dziennie. Może nie są one bardzo duże, ale około 50 osób z reguły przychodzi na takie bitwy - mówi B-Boy Thomaz.

Nie ma opcji: musisz w to wejść na 100 procent

"Zróbcie tutaj miejsce z deka, bo będę zaraz tańczyć breaka" - apelował DJ 600V w swoim kawałku z końcówki lat 90. Breaking już był wtedy w Polsce. I miał się tu całkiem dobrze. A na pewno coraz lepiej, bo w naszym kraju rosła moda na hip-hop. Głównie chodziło o rap, czyli o muzykę, ale i graffiti zawsze było dość blisko rapu, i breaking też potrafił się z nim dobrze trzymać. Czy to na ulicy, czy na klasycznych imprezach, na których b-boyom zdarzało się występować w przerwach między koncertami raperów. - Takie występy zawsze są poprzedzone naprawdę ciężką pracą - mówi B-Boy Thomaz. I tłumaczy: - Jeśli chcesz utrzymać topową formę, musisz trenować praktycznie codziennie. Sam pamiętam, że bywały okresy, w których robiłem dwa treningi dziennie plus do tego jeszcze jakieś bieganie albo siłownia. Tu nie ma innej opcji: jeśli chcesz coś znaczyć, musisz w to wejść na 100 procent. A potem czekać na efekty. Jak długo? Myślę, że po mniej więcej pięciu latach takiej pracy jesteś w stanie osiągnąć przyzwoity poziom ogólnopolski, a może nawet i europejski.

A czy da się w ogóle z tego żyć? - dopytujemy. - Mogę mówić tylko z mojego punktu widzenia, że jak startujesz w zawodach albo jeździsz na nie jako sędzia, trener czy nawet sam je organizujesz, a do tego jeszcze prowadzisz zajęcia z dzieciakami albo np. grasz w jakichś spektaklach czy bierzesz udział w pokazach, to tak - da się. Spokojnie zarobisz na jedzenie, rachunki oraz na wyjazdy na zawody, bo to też są wydatki. I to niemałe, jak np. chcesz polecieć do Stanów Zjednoczonych czy nawet do Norwegii, gdzie musisz sobie kupić bilety, opłacić nocleg, jedzenie itd. A sponsorzy? Tak, pojawiają się, ale dopiero od niedawna są tacy, którzy oferują ci poważniejsze wsparcie. Najważniejsze są zawody, gdzie jak dobrze wypadniesz, to zarobisz i też przyciągniesz sponsorów. Albo przynajmniej nie stracisz, nie dołożysz, bo w breakingu pieniądze są - w tym naszym też. Może nie aż tak duże jak np. we Francji, gdzie masz specjalny program i od państwa dostajesz dodatkowy tysiąc euro miesięcznie za to, że jesteś artystą, no ale coś tam zarobisz.

Francja wspiera artystów, ale B-Boy Thomaz dość wyraźnie sugeruje, że to wcale nie musi oznaczać, że my jesteśmy gorsi. - Francuzi nadal są nieźli, ale już nie aż tak mocni, jak kiedyś - wyjaśnia. A na pytanie, kto jest dziś najmocniejszy na świecie, odpowiada: - Łatwiej wskazać kilku mocnych, choć te trendy też się zmieniają. Jeśli jednak mamy mówić o krajach, to dobrym punktem odniesienia są zawody Rep Your Country, które co roku odbywają się na Słowacji. Startuje w nich głównie Europa, ale poziom jest światowy. Poza tym zaglądają tam, i to dość często, ludzie z Ameryki Południowej, a czasem ze Stanów czy Kanady. - No dobra, ale kto dziś jest mocny? - pytamy znowu. - Mocni są Rosjanie, Ukraińcy. My też w ostatnich latach dwa razy wygrywaliśmy te zawody. A z pojedynczych tancerzy, to jak na razie wyraźnym faworytem do triumfu na igrzyskach wydaje się B-Boy Menno z Holandii. Jest też kilku niezłych Japończyków, może ktoś z Korei, gdzie jest np. B-Boy Wing, ale nie wiem, czy on w ogóle będzie chciał startować - zastanawia się B-Boy Thomaz.

