Islandia walczy z pandemią inaczej. "Siłownie i centra fitness to główne źródła epidemii"

- Czy ktoś słyszał o infekcjach na siłowniach i w centrach fitness? Mamy swoje badania - mówili nam niedawno przedstawiciele polskiej branży, sugerując, że dla koronawirusa są to miejsca zaczarowane. Jak rozwijał się w nich COVID opisali niedawno Koreańczycy. Główny epidemiolog Islandii też był kategoryczny: to główne źródła epidemii - oznajmił i pokazał krajowe dane.

W Polsce częściowo zamknięto je 17 października. Ostatecznie okazało się, że można prowadzić na nich zorganizowane zajęcia czy zawody lub udostępniać je osobom, które szykują się do sportowej rywalizacji. Wobec w miarę normalnie funkcjonujących szkół tańca i zajęć judo w środowisku fitness lockdown siłowni i centrów treningowych wzbudził sporo kontrowersji.

Zobacz wideo Zamordysta, kat? Papszun: W słowniku nie mam słowa "poluzowanie"

- Jeśli pandemia jest tak straszna, że trzeba wprowadzać ograniczenia, my to rozumiemy - mówił Sport.pl Tomasz Półgrabski, z Federacji Pracodawców Fitness. 

- Nie rozumiemy, dlaczego rząd nie przystąpił z nami do rozmów. Oczekiwaliśmy wymiany argumentów. My mamy swoje dane i badania choćby z Kanady, mówiące o tym, że na pływalniach czy klubach fitness do zakażeń nie dochodziło - dodawał. Być może gdyby dwie strony chciały wejść tu w polemikę, to sytuacja tak korzystna dla sportowych działaczy by nie była. Przynajmniej na podstawie informacji z zagranicy. Polski rząd rzeczywiście swoimi danymi dotyczącymi zagrożenia na siłowniach się nie podzielił. Może po prostu takich danych nie ma, a polskie państwo kieruje się ogólną tendencją na świecie i zaleceniami ekspertów?

"Głównym źródłem epidemii są siłownie i centra fitness". Rząd Islandii zobrazował sytuację

Oszacować zagrożenie związane z siłowniami i centrami fitness próbował m.in rząd Islandii. W mniejszym, bo 360-tysięcznym państwie pewnie zrobić to łatwiej. Tam główny epidemiolog kraju nie miał wątpliwości: - Głównym źródłem epidemii, która ma obecnie miejsce, są siłownie i centra fitness! - oznajmił na jednej z konferencji prasowych. Zresztą Porolfur Gudnason rekomendował rządowi całkowite zamknięcie tego typu miejsc. Tak się też stało na początku października, ale niedawno przyjęto rozwiązanie bardziej kompromisowe, podobne jak w Polsce. W centrach fitness i na siłowniach można organizować tylko zajęcia grupowe, z zarejestrowanymi uczestnikami. Ćwiczącym nie można wymieniać między sobą sprzętów. Muszą oni też zachowywać od siebie co najmniej dwumetrową odległość.

Islandia walczy inaczej niż inne kraje

Takie wyjście z sytuacji Gudnason jednak krytykuje. Dodaje, że będzie starał się je jeszcze omawiać z ministerstwem. Islandia walczy z nawrotem pandemii nieco inaczej niż inne kraje. Maseczek na ulicach nosić nie trzeba, co więcej nie są one nawet zalecane. Za to specjaliści odradzają organizowania jakichkolwiek treningów czy zawodów sportowych wymagających kontaktu między uczestnikami. W praktyce w Polsce, która chodzi w maseczkach, piłkarze normalnie rozgrywają swoje mecze. Na Islandii, która z maseczek zrezygnowała, rozgrywki piłkarskie są zablokowane. Co najmniej do listopada. Potem kilka kolejek będzie można dograć i zakończyć sezon na początku grudnia. O ile oczywiście pozwoli na to po pierwsze sytuacja epidemiologiczna, po drugie islandzka pogoda. Normalnie gra się tam od końca kwietnia do września. Kiedyś zdarzało się, że podczas majowego spotkania bramkarz jednej z drużyn paradował po boisku w narciarskich goglach. W ten sposób radził sobie ze śnieżycą. Być może w listopadzie znów będzie taka potrzeba. Liczba infekcji w kraju nie wzrasta, więc piłkarze szykują się do powrotu na boiska.

Wracając jednak do siłowni - Islandzka Agencji Obrony Cywilnej została poproszona przez dziennikarzy portalu Visir.is, by zobrazować fitnessowe niebezpieczeństwo. Po przekazaniu danych okazało się, że podczas korzystania z siłowni koronawirusem zostało w Islandii zakażonych 110 osób. "Liczba ta nie obejmuje infekcji pochodnych, które prawdopodobnie nastąpią w setkach" - poinformowała agencja. Przypomniała, że w październiku te lokale były zamknięte. Podała też, że największa grupowa infekcja związana ze sportem miała miejsce w Hnefaleikafelag Kopavogur (klub sportów walki) gdzie koronawirusa zdiagnozowano u 55 osób. Potem wirus rozprzestrzenił się jeszcze na 180 innych i zapoczątkował co najmniej pięć pomniejszych infekcji grupowych, które są związane ze szkołami, salami gimnastycznymi i barami.

Czy to dużo? Islandia we wiosennym i październikowym szczycie pandemii tylko kilka razy miała dzienny przyrost infekcji na poziomie 100 osób. Do tej pory w kraju uważanym za znakomicie radzący sobie z epidemią, stwierdzono łącznie 4,4 tys. przypadków infekcji. Z powodu COVID-u zmarło tu tylko 10 osób, więc liczba 110 infekcji i związanych z tym możliwych dalszych konsekwencji, jest dla Islandczyków spora. Islandia nie jest zresztą jedynym krajem, który starał się udokumentować niebezpieczeństwo infekcji wśród miłośników zajęć fitness czy amatorów wyciskania sztangi.

Fitnessowe ognisko epidemii w Cheonan

Dość ciekawe są badania z Korei Południowej. Głównie przez dużą liczbę danych zebranych przez specjalistów ze Szpitala Uniwersyteckiego i Uniwersytetu Medycznego Dankook. Okazało się, że koronawirus, który potwierdzono w mieście Cheonan 25 lutego, rozniósł się tam głównie z powodu ogólnokrajowych warsztatów instruktorów fitness, które trwały od połowy tego miesiąca.

Na warsztatach 15 lutego instruktorzy trenowali przez cztery godziny. Spośród 27 wszystkich trenerów u ośmiu stwierdzono infekcje COVID, u dwóch skończyło się to cięższymi problemami oddechowymi. Wszyscy trenerzy w dniu ćwiczeń byli bezobjawowi. Do 9 marca zidentyfikowano łącznie 112 przypadków COVID-19 związanych z zajęciami fitness w 12 różnych obiektach sportowych w Cheonan. Związanych, tj. występujących u tych, którzy zarazili się od trenerów i kolejnych osób, które infekowali ćwiczący. W momencie wykonywania testu jedna trzecia z nich była bezobjawowa. Instruktorzy z bardzo łagodnymi objawami, takimi jak kaszel, prowadzili zajęcia jeszcze przez około tydzień po zakończeniu warsztatów. Ustalono, że trenerzy i ćwiczący spotykali się wyłącznie na zajęciach, które trwały 50 minut dwa razy w tygodniu. Grupa wszystkich zarejestrowanych ćwiczących, z którymi mieli w tym czasie kontakt instruktorzy, wynosiła 217 osób. Zainfekowanych na salach zostało 57 osób (tj. 26 proc. uczestników zajęć).

Ze 112 wszystkich zanotowanych do 9 marca infekcji ponad połowa była zatem wynikiem transmisji wirusa od instruktorów do uczestników zajęć fitness; 38 przypadków (34 proc.) spowodowanych było przenoszeniem zarazków w rodzinie instruktorów i uczniów; 17 przypadków (15 proc.) pochodziło z transmisji podczas spotkań ze współpracownikami lub znajomymi. Eksperci zwrócili uwagę, że objawy u zainfekowanych na salach występowały dość szybko. Średnio 3,5 dnia po wzięciu udziału w zajęciach.

Fitness na 20 osób nie, joga na siedem tak

Jak czytamy w podsumowaniu badań, na łatwość w transmisji wirusa wśród uczestników zajęć w Cheonan mogły wpłynąć "dość liczne grupy treningowe, małe przestrzenie i intensywność ćwiczeń". Oprócz tego zasugerowano:

"Wilgotna, ciepła atmosfera w obiekcie sportowym w połączeniu z przepływem powietrza może powodować łatwiejsze przenoszenie pojedynczych kropelek. Grupy, w których zidentyfikowano przypadki COVID-19, obejmowały od pięciu do 22 uczniów w sali o powierzchni około 60 metrów kwadratowych podczas 50 minut intensywnych ćwiczeń. Nie zidentyfikowaliśmy przypadków w klasach z poniżej pięcioma uczestnikami w tej samej przestrzeni. Warto zauważyć, że jeden zainfekowany instruktor nauczał też pilates i jogi dla grup składających się z 7-8 uczniów w tym samym miejscu w tym samym czasie, ale żaden z uczestników tych zajęć nie uzyskał pozytywnego wyniku testu na obecność wirusa. Stawiamy hipotezę, że niższa intensywność ćwiczeń pilates i jogi nie powodowała takich samych efektów transmisji, jak w przypadku bardziej intensywnych zajęć fitness" - napisał zespół badaczy pod przewodnictwem Sukbina Janga, adiunkta w Oddziale Chorób Zakaźnych Wydziału Lekarskiego Szpitala Uniwersyteckiego Dankook.

Autorzy pracy zaznaczają, że z powodu braku pełnej listy osób odwiedzających obiekty sportowe podczas zajęć fitness, wyniki prac mogą być niekompletne. Warto też zauważyć, że opisują zdarzenia z początku epidemii, w czasie braku stosowanych obecnie restrykcji sanitarnych.

72 infekcje w sali treningowej w Ontario

Tomasz Półgrabski z Federacji Pracodawców Fitness zwraca nam jednak uwagę na badania, które dla branży są korzystniejsze. Te przeprowadzone w maju w Oslo, pod wodzą prof. Michaela Bretthauera z tamtejszego uniwersytetu. W badaniu brały udział 3764 osoby. Część z nich korzystała z pięciu klubów fitness i siłowni, w których stosowano sanitarne środki ostrożności. Druga grupa (kontrolna) tego typu miejsc nie odwiedzała. W centrach treningowych zamknięte były prysznice i sauny. Odległość między ćwiczącymi wynosiła jeden lub dwa metry przy bardziej intensywnych ćwiczeniach. Po dwóch tygodniach wszystkim zrobiono testy. Zainfekowana była tylko jedna osoba chodząca na siłownię. Ustalono jednak, że zakaziła się w miejscu swojej pracy. Wnioski autorów raportu? "Przy dobrej higienie i zachowaniu dystansu społecznego nie doszło do zwiększonego rozprzestrzeniania się COVID-19 w obiektach treningowych".

Tyle że w tej kwestii można podać też sporo odmiennych teorii i wyliczyć przypadki, gdzie sale treningowe o wzmożonym rygorze sanitarnym były ogniskami infekcji. Jeden z poważniejszych dotyczy centrum treningowego dla kolarzy w kanadyjskim Ontario, gdzie głównymi narzędziami do ćwiczeń są rowery treningowe. W SpinCo mimo przestrzegania zasad maksymalnego wypełnienia sali do 50 proc., odległości między ćwiczącymi wynoszącej minimum 180 cm i masek używanych przez trenujących przed i po wysiłku, a także dezynfekcji sportowego sprzętu, zainfekowały się w sumie 72 osoby. Obiekt został zamknięty. Podobnych przykładów ze Stanów Zjednoczonych można podać więcej. W Elmhurs w Orangetheory Fitness Center zainfekowało się 18 osób. W San Diego w "The Gym" też doszło do licznych infekcji. Centrum czasowo zamknięto, a jego przedstawiciele nie chcieli rozmawiać z CNN i podawać szczegółów, jaką skalę miała tamtejsza infekcja. To też jeden z problemów branży. Wszelkie wiadomości o ogniskach wirusa powiązane z salami treningowymi nie tylko oznaczają zamknięcie tego typu obiektów, ale też odstraszają klientów. Niektórzy i tak się już boją. 

Restauracja, bar, siłownia - amerykański epidemiolog ostrzega

Anthony Fauci, amerykański lekarz i popularyzator wiedzy o chorobach zakaźnych, dyrektor Instytutów Zdrowia Narodowego i Instytutu Alergii i Chorób Zakaźnych, doradca prezydentów USA, już we wrześniu wskazał trzy obszary biznesów, które powinny być zamknięte, by skutecznie walczyć z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Dane, do których się odwoływał opublikowano w raporcie agencji CDC (Centers for Disease Control and Prevention). Pierwszym newralgicznym miejscem były restauracje. 40,9 proc. osób, z badanej grupy, które miały pozytywne wyniki testów, w ostatnich dwóch tygodniach było w restauracji. Jadłodajnie odwiedziło natomiast tylko 27 proc. osób z badanej grupy, które miały negatywne wyniki. Na drugim miejscu znalazły się bary (odwiedzone przez 8,5 proc. osób, u których zdiagnozowano COVID w stosunku do 5 proc. z wynikami negatywnymi). Na trzecim miejscu były centra treningowe (w których było 7,8 proc. zainfekowanych, a 6,3 proc. z negatywnymi wynikami). W badaniach wzięło udział 314 osób. Przy publikacji danych podkreślono, że nie można ze stanowczością stwierdzić, że badani zakażali się we wskazanych miejscach, a jedynie, że raport zobrazował miejsca wysokiego ryzyka.

To zupełnie inne spojrzenie na sprawę, niż to, które chętniej nagłaśniają przedstawiciele branży fitness, również ci Polsce. Oni preferują raport nagłaśniany przez amerykańską MXM, firmę, która stworzona jest przez właścicieli fitness klubów, a swoje dane zbierała wspomagana przez stowarzyszenie International Health, Racquet and Sportsclub Association (IHRSA), które też stworzone jest, by wspomagać branżę. To dlatego głównym wnioskiem raportu: "Centra fitness są bezpieczne i nie dochodzi w nich do zakażeń" zainteresował się ostatnio "The Washington Post". Eksperci pytani w tej sprawie przez dziennik wskazali konflikt interesów tworzących raport i jego wadliwą metodologię.

Branżowe badania: można bezpiecznie ćwiczyć na siłowni

MXM zbierało informacje z ponad 2800 siłowni w Stanach Zjednoczonych. Proszono o dane dotyczące liczby wizyt ćwiczących w klubach i siłowniach i odnotowaną liczbę przypadków infekcji. Na około 49 milionów wizyt potwierdzono 1155 zainfekowanych, co pozwoliło MXM i IHRSA dojść do wniosku, że wskaźnik infekcji centrach treningowych wynosi 0,002 proc. Opublikowano do tego informację prasową, której tytuł brzmiał: "Badanie krajowe potwierdza, że można bezpiecznie ćwiczyć na siłowni: aktualne dane nie wskazują na rozprzestrzenianie się COVID-19 w siłowniach".

"Z pewnością nie jest to ogólne stwierdzenie, że wszystkie siłownie są bezpieczne" - skomentowała cytowana przez "The Washington Post" Emily Landon, główna epidemiolog chorób zakaźnych na Uniwersytecie medycznym w Chicago. "Siłownie mogą być bezpieczne. Siłownie mogą nie być bezpieczne. To badanie nie odpowiada, czy tak jest - dodała.

Gazeta sugeruje raczej, że użyteczne dane dotyczące rozprzestrzeniania się koronawirusa w centrach fitness USA są ubogie. Nie są prowadzone w każdym ze stanów. Nie zawsze można rzetelnie prześledzić ścieżkę infekcji, bo z tym problem mają nawet lokalne sanepidy. Często są wybiórcze. Na potrzeby obronienia jakiejś tezy, można przecież zauważyć, że we wrześniu w Kolorado wykryto ponad 600 ognisk epidemii, z których żadna nie dotyczyła klubów fitness, a w Luizjanie siłownie były powiązane z sześcioma ogniskami, a w sumie miały się na nich zakazić 34 osoby (dane z wydziału zdrowia).

Badaniu MXM oparto głównie na informacjach od siłowni, które rejestrowały przypadki koronawirusa sygnalizowane przez stanowe wydziały zdrowia lub przez członków i pracowników siłowni zgłaszających pozytywne testy.

"Mam wątpliwości, ile osób zadzwoniłoby do swojej siłowni i powiedziało: Hej, wyszedłem na obiad do restauracji, poszedłem też do biblioteki, a także ćwiczyłem na waszej siłowni, a teraz mam COVID"- zobrazowała problem Landon, sugerując, że w takiej metodzie dane będą i niedoszacowane i nie będzie można rzetelnie zbadać genezy problemu.

- To jest raczej studium przypadku, w którym grupa biznesowa będzie próbowała wykorzystać jakieś dane do lobbowania u prawodawców i rządzących, aby wpłynąć na ich liberalną politykę. To ma raczej służyć próbie wydobycia się z bardzo trudnej sytuacji finansowej branży - skomentował Michael Traugott, profesor związany z Instytutem Badań Społecznych Uniwersytetu Michigan.

Masz ciekawy temat związany ze sportem? Wiesz o czymś, co warto nagłośnić? Chcesz zwrócić uwagę na jakiś problem? Napisz do nas: sport.kontakt@agora.pl

Przeczytaj też: