"Nie dbałam o swoją popularność. Kiedy wyjechałam, to Natalka zamilkła"

Najpierw doktor Jan Blecharz załatwił jej koszulkę od skoczków narciarskich. Później ratował ją specjalista przywieziony przez Pawła Nastulę. W końcu wyjechała z wioski olimpijskiej w góry. Pomogło. Równo 20 lat temu Renata Mauer-Różańska została mistrzynią igrzysk w Sydney. A później zawieziono ją do Karola Strasburgera. Lawetą.

Renata Mauer-Różańska to jedna z najbardziej utytułowanych olimpijek w historii polskiego sportu. Na igrzyskach olimpijskich w Atlancie w 1996 roku zdobyła złoty medal w karabinie pneumatycznym i brązowy w konkurencji karabin sportowy trzy postawy. - Przez cztery lata, od Atlanty do Sydney, myślałam, że muszę naprawić to, co zepsułam. Szczerze mogę powiedzieć, że strasznie wstyd mi było tamtego finału - wspomina swój jedyny brąz. To, co - jak przekonuje - zepsuła w USA, naprawiła w Australii dokładnie 20 lat temu, 20 września 2000 roku.

Zobacz wideo Jakie są tenisowe cele Igi Świątek?

Łukasz Jachimiak: Dwadzieścia lat temu weszła pani na najwyższy stopień olimpijskiego podium w Sydney, a chwilę wcześniej opuściła pani wioskę olimpijską, żeby się powspinać w Górach Błękitnych. Bez tego nie byłoby złota?

Renata Mauer-Różańska: Wyprawę w Góry Błękitne przypominam jako anegdotę, ale kiedy myślę o igrzyskach w Sydney i zbieram w głowie wszystko, co było ważne, to widzę wspinaczkę, która zaczęła się kilka lat wcześniej. Towarzyszył mi w niej świetny zespół szkoleniowy. Anegdoty są fajne, możemy je sobie opowiadać, ale trzeba pamiętać, że nie byłoby anegdot, gdyby nie szkolenie, dzięki któremu najpierw zakwalifikowałam się na igrzyska, a później wypracowałam dobrą formę. Strategię stworzono już przed igrzyskami w Atlancie w 1996 roku, gdzie wywalczyłam złoty i brązowy medal. Za plan odpowiadali pan Tadeusz Baranowski, pan doktor Kazimierz Kurzawski i mój trener Andrzej Kijowski. Klub WKS Śląsk Wrocław Polski Związek Strzelecki dbały o wszystko - również o to, żebym była bardzo dobrze przygotowana od strony zdrowotnej, psychologicznej i fizjologicznej.

Czyli Adam Małysz wcale nie był pierwszym współczesnym sportowcem z Polski, którego otoczono sztabem naukowców.

- Czy pan wie, że współpracował z nami ten sam psycholog i ten sam fizjolog?

Profesor Jerzy Żołądź i wtedy doktor, a dziś już profesor, Jan Blecharz?

- Tak. Nie wiem, z kim panowie pracowali najpierw, ale profesor Blecharz był już z nami na teście przedolimpijskim, który się odbył w Sydney w 1999 roku. I wtedy zadbał o nas nie tylko od strony psychologicznej. Okazało się, że w Sydney między dniem a nocą są bardzo duże różnice temperatur i że wcale nie będziemy strzelać w 20 stopniach Celsjusza, bo z samego rana, kiedy zaplanowano nasze konkurencje, na strzelnicy było 5-7 stopni. Wtedy się dopiero ocieplało po mroźnych nocach. Profesor Blecharz załatwił mi od skoczków specjalną, termiczną koszulkę. Była bezcenna, bo firmy, które zaopatrywały zawodników w ubiory strzeleckie, nie szyły termicznych ubiorów i dopiero po teście przedolimpijskim zaczęły wprowadzać rzeczy tego typu. Ja to miałam szybciej.

To profesor Blecharz podpowiedział pani wyjazd z wioski olimpijskiej w Góry Błękitne po pierwszym, nieudanym starcie?

- Nie, podczas igrzysk się z profesorem nie kontaktowałam, to były inne czasy, pod względem technologicznym zupełnie inny świat.

Myślałem, że profesor był w składzie kadry olimpijskiej.