Decyzja MKOl podzieliła środowisko b-boyów

Inni też się nad tym zastanawiają, bo jeśli ktoś myśli, że zaproszenie breakingu do olimpijskiej rodziny zostało przyjęte przez b-boyów z dużym entuzjazmem, to jest w błędzie. Grudniowa decyzja MKOl dość mocno poruszyła całym środowiskiem. I to mimo że raczej była spodziewana, mówiło się o tym od dawna. MKOl, który ostatnio postawił sobie za cel odmłodzenie igrzysk - i to już od Tokio, gdzie w przyszłym roku zadebiutują baseball/softball, karate i wspinaczka sportowa (wszystkie dyscypliny na życzenie Japonii) oraz surfing i deskorolka - już dwa lata temu bardzo przyjaznym okiem spoglądał na breaking. Po Młodzieżowych Igrzyskach Olimpijskich w Buenos Aires, gdzie był testowany i gdzie zrobił kolosalne wrażenie na Thomasie Bachu. Przewodniczący MKOl nawet specjalnie nie krył się z tym, że został wielkim fanem tańca. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że zdecydowanie bliżej niż do breakingu jest mu do tego, co jest za breakingiem. Czyli do Red Bulla - znanej austriackiej firmy - która sporo w niego inwestuje. I na pewno nikt by się teraz w MKOl-u nie pogniewał, gdyby to wsparcie popłynęło jeszcze szerszym strumieniem. Czyli dotarło do samego komitetu, który według niektórych może teraz próbować nawet sam na to wpływać, stosując stary jak świat mechanizm: skoro my wam, to teraz wy nam. Klasyczna przysługa za przysługę.

Patrząc jednak na reakcje środowiska b-boyów, nikt nie odbiera zaproszenia na igrzyska jako wielkiej przysługi. Po decyzji MKOl nie brakuje krytycznych i sceptycznych głosów. A optymizm, choć też się pojawia, jest raczej mocno umiarkowany. Najczęściej wymienianą korzyścią przez b-boyów płynącą z obecności na igrzyskach jest to, że breaking na szeroką skalę trafi do młodych widzów, a oni być może uznają go za fajną formę ruchu i potem sami spróbują swoich sił. A pieniądze? One też pojawiają się w tej dyskusji i jak zwykle dzielą. Już teraz służą jako argument dla obu stron, gdzie jedni uważają, że podniosą one standardy i poziom życia, a co za tym idzie: także umiejętności b-boyów. A drudzy, że będą miały demoralizujący wpływ na kulturę: postępować będzie komercjalizacja i usportowienie breakingu.

Dżambułat ChatochowNie żyje "najgrubsze dziecko w historii". Chatochow zmarł w wieku 21 lat

Breaking - sport czy kultura?

B-Boy Thomaz: - Już od jakiegoś czasu widać trend, że breaking powoli zmierza w stronę sportu. Są oczywiście tacy, którzy próbują to zatrzymać, a nawet odwrócić. Walczą, przypominają o korzeniach, o historii breakingu. Wskazują na muzykę, na ten cały true school i inne elementy kultury, które nie są i nigdy nie powinny zostać skomercjalizowane. Służą jako symbole breakingu, ale nie breakingu jako sportu, tylko jako stylu życia, który owszem ma w sobie elementy sportu, ale tylko elementy. Nie jest to czysty sport.

Są też tacy, dla których breaking w ogóle nie jest sportem. - Gdyby ktoś 40 lat temu powiedział mi, że zostanie dyscypliną olimpijską, prawdopodobnie kazałbym mu się zamknąć - powiedział Crazy Legs w rozmowie z "USA Today". - Poza tym ani wtedy, ani dziś dla mnie breaking nie jest sportem. I myślę, że każdy, kto pozna bliżej ten taniec, wsiąknie trochę w tę kulturę i nasze środowisko, również go sportem nigdy nie nazwie.

Wsiąknąć i bardziej zainteresować się tym środowiskiem i kulturą powinien chyba też MKOl, bo jak na razie jedyne co zrobił, to ogłosił, że breaking za cztery lata zagości w Paryżu. - Dla nas wiele spraw wciąż jest niejasnych. Nie wiemy np., jak na igrzyskach będzie wyglądał system sędziowski, czy będzie opierał się na naszych rdzennych zasadach i wartościach, czy może ktoś będzie próbował w to ingerować - mówi B-Boy Thomaz.

A jakie są te zasady i wartości? - Może skupmy się już na sędziach. Wiadomo, że ich obowiązują pewne ramy i kryteria, których się trzymają i na tej podstawie oceniają czy dany zawodnik w swoim wyjściu [tańcu, pojedynku] jest na tyle kompletny, że potrafi dobrze lub bardzo dobrze zaprezentować się w elementach technicznych. To jest jedna strona. Ale jest jeszcze druga, bo nie zapominajmy, że cały czas rozmawiamy o tańcu. On też podlega subiektywnej ocenie. A nawet może nie tyle chodzi o sam taniec, ile o taniec i o muzykę, która pociąga za sobą i elementy techniczne, czyli to stereotypowe kręcenie się na głowie, i uwypukla też inne rzeczy. Kreatywność, pomysłowość czy charakter b-boya, który przecież przed występem nie wie, do jakiego utworu będzie tańczył. Może go znać, ale DJ, który na bitwie puszcza dwa kawałki, ma pełną dowolność i też może puścić takie, których b-boy nie zna. I to jest właśnie moment, kiedy liczy się jego pomysłowość i kreatywność, zaczyna się freestyle i improwizacja. Wtedy poznajesz charakter b-boya - widzisz, w jaki sposób interpretuje muzykę - co jest równie ważne. A może nawet ważniejsze. Przynajmniej dla mnie, bo ja np. bardzo zwracam na to uwagę - przyznaje B-Boy Thomaz, który ostatnio skupia się bardziej na sędziowaniu. - Ale w breakingu to wszystko się ze sobą miesza, czyli raz jesteś sędzią, za chwilę zawodnikiem, znowu sędzią, a potem trenerem albo organizatorem - tłumaczy. Gdy pytamy go o to, czy sam będzie walczył o igrzyska jako zawodnik, odpowiada, że jeszcze się zastanawia.

Czasu jeszcze trochę zostało. Choć wydawało nam się, że akurat te pierwsze tygodnie w olimpijskiej rodzinie zwykle płyną inaczej. Bardziej beztrosko, że dominuje w nich euforia, wzajemna adoracja, fascynacja i zainteresowanie. Nie w przypadku breakingu. - Trzy lata do kwalifikacji olimpijskich to sporo czasu, by ustalić jakieś reguły. A przede wszystkim zrozumieć, o co w tym chodzi. Uzmysłowić sobie, że breaking to nie jest żadna dyscyplina gimnastyczna albo coś w tym rodzaju. Że to jest coś zupełnie innego. Coś, co w nas b-boyach jest bardzo głęboko zakorzenione i MKOl nie powinien próbować tego zmieniać. Tym bardziej że my sobie zdajemy sprawę, że w życiu czasem trzeba przełamywać bariery i mierzyć się z różnymi stereotypami. Dlatego jako środowisko breakingowe jesteśmy gotowi, by usiąść do rozmów i wypracować pewne standardy. Koszykówka też przecież jest na igrzyskach, a to zupełnie coś innego niż NBA, którą ta igrzyskowa koszykówka nigdy nie będzie. Tak samo, jak zawody breakingowe nigdy nie będą tym, czym od lat się zajmujemy. One mogą być tylko niewielkim wycinkiem naszej kultury, która jest wyjątkowa i powinna pozostać nietknięta - apeluje Crazy Legs.

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .