Niepokojące powikłania po zakażeniu COVID-19. Badania serca mogą uratować życie i karierę

- Nie ma w Polsce przepisu, który nakazuje badać serca sportowców po covidzie - mówi Sport.pl dr Jarosław Krzywański, lekarz kadry lekkoatletów i jedna z najważniejszych osób polskiej medycyny sportowej. Ile kosztują badania, które mogą ratować kariery i życia? I kto na nich nie oszczędza?

- Nie miałem żadnych symptomów, nic mnie nie bolało. Trenowałem, grałem, wychodziłem w pierwszym składzie, czułem się w gazie. To było dla mnie strasznie duże zaskoczenie, kiedy doktor powiedział, że czeka mnie długa przerwa - mówi w wywiadzie ze Sport.pl Jakub Kowalczyk.

Zobacz wideo Vital Heynen: "To niesamowite, że cały kraj nam pomaga".

Jeszcze 31 października siatkarz Vervy Warszawa grał mecz w PlusLidze, a 3 listopada klub poinformował, że czeka go kilka tygodni przerwy, bo po covidzie nabawił się zapalenia mięśnia sercowego.

"Proponujemy badania wszystkim kadrowiczom. Część nie chce"

- Zapalenie mięśnia serca jest powikłaniem, które może się zdarzyć w przebiegu praktycznie każdej infekcji wirusowej np. grypy. W przypadku sportowców zawsze się tego obawiamy. A że pojawia się po covidzie, to wiemy od kilku miesięcy. Głośno było o tym choćby na zachodnich uniwersytetach - mówi dr Krzywański.

Lekarz Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej w Warszawie tłumaczy, że w Polsce jak do tej pory nie ma przepisu, który nakazałby klubom badać serca sportowców po przebytym koronawirusie. - Przepisy dotyczące orzecznictwa w sporcie zmuszają do badań kontrolnych po tym, jak z powodów zdrowotnych u zawodnika wystąpiła przerwa w treningach, ale ustawodawca nie precyzuje, ile dni musi ta przerwa trwać i jakie badania mają być wykonane - mówi.

COMS takie badania oferuje reprezentantom Polski, którzy zmagali się z koronawirusem. - Wszyscy kadrowicze, bez względu na dyscyplinę, są do nas zapraszani. Proponujemy im panel badań, w tym takie, które robi się w sytuacji podejrzenia uszkodzenia mięśnia serca, na przykład w przebiegu zapalenia wywołanego SARS-CoV-2 - tłumaczy dr Krzywański.

Jak sportowcy reagują na te zaproszenia? - Część oczywiście się nie zgłasza, nie chcą, bo przeszli COVID-19 bezobjawowo lub mieli niewielkie objawy. Szkoda. Ale są też wzorcowe przykłady. Lekkoatletyka czy zapasy podeszły do tematu bardzo poważnie. Sto procent osób z ognisk zakażeń z sierpnia i września trafiło do nas na specjalistyczne badania. Nieco gorzej sytuacja wygląda np. w judo, ale teraz już i przedstawiciele tego sportu zaczynają do nas przyjeżdżać - mówi lekarz COMS-u.

- Dzięki współpracy z Instytutem Kardiologii i profesorem Łukaszem Małkiem udało nam się wykonać bardzo specjalistyczne badanie serca metodą rezonansu magnetycznego u 24 reprezentantów Polski z różnych dyscyplin. Na szczęście nic nie wykryliśmy - dodaje dr Krzywański.

"Kluby na to stać"

Szybko wykryty problem z mięśniem serca, jak w przypadku Kowalczyka, pozwala opanować schorzenie, które nieleczone albo leczone dopiero w zaawansowanym stadium, może doprowadzić do śmierci. Dlatego ważne jest, by na przykładzie Vervy i jej siatkarza pokazać, że warto wydać stosunkowo niewielkie pieniądze, by zadbać o kariery i życia sportowców.

- My, jako COMS, zapewniamy badania kadrowiczom, ale ligowcy mają swoje zespoły medyczne w klubach i my możemy tylko tym zespołom podpowiadać, jakie badania robić. Na szczęście wiele klubów się do nas zgłasza. Verva zrobiła swoim ozdrowieńcom badania właśnie na podstawie naszych rekomendacji - mówi Krzywański.

Jak się okazuje, w szczególnie dotkniętej pandemią PlusLidze po takie rekomendacje wystąpiły też inne kluby. - Dzwoniły do mnie Zaksa, Gdańsk, Będzin, zgłaszały się też kluby koszykówki - mówi dr Krzywański.

Warto zatrzymać się przy klubie z Będzina. To jeden z biedniejszych zespołów PlusLigi, a nie szukał oszczędności tam, gdzie szukać ich nie warto. - Pakiet zawierający EKG, badania krwi pod kątem mięśnia serca i do tego konsultacja lekarska zamyka się w kwocie 200 zł od osoby. To naprawdę coś, na kluby stać - zauważa dr Krzywański.

Nie musimy być jak UEFA

Lekarz zachęca, by w trwającej już ponad pół roku pandemii wszyscy przyczyniali się do zmian w systemie ochrony zdrowia sportowców. - Powtarzam od początku pandemii, że nasz system nie zabezpiecza aktualnych problemów zdrowotnych sportowców. Od lat koncentrował się na doraźnych działaniach, związanych głównie z leczeniem i profilaktyką urazów, a główne role pełnili ortopedzi i fizjoterapeuci. A teraz nagle pojawiła nam się w sporcie zupełnie nowa rzecz, czyli choroba infekcyjna i jest problem, bo w większości kadr narodowych nie ma lekarzy, którzy potrafią tym problemem zarządzać. Oczywiście nie wszędzie. Bo najlepiej zorganizowane związki sportowe i bogate kluby jakoś sobie radzą - mówi dr Krzywański.

Ideałem byłoby przyjęcie takich standardów, jakie ma UEFA. Każdy klub występujący w jej rozgrywkach ma swoim ozdrowieńcom robić EKG, spirometrię i pletyzmografię (badanie pozwala ocenić, ile powietrza jest w płucach i określić stopień zwężenia oskrzeli).

Ale oczywiście jedną rzeczą jest zapis w przepisach, a drugą weryfikacja, czy kluby rzeczywiście taki pakiet badań robią. Kolejny problem: to, co w futbolu jest kosztem do uniesienia dla klubów, dla biedniejszych polskich organizacji sportowych może być barierą nie do przejścia. - Nam trzeba mądrego zarządzania medycznego i dobrych przykładów, a wtedy mniej sportowców będzie chorowało - podsumowuje dr Krzywański.