- Niestety nie. Był z nami w Sydney tylko w roku 1999. Na igrzyskach musiałam sobie radzić z koszulką od profesora, ale bez profesora. Miałam jednak dużo szczęścia, że Paweł Nastula przyjechał z panem Edmundem Cichomskim. To był masażysta i fizjoterapeuta specjalizujący się w masażu chińskim. Wiedział jak akupresurą pomóc w rozluźnieniu napiętych mięśni. A moje mięśnie były bardzo napięte z powodu stresu.

Po 15. miejscu w karabinie pneumatycznym, w którym broniła pani tytułu mistrzyni olimpijskiej z Atlanty?

- Tak, po pierwszej konkurencji czułam dotkliwe napięcia szczególnie mięśni pleców. Byłam zestresowana, czułam ból pleców i karku, trudno było mówić o dobrym przygotowaniu się do drugiego startu. Pan Edmund mnie uratował. Pawłowi Nastuli start w Sydney niestety nie wyszedł, ale wielu sportowcom Paweł pomógł, przywożąc pana Edmunda. Przyznam się, że najpierw do specjalisty poszła Mirka Sagun, moja koleżanka z kadry i z pokoju. Nigdy nie korzystałam z tego typu masażu i nie wiedziałam jaki może być efekt, więc nie mogłam ryzykować. Natomiast Mirka była już po swoim starcie, niczego nie ryzykowała, więc poszła, a ja obserwowałam co się stanie. Od razu po powrocie Mirka powiedziała, że warto. Kiedy ja poszłam na masaż, zdziwiłam się, że moje mięśnie są aż tak bardzo pospinane.

Czym się pani aż tak stresowała, mając już złoto i brąz z Atlanty? Wzięła pani na siebie oczekiwania całej Polski?

- Czułam presję, bo kibice pamiętali, jak zaczęłam igrzyska w Atlancie i docierały do mnie pytania, czy znowu na otwarcie zdobędę złoto dla Polski. Broniłam się przed taką presją, ale, niestety, nie udało mi się, uległam. A później sobie powiedziałam, że już nigdy więcej. Miałam duży żal do siebie, że pozwoliłam wrzucić sobie taki ciężar na plecy.

Co pani mogła zrobić, żeby na to nie pozwolić? Za dużo pani rozmawiała z mediami? Popełniła pani jakiś inny błąd?

- Trudno wskazać jakiś konkretny błąd. W wiosce olimpijskiej czuje się presję, po prostu. Wszyscy się tam przygotowują do swoich startów, nie rozmawia się o tym, ale emocje się udzielają i rosną. Oczywiście jest fajnie, wszyscy się cieszą z tego, że mogą być razem, że mogą porozmawiać, ale na poziomie mentalnym to wszystko trudno udźwignąć.

Opowiadała mi pani kiedyś o dziennikarzu, który nie pomógł kilka godzin przed pani pierwszym startem w Sydney.

- Ale nie mogę powiedzieć, że to z jego powodu nie wygrałam. Absolutnie nie.

Przypomni pani, co się stało?

- Jego zachowanie odebrałam jako brak wsparcia. A każdy zawodnik potrzebuje wsparcia, wiary, jakiejś pomocy, a nie dokładania jeszcze większego ciężaru. Ten dziennikarz z samego rana w dniu poprzedzającym mój pierwszy start biegł za mną, zatrzymałam się, myśląc, że chce mi coś ważnego powiedzieć, a on zapytał: "Pani Renato, czy pani wie, że pani nie ma na liście faworytów?".

Na jakiej podstawie tak stwierdził?

- Nie wiem, nie zapytałam go. Poczułam się z tym źle, nie wiedziałam w jakim celu zadał mi to pytanie. To była dziwna zaczepka, która dała mi dużo do myślenia. Do dziś nie wiem, po co mi to pytanie zadał. Pamiętam je, mimo że tyle lat minęło.

Unikała pani później tego dziennikarza?

- Nie pamiętam nawet kto to był. Szybko zapomniałam, bo nie ma sensu czuć długo urazy. To szkodliwe.

Ale takie sytuacje wielcy mistrzowie potrafią też wykorzystać.

- Tak, ponieważ to jest bodziec do działania. Uważam, że nie tylko nasi przyjaciele nam sprzyjają, ale również ci, którzy nie do końca dobrze nam życzą. Bo oni mobilizują do działania, do pracy, do rozwoju. Nie można być tylko głaskanym.

Zdaje się, że w złotym finale w Sydney miała pani taką rywalkę, która szczególnie panią motywowała?

- Tak. Opowiem o tym, cofając się o dwa lata. Mistrzostwa świata odbywały się u nas co cztery lata, zawsze dwa lata przed igrzyskami. Na mistrzostwach w Barcelonie w 1998 roku w finale stałam obok Sonji Pfeilschifter. To niesamowita zawodniczka, zdobywała mnóstwo medali na mistrzostwach świata i Europy oraz w Pucharach Świata. Najczęściej wygrywała. Biła też rekordy świata. Widać było u niej wielki talent, najwyższą technikę strzelania, po prostu ogromną klasę. W Barcelonie Sonja weszła do finału z pierwszego miejsca w eliminacjach, a ja z drugiego, więc stałyśmy obok siebie. Na poziomie mentalnym czułam od niej niesamowitą energię. Czułam, że jest bardzo silna. Strzelałam swoje, ale odczuwałam, że ona wygra. Walczyłam, ale nie umiałam się pozbyć tej myśli. Ona rzeczywiście wygrała, a ja zajęłam drugie miejsce. W Sydney w eliminacjach Sonja znów była najlepsza, ale już nie stałam obok niej. To miejsce zajęła Tatiana Goldobina, a ja stałam obok Tatiany. We trzy miałyśmy identyczne wyniki, ale Sonja miała najlepszą serię, Tatiana drugą, a ja trzecią. Dlatego ustawienie na finał było takie, jak powiedziałam. I nie martwiłam się z tego powodu. Już po drugim albo trzecim strzale w finale poczułam, że jestem najsilniejsza. Po sześciu strzałach prowadziłam i wiedziałam, że wygram, chociaż przecież do końca było jeszcze daleko, nawet jeden strzał może wszystko zmienić. Sytuacja była bardzo dziwna, bo czułam się faworytką, a miałam tak wysokie tętno, jakbym od wewnątrz słyszała bicie swojego serca.

Wysokie tętno było dla pani nietypowe?

- Bardzo nietypowe.

Bo strzelcy pracują nad tym, żeby tętno mieć jak najniższe, prawda?

- Oczywiście. I ja sobie takie wypracowałam. Ale wtedy emocje były tak silne, że tętno było wysokie. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam. Pomimo wysokiego tętna statyka broni była bardzo dobra, po prostu karabin zatrzymywał się na dziesiątce. Pobudzenie pomogło mi szybko ściągać język spustowy, oczywiście nie szarpiąc. Szybkość reakcji przy tak wysokim tętnie była bardzo dobra. Wszystko się zgrało. Do tej pory ten finał mam przed oczami. Pamiętam swoje odczucia. Wszystko pamiętam.

Tętno było bardzo wysokie, ale pewność jeszcze wyższa?

- Tak. Pewność siebie bardzo mi pomogła. Często wysokie tętno przekłada się na karabin, w rytm bicia serca mogą się pojawić ruchy karabinu. A tutaj to nie miało miejsca. To było niesamowite - taka pewność siebie, takie poczucie siły. Przed tamtą konkurencją zauważyłam jedną rzecz, która była cennym doświadczeniem na całe życie. Po masażu zdałam sobie sprawę z tego, że wcześniej napięcie psychiczne i napięcie mięśni uniemożliwiało mi swobodne oddychanie, że mój oddech był bardzo płytki. Zrozumiałam, że nie mogę dobrze strzelać, skoro nie jestem dotleniona, że to ma wpływ na koncentrację, na gorszą pracę. Wtedy napisałam sobie na kartce "Oddychaj" i tę kartkę kładłam na stanowisku. Od tego momentu jakość mojej pracy była inna.

O ile łatwiej było pani złapać oddech po złocie w Sydney niż po złocie w Atlancie? Dobrze sobie wyobrażam, że pierwszy raz był trudniejszy?

- W Atlancie byłam w zupełnie innej sytuacji życiowej. Jadąc tam, cały czas myślałam o swojej córeczce. Natalia miała dopiero pięć miesięcy, więc martwiłam się, co to moje dziecko przeżywa podczas mojej nieobecności. Ważne było też to, że przed wyjazdem do Atlanty byłam strasznie przemęczona. Karmiłam piersią, używałam pieluch tetrowych, bo córka miała uczulenie na pampersy. Czyli na okrągło było karmienie i pranie. Sypiałam wtedy po cztery godziny na dobę. W pierwszych dniach po przyjeździe do Atlanty nie myślałam o emocjach startowych, tylko powoli odzyskiwałam siły.

Przydały się po medalach, bo wtedy były "wywiady, autografy, wizyty w zakładach pracy". Czytałem nawet, że jeden z polonijnych przedsiębiorców wręczył pani pięć tysięcy dolarów nagrody i wyraził nadzieję, że mu firma od tego nie zbankrutuje.

- Tę nagrodę mi wręczono w Chicago, już po igrzyskach w Atlancie. Polonia zorganizowała bal, na który zaprosiła wszystkich naszych medalistów olimpijskich. Po powrocie do domu poleciałam więc do Stanów jeszcze raz. Byłam w Chicago kilka dni, Polonia się bardzo cieszyła i ja się cieszyłam razem z tymi ludźmi. Wszyscy byliśmy dumni i szczęśliwi, że Polacy w Atlancie zdobyli aż tyle złotych medali [siedem], i że w pierwszych dniach igrzysk nie dało się nie zauważyć, że prowadziliśmy w klasyfikacji medalowej.

Andrzej Wroński opowiadał mi niedawno, że Amerykanie starali się tego nie zauważać. Była pani pod tablicą w wiosce olimpijskiej, na której wyświetlano, że w klasyfikacji prowadzi kadra USA, a nie Polski, bo nagle za ważniejszą uznano liczbę medali niż ich kolory?

- Tak, byłam tam. I widziałam, że była podawana klasyfikacja punktowa. Wiadomo, że medalowa jest najważniejsza, ale w tej prowadziliśmy my, a nie Amerykanie.

Po szalonej Atlancie, która zmieniła panią w gwiazdę polskiego sportu, do Sydney jechała pani w roli mistrzyni. Pewnie to była rola trudniejsza?

- Zdecydowanie. W Atlancie szukałam spokoju i wyciszenia. Gdy już się wyspałam i odpoczęłam, to na treningach widziałam, że z każdym dniem jest lepiej. Aż trzy dni przed pierwszym startem na treningu strzelałam same "dziesiątki". Może pan sobie wyobrazić, jak bardzo dało mi to do myślenia.

Chyba sobie wyobrażam.

- I wie pan, jaki był efekt? Następnego dnia zupełnie nie mogłam trafić w "dziesiątkę". To dlatego, że już myślami byłam na zawodach, już sobie za dużo wyobrażałam. Ale to dobrze, że ostatni trening tak wyglądał. Ciśnienie trochę spadło.

I z niemożnością trafienia w "dziesiątkę" została pani aż do zawodów?

- Tak. W dniu przed zawodami poszłam sobie do kina w wiosce olimpijskiej.

Na co?

- Na "Maskę". Żeby się pośmiać. Chciałam się zrelaksować. Wyszło, odciągnęło mnie od myślenia o starcie.

W Sydney też było kino?

- Nie przypominam sobie, żebym tam chodziła do kina. Tam inne rzeczy mnie interesowały.

Jak to było z tymi górami?

- Bardzo mi pomógł wolontariusz - Polak mieszkający w Sydney. Mocno czułam presję i potrzebowałam uwolnić się od wszystkiego, co mnie otaczało w wiosce. Marzyłam o otwartej przestrzeni. Wiedziałam, że w niej mogłabym odpocząć, na chwilę zapomnieć, że jestem na igrzyskach.

Jak pani trafiła na tego wolontariusza i jak pani wymyśliła, żeby z niego zrobić przewodnika?

- Na igrzyskach wolontariusze pełnią różne funkcje. W Sydney wśród nich byli Polacy, którzy mieszkali w tym mieście. Jeden z nich chciał pomagać polskiej ekipie w różnych sprawach, więc przychodził do wioski, rozmawiał z nami, pytał, w czym nam może pomóc i czy mamy jakieś potrzeby, które mógłby spełnić. Żartem rzuciłam, że najchętniej bym pojechała w góry. On odpowiedział "No tak, ale ja nie mam samochodu". I dodał: "Jak chcesz, to możemy pojechać stopem". I tak stopem pojechaliśmy w tę i z powrotem. Wycieczka trwała cały dzień i to był taki dzień, jakiego bardzo potrzebowałam. Presję po nieudanym pierwszym starcie świetnie zdjęli ze mnie też najbliżsi. Codziennie byłam w kontakcie z mężem i z mającą wtedy cztery i pół roku Natalką. Natalka bardzo przeżywała mój wyjazd i jak mi nie wyszedł ten pierwszy start, to powiedziała "Mamusiu, niepotrzebnie tam pojechałaś".

Jak Natalka zareagowała na późniejsze złoto?

- Była dumna i przygotowała dla mnie niespodziankę. Po powrocie do domu tylko wchodzę w drzwi, a ona woła: "Mamusiu, zobacz, co ci narysowałam!". Widzę, że na ścianie jest przyklejony rysunek, ale jeszcze nie zdążyłam się przyjrzeć, a ona krzyczy: "Mamusiu, ale jeszcze ramki nie zrobiłam!" i rysuje ramę na ścianie, ha, ha, ha. Mój mąż też stawał na wysokości zadania. Zanim wyjechałam, przeszedł szkolenie z czesania warkoczy. Trenował na lalce i osiągnął mistrzostwo, córka w przedszkolu wyglądała ładnie i było jej wygodnie. Opowiem jeszcze zabawną anegdotę, jak dzwoniłam do męża po zdobyciu złota. W Sydney był już wtedy wieczór, obliczyłam sobie, że w Polsce jest przedpołudnie i spodziewałam się, że mąż będzie w domu. Wtedy jeszcze nie było tak, że się bierze komórkę i po prostu dzwoni. Poszłam na pocztę na terenie wioski i gdy udało mi się połączyć, usłyszałam od męża pytanie: "Co ty tam cały czas jesteś?". Pytam o co chodzi i słyszę: "Czy jesteś cały czas przy tej słuchawce?". Nie wiedziałam nadal skąd te pytania. Mąż wytłumaczył, że kiedy zdobyłam złoty medal, to tak się rozdzwonił telefon, że nie mógł odprowadzić Natalki do przedszkola. Wszyscy tak bardzo chcieli się z nim podzielić radością, że w końcu wyjął kabel z telefonu. Po kilku godzinach chciał zadzwonić, włożył kabel do telefonu, podniósł słuchawkę i usłyszał mnie. Dokładnie w tym momencie nastąpiło połączenie, nie usłyszał nawet żadnego sygnału. Idealnie się wszystko zgrało.

Jak często dzwonił wtedy pani telefon? Trudno było żyć jako gwiazda polskiego sportu w latach 90. i ścigać się na popularność w plebiscytach z Markiem Citką?

- Marek Citko wygrał plebiscyt audiotele, a ja ten "Przeglądu Sportowego". Miło, ale ze względu na to, że Natalka była malutka i że nie chciałam kończyć kariery, nie dbałam o swoją popularność. Nie śledziłam, co w mediach piszą, jak piszą. Inne rzeczy miałam na głowie. Przede wszystkim chciałam poświęcić czas Natalce. Bardzo mi pomogła moja mama. Gdyby nie ona, to nie wiem, czy bym pojechała do Atlanty. Żal mi było Natalkę zostawić, to dla mnie było okropne przeżycie i dla niej też. Mama opowiadała, że kiedy wyjechałam, to Natalka zamilkła. To było malutkie dziecko, które czuło, że mamy nie ma. Po powrocie z igrzysk było trochę wolnego, ale później był finał Pucharu Świata, do którego też chciałam się przygotować. Koncentrowałam się na domu i na treningach. Udawało się. Finał Pucharu Świata wygrałam. Ale nie w wiatrówce, tylko w tej konkurencji, w której w Atlancie zdobyłam brązowy medal, a później w Sydnej złoty, czyli w trzech postawach. Szczerze mówiąc, na igrzyskach w Atlancie wynik podstawowy przed finałem miałam w tej konkurencji o wiele lepszy niż w wiatrówce. Był wyższy od rekordu olimpijskiego aż o dwa punkty. Ale finał mi nie wyszedł. I później przez cztery lata, od Atlanty do Sydney, myślałam, że muszę naprawić to, co zepsułam.

Co pani zepsuła?

- Przed finałem kilka rzeczy się zbiegło tak, że to miało wpływ na moje strzelanie. Na szczęście pod koniec finału udało mi się wyciszyć i zdobyłam brązowy medal. Wcześniej spadłam już na piąte miejsce.

Dlaczego?

- Każdy zawodnik wchodząc na stanowisko sprawdza, czy jest odpowiednio wyposażone. Zabrakło mi taboretu, na którym mogłabym opierać karabin. Zgłosiłam to komisji sędziowskiej, a komisja nie zatrzymała czasu przygotowawczego. Czyli zamiast spokojnie szykować się do strzałów próbnych, czekałam na taboret, denerwowałam się, nie zdążyłam się wyciszyć, byłam rozkojarzona i nie zdążyłam dobrze wyregulować przyrządów celowniczych, ponieważ oddałam za mało strzałów próbnych. Początek finału był bardzo zły.

Czyli gdyby nie taboret, mogłaby pani mieć trzy olimpijskie złota, a nie dwa.

- Nie wiadomo, czy wtedy miałabym motywację, żeby jechać do Sydney. Taki przebieg finału w Atlancie był dla mnie naprawdę bardzo silną motywacją. Szczerze mogę powiedzieć, że strasznie wstyd mi było tamtego finału.

Strasznie wstyd finału, który dał olimpijski brąz?

- Tak, bo sam finał był słaby. Z konkurencji byłam zadowolona. Miała wyjątkowy przebieg. Kończyłyśmy postawą klęczącą, z którą czasami miałam problemy, a generalnie strzelałam dużo wolniej niż moje konkurentki. I kiedy skończyłam piątą serię, czyli pierwszą w postawie klęczącej - najpierw strzelałyśmy dwie dziesięciostrzałowe serie w postawie leżącej, potem w stojącej i na koniec klęczącej - to zauważyłam, że już wzrok wszystkich w sali mam na plecach, bo strzelam tylko ja. Wtedy mi się rozluźniła postawa strzelecka, a wiedziałam, że walczę o finał. Musiałam oddać 10 strzałów z duszą na ramieniu. Bałam się patrzeć w monitor, a odrzut broni miałam tak duży, że bez patrzenia w monitor nie umiałam określić miejsca trafienia. Pierwszy strzał: dziesiątka. Ulga. Drugi: dziesiątka, uff. I z każdym strzałem myślałam "Jejku, żeby tylko nie było obciachu, żeby nie strzelić ósemki. Siłą woli, bo naprawdę nie techniką, strzeliłam 100 na 100. I do tej pory pamiętam, jak wielkie brawa dostałam. W sumie w eliminacjach uzyskałam najwyższy wynik. Rekord olimpijski, który został wyrównany dopiero na igrzyskach w Pekinie.

Między Atlantą a Sydney i zaraz po Sydney sponsorzy nie naciskali, żeby się pani pokazywała w różnych miejscach? Nie przypominam sobie, żeby pani występowała choćby w telewizyjnych programach rozgrywkowych.

- W kilku wzięłam udział. Ale przede wszystkim dalej trenowałam, zapisałam się na następne studia, podjęłam pracę w Akademii Wychowania Fizycznego i na tej uczelni we Wrocławiu nadal pracuję.

Jaki program pani szczególnie zapamiętała?

- Familiadę. Wystąpiłam w drużynie Olimpijczyków i oczywiście wygraliśmy. Ale bardziej niż przebieg teleturnieju pamiętam kulisy.

Żarty Karola Strasburgera?

- Nie, nawet nie pamiętam, jaki dowcip opowiedział na początku tamtego odcinka. Ale pamiętam, że na nagranie programu jechałam z Gdyni prosto z wojskowych mistrzostw świata. Z portu zabrał mnie producent Familiady i po drodze do Warszawy zepsuł mu się samochód. To była niedziela, musieliśmy zostawić to auto gdzieś na drodze, zatrzymać PKS, żeby dojechać do najbliższej miejscowości i szukać pomocy drogowej. Znaleźliśmy i do Warszawy dojechaliśmy lawetą. Tą lawetą podjechaliśmy pod hotel Marriott. Nie potrafiłam przestać się śmiać.

Pracownicy recepcji mieli świadomość, że lawetą podjechała mistrzyni olimpijska?

- Nie wiem, ale - jak pan słyszy - ja się nadal bardzo śmieję, kiedy sobie przypominam, jak pan producent podwozi mnie lawetą pod luksusowy hotel w centrum stolicy.