Chiny atakują koronawirusa. Trudno uwierzyć w oficjalne liczby. "W Polsce nie ma warunków"

- Z Shenzen do Hongkongu można się dostać przez most nawet na piechotę, tak jest blisko. Ale teraz nie można, bo Honkgong jest zamknięty. Kto opuścił miasto, jadąc lub idąc do swojej pracy, nie może wrócić do domu - mówi Li Qian. Pochodząca z Chin reprezentantka Polski w tenisie stołowym kilka miesięcy temu żałowała, że nie może przylecieć do Europy. Teraz ma w Chinach komfort przygotowań do igrzysk olimpijskich. Sport, jak inne dziedziny życia, mimo pandemii ma się tam coraz lepiej.

Czy to możliwe, że w Chinach mających 1,4 miliarda obywateli dziennie przybywa tak niewielu chorych na covid?

  • 29 października - 47 nowych przypadków
  • 28 października - 42
  • 27 października - 16
  • 26 października - 20

W oficjalne liczby może trudno wierzyć. Ale też trudno wyobrazić sobie, że inne narody, zwłaszcza europejskie, mogłyby podejść do pandemii tak poważnie jak Chiny.

"Mała" wrócić chciała. Na szczęście nie zdołała

- Razem z trenerem obserwujemy i analizujemy możliwości przylotu - mówiła Li Qian w lipcowej rozmowie ze Sport.pl.

Wtedy sytuacja w Chinach pozwalała już jej normalnie trenować. Ale pingpongistka reprezentująca Polskę liczyła na przyjazd do kraju, bo tu była szansa na grę. Wszystko wskazywało na to, że we wrześniu w Warszawie odbędą się mistrzostwa Europy, które Li Qian bardzo chciała wygrać. Niestety, przez drugą falę pandemii turniej trzeba było przełożyć na przyszły rok.

- Paradoks sytuacji polega na tym, że jeszcze w marcu robiliśmy wszystko, co możliwe, aby Li Qian wraz z rodziną sprowadzić do Polski, jako że wtedy Chiny przeżywały szczyt zachorowań, a w Polsce było stosunkowo bezpiecznie. Na szczęście nasze zabiegi nie powiodły się i obecnie jako trener mogę tylko się cieszyć, że moja podopieczna ma w Chinach bardzo dobre i stabilne warunki treningowe, a ponadto ma możliwość startów w turniejach organizowanych w poszczególnych prowincjach - mówi nam trener reprezentacji Polski, Zbigniew Nęcek.

Pingpong dla wszystkich, piłka dla 10 tysięcy

- Grałam już dwa turnieje - mówi Li Qian. - Na jednym na trybunach, wysoko, daleko od nas, siedzieli ludzie. Dużo ludzi, nie było zakazu, kto chciał oglądać, to przyjechał. A na drugim turnieju kibice obserwowali grę z hali stojącej obok tej, w której graliśmy - tłumaczy zawodniczka.

Po zwalczeniu pierwszej fali pandemii chiński sport ruszył na nowo latem. W lipcu z pięciomiesięcznym opóźnieniem zaczął się sezon piłkarskiej Chinese Super League. A teraz się rozpędza. - Na listopadowe mecze fazy finałowej będziemy wpuszczać po 10 tysięcy kibiców - poinformował w rozmowie z agencją AFP Liu Yi, sekretarz generalny Chińskiego Związku Piłki Nożnej.

"Jedność i nadzieja"

Stadion w Suzhou może pomieścić 40 tysięcy widzów, więc na trybunach na pewno zachowany będzie dystans społeczny.

Chińczycy szczycą się wzorowym przestrzeganiem wszelkich zasad. Przez 10 tygodni rozgrywek nie zanotowano ani jednego przypadku koronawirusa u piłkarzy, trenerów i personelu przebywającego w dwóch bańkach, w których toczyła się liga, w Suzhou i Dalian. - Nie było poważnych przypadków łamania zasad. Ludzie bardzo dobrze współpracowali, to jest klucz do sukcesu - mówi Liu.

- Jak Chiny to robią, że wygrywają z wirusem? Co według Ciebie jest najważniejsze w tej walce? - pytamy Li Qian.

- Najważniejszą rzeczą jest jedność i nadzieja - odpowiada "Mała".

Chiński paszport jedyną przepustką. A i z nim obowiązkowa kwarantanna

Co to właściwie znaczy?

- Na początku ludzie nie mogli wychodzić z domów i wszyscy słuchali państwa, podporządkowali się. Dlatego bardzo szybko udało się to opanować. Ludzie z zagranicy nie mogą przyjeżdżać do Chin. Wpuszczani są tylko obywatele, trzeba mieć chiński paszport. I jak ktoś taki przyjedzie, to musi zrobić test i jechać w wyznaczone miejsce na dwa tygodnie kwarantanny. Nie ma opcji, że z lotniska pojedzie sobie do domu czy do rodziny. Musi, podkreślam, musi dać się tam zamknąć i dopiero jak wszystko będzie w porządku, to może jechać dalej - opowiada nam Li Qian.

Wyjątków nie ma. W żadnej sytuacji. - Z Shenzen do Hongkongu można się dostać przez most nawet na piechotę, tak jest blisko. Ale teraz nie można, bo Honkgong jest zamknięty. Ten, kto opuścił miasto, jadąc lub idąc do swojej pracy w Hongkongu, nie może wrócić do domu - słyszymy od naszej zawodniczki.

Maseczka przy pałeczkach i talerzu

Co jeszcze warto wiedzieć o chińskiej jedności i nadziei? - Słyszę, że w Polsce ludzie nie zawsze chcą nosić maseczki, a one są bardzo ważne. Od początku pandemii bardzo zwracaliśmy na to uwagę. To nie jest wielki wysiłek, a pomaga - mówi Li Qian. I wysyłając krótkie nagranie z restauracji, pokazuje nam, że o maseczkach w Chinach wszyscy wszystkim przypominają wszędzie.

Zobacz wideo Li Qian pokazuje, że w Chinach w restauracjach każdy dostaje maseczkę

- W maseczkach chodzą wszyscy. Dzieci także. Według mnie trzeba po prostu bardzo uważać, słuchać zaleceń i nie ryzykować - dodaje.

"Każdy ma teraz swój numer"

Według Europejczyków wielkim ryzykiem byłoby pozwolenie władzy, żeby nas śledziła. - W hotelach skanujesz kod QR, tak się zbiera dane, gdzie byłeś. Jeśli byłeś w rejonie, w którym wystąpiły zakażenia, to świecisz się w aplikacji na czerwono. Śledzenie kontaktów jest tu w stu procentach zautomatyzowane. Kto chce korzystać z życia, musi na każdym kroku skanować QR. W Europie próbują to zatrzymać, powołując się na ograniczanie wolności. Tutaj nie mamy z tym problemu, dlaczego mielibyśmy nie podawać lokalizacji? Chiński system jest jedynym, który działa - mówi w "Het Laatste Nieuws" Dirk van Laer, belgijski biznesmen mieszkający w Dalian.

Li Qian potwierdza i rozszerza relację Belga. - W Chinach każdy ma teraz swój numer. To jest numer telefonu, który pokazuje, gdzie dany człowiek przebywa - mówi. - Jeśli chcę pojechać na turniej, to muszę zrobić test na koronawirusa. Każda osoba, która się wybiera w inny region, musi to zrobić. Taki test jest ważny siedem dni - opowiada. - A jeśli ktoś był w bardzo wrażliwych miejscach jak Qingdao, Szantung czy Sinciang, to przy powrocie musi zrobić test i od razu udać się do 14-dniowej domowej kwarantanny. Dzięki takim procedurom wszystko wygląda normalnie. Chodzimy na zakupy, do restauracji, a dzieci do szkoły - dodaje nasza pingpongistka.

"Nawet jeśli stawalibyśmy na głowie, nie stworzylibyśmy takich warunków"

Trener Nęcek, który jeszcze latem nerwowo wyczekiwał powrotu "Małej", teraz mówi tak: - Nawet jeśli stawalibyśmy na głowie, to nie bylibyśmy w stanie stworzyć w Polsce takich warunków dla naszej najlepszej zawodniczki, jakie ma ona w Chinach. Jestem z Li Qian w ciągłym kontakcie i tak jak wszyscy sportowcy na całym świecie czekamy na normalizację sytuacji startowej i cały czas żyjemy nadzieją, że w lipcu 2021 roku będziemy mogli polecieć do Tokio. Ale teraz najważniejsze jest, że Li Qian, jej syn i mąż są zdrowi. A statystyki pokazują, że obecnie w Chinach jest dużo bezpieczniej niż w Europie.