Radziecki czołg na dnie Wisły zamiast najtrudniejszej drogi świata. Ekstremalne wyzwanie Waligóry

Miało być 3 tys. km przez pustynię w Australii, jest wyprawa od gór do morza i przejście Polski brzegiem Wisły. Mateusz Waligóra właśnie wyrusza z Baraniej Góry w miesięczną podróż. Chce wytyczyć długodystansowy szlak wzdłuż rzeki, ale też zwrócić uwagę na jej problemy: suszę i zanieczyszczenia. Posłucha przy tym historii ludzi, którzy związali z Wisłą życie. Ma też w planie zobaczyć zatopiony na jej dnie radziecki czołg.

Mateusz Waligóra to specjalista od ekstremalnych wypraw w najbardziej odludne miejsca planety. Rowerem przejechał najdłuższe góry świata - Andy i najtrudniejszą drogę wytyczoną na Ziemi – Canning Stock Route w Australii Zachodniej. Sam przeszedł też pustynię Salar de Uyuni w Boliwii i mongolską części pustyni Gobi. W tym roku szykował się na trawers 3 tys. km przez australijskie pustynie.

Zobacz wideo Gamrot po wygranej na KSW 54: Nigdy tak się źle nie czułem. 18 razy byłem w kiblu

Kacper Sosnowski: Pustynię w Australii zamieniłeś na brzeg Wisły. Epidemia koronawirusa sprawiła, że choć z przygody życia trzeba było zrezygnować, to dobrze poznasz jedną z największych polskich rzek, zwrócisz uwagę na jej problemy, wytyczysz szlak łączący góry z morzem. Jest trochę pozytywów.

Mateusz Waligóra: Trudno mi szukać pozytywów w pandemii, bo jest ona dla mnie olbrzymim ograniczeniem. Ciosem, zniweczeniem tego, co planowałem przez ostatnie dwa lata. W głowie miałem wtedy bardzo skomplikowane przedsięwzięcie - przejście Australii, przez jej pustynny środek. Kiedy to było dopięte niemal na ostatni guzik, kiedy jedzenie zostało wysłane do buszu, do małych aborygeńskich osad, kiedy czekałem już, że kurier odbierze mój wózek do ciągnięcia ekwipunku, by następnego dnia sprzęt poleciał do Australii, to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudziłem się rano i nagle okazało się, że to się jednak nie stanie, że to był chyba tylko sen. Ten początek pandemii, w którym zdałem sobie sprawę, że na pewno nie polecę do Australii, był dla mnie bardzo trudny. Powiedzmy sobie szczerze, że oprócz dobrego przygotowania do jednej z najtrudniejszych wypraw na świecie - a za taką można uznać przejście 3 tys. km niezwykle wymagającego terenu - trzeba być też w odpowiednim wieku, który takie rzeczy umożliwia. Moje wyprawy są planowane na wiele lat wstecz. Konieczność przełożenia wyprawy przez Australię mocno te plany skomplikuje.

Obok myśli, że australijska szansa uciekła, była jeszcze ta druga: co teraz?

- Kiedy poradziłem sobie z natłokiem przygnębiających myśli i dotarło do mnie, że tej Australii nie będzie, to starałem się dostrzec w tej całej sytuacji szansę. Pomyśleć nad nowymi planami. Planami, na które w innych okolicznościach pewnie bym się nie zdecydował. Nie ukrywam, że przejście Wisły to nie jest wyprawa, którą miałem w głowie od dawna. Wymyśliłem ją chodząc wzdłuż niewielkiej rzeki, która płynie nieopodal mojego domu. Chodziłem tam, aby odreagować cały ten trudny czas. Odcinek tej rzeki w moim sąsiedztwie liczy jakieś 18 km. Tyle że w ciągu całej wiosny i wczesnego lata wydeptałem tam tych kilometrów kilkaset. W trakcie spacerów obserwowałem, jak to miejsce się zmienia i zrozumiałem, że skoro to mi się nie nudzi, to jaką frajdą musi być przejście wzdłuż największej polskiej rzeki, która łączy góry z morzem. Teraz już tego nie ukrywam, że przed najbliższą wyprawą czuję taką samą ekscytację, jak kiedyś, gdy wyruszałem na pustynię Gobi.

Masz na koncie wyprawy ekstremalne. Takie, w których zwykle trzeba 140 litrów wody w bagażu i w których naokoło ciebie jest pusto.

- Ten marsz wzdłuż Wisły będzie totalnym zaprzeczeniem tego, co robiłem dotychczas, czyli wędrowania przez tereny pustynne. Na nich woda jest rzadkością i olbrzymią świętością, która często decyduje o tym, czy będę mógł iść dalej, czy nie. Na pustyni nie ma też ludzi, a ten aspekt izolacji od społeczeństwa był dla mnie zawsze bardzo ważny. Teraz moim przewodnikiem będzie rzeka, a woda tematem przewodnim rozmyślań. Będę szedł wzdłuż Wisły, ale nie będę starał się za wszelką cenę trzymać linii brzegowej, przedzierając się przez krzaki czy niszcząc lęgowiska ptaków. To właśnie rzeka będzie przewodnikiem. Ludzie, przed którymi zwykle uciekam, teraz będą mnie prowadzić. Doradzą, którędy iść, co zobaczyć, a gdzie nie warto zaglądać. Bardzo na to liczę.

Ponoć już przed wyprawą zgłaszało się do ciebie sporo osób. Niektórzy coś radzili, inni proponowali nocleg, kolejni chcieli się przyłączyć.

- Odzew jest duży i co jest dla mnie najważniejsze - w stu procentach pozytywny. Gdy kilka lat temu po moich ekstremalnych wyprawach, w mediach pojawiały się artykuły i teksty na ich temat, a ja czytałem pod nimi komentarze, to widziałem tam niestworzone historie. Teraz raczej wszyscy koncepcją mojej wyprawy są zachwyceni, ta pozytywna energia też mi się udziela. Przed poprzednimi wyprawami miałem jakieś obawy o to, co może się wydarzyć na trasie, nie udać. Teraz jestem optymistycznie nastawiony. Wierzę, że ideą wytyczenia szlaku Wisły da się zaciekawić bardzo dużą grupę osób. Niedawno napisała do mnie pewna pani, że w okolicach niewielkiej wioski na północy kraju, koło której będę przechodził w wodzie, znajduje się radziecki czołg. Przy niskim stanie wody w Wiśle można go zobaczyć. To są rzeczy, których się nie dowiesz z przewodnika, ludzie o nich wiedzą, bo tam mieszkają. To dlatego bardzo zależy mi, by o tej wyprawie mówić podczas jej trwania. Jej scenariusz nie jest przecież napisany. Pisze się dzięki takim ludziom. To dzięki nim będzie potem, o czym opowiadać. Dodam jeszcze, że tych osób, które zadeklarowały chęć wzięcia udziału w różnych etapach wyprawy jest dużo, nawet bardzo dużo. Oczywiście cieszę się, ale też jako "pustelnik" zastanawiam, czy mi w którymś momencie nie będzie to przeszkadzać.

Czy oprócz tych ciekawostek, zaproszeń, propozycji wspólnego maszerowania słyszałeś też o problemach i smutniejszych historiach, które łączą się z Wisłą?

- Na razie nie. Chociaż jak przygotowywałem się do tej podróży, to oprócz cyrku związanego z wyborami drugim tematem, który często przetaczał się przez media, był temat suszy w Polsce. Nie do końca go rozumiałem. O jakiej my suszy mówimy, jeśli od tygodnia pada deszcz? Poczytałem, posprawdzałem, teraz już wiem, dlaczego grozi nam susza i dlaczego mamy jedne z najmniejszych zasobów wodnych w Europie. Podejrzewam, że wiele osób też może tego nie rozumieć. Ja będę szedł wzdłuż rzeki, ale w zespole będzie też Dominik Szczepański, który porozmawia z ludźmi, którzy związali z Wisłą swoje życie: ekologami, hydrologami, rybakami, rolnikami i poszukiwaczami skarbów. Będziemy chcieli potem opowiedzieć ludziom jak sytuacja związana z Wisłą i z suszą wygląda teraz i jak może wyglądać w przyszłości. Może ktoś coś z tego zaczerpnie, zastanowi się, zrozumie, a nie tylko zapamięta, że "jakiś typ szedł wzdłuż rzeki". Z tyłu głowy mamy też pomysł, aby zorganizować akcje sprzątania Wisły. Pewnie im dłużej będę szedł, tym bardziej będę widział, jak taka inicjatywa jest potrzebna.

W opisie swojej wyprawy napisałeś: będę biwakował nad rzeką, pił wodę z jej nurtu, zasypiał przy jej szumie. Za Warszawą picie wody z Wisły grozi wizytą w szpitalu.

- I to jest właśnie ważne, by nie postrzegać Wisły jako miejsca, do którego spuszczamy ścieki, ale patrzeć na nią jako na miejsce, które kształtowało historię naszego kraju przez ostatnich kilkaset lat. Dostrzegać, jak my jesteśmy od tej rzeki zależni. Przecież często mówimy o sobie, że żyjemy w kraju nad Wisłą. Dobrze byłoby zdawać sobie sprawę, że to, co robimy teraz, będzie miało wpływ na to, jak ta rzeka będzie wyglądać za kilkadziesiąt lat. Bo co teraz nas z Wisłą łączy? To, że oczyszczalnia Czajka kolejny raz spuszcza ścieki do Bałtyku? Że metale ciężkie gromadzą się przy tamie we Włocławku? Ja będę pił wodę z Wisły w jej górnym nurcie, oczywiście przefiltrowaną, przez filtry, które zabieram na wyprawy pustynne. Jestem osobą odpowiedzialną. Byłoby głupotą, gdybym przez swój upór i picie wody z rzeki miał zaryzykować, że nie dojdę do końca lub przerwę projekt, bo się zatruję. Będę zatem pił przefiltrowaną wodę z Wisły tylko w tych miejscach, w których uznam to za bezpieczne.

To lepiej też wziąć ze sobą kilka butelek mineralnej. Polski bagaż w porównaniu do który tego miałbyś w Australii i tak będzie ważył niewiele.

- Do Australii planowałem zabrać ze sobą wózek, który umożliwia transport bagażu ważącego nawet ćwierć tony, głównie zapasów wody. Tam musiałbym przejść z nim ponad 3 tys. km. Przygotowanie do takiej ekstremalnej wyprawy wiąże się z zupełnie innym rodzajem przygotowania fizycznego, w którym liczy się wytrzymałość na wysiłek rozłożony na bardzo długi czas. Podróż wzdłuż brzegu Wisły, czyli około 1200 km, jest przy tym czymś spokojnym.

Większą mobilizację wywołuje jednak słowo "australijska pustynia" niż "Wisła".

- No ale, tej Wisły, też nie można tego lekceważyć. Do każdej wyprawy podchodzę zresztą w podobny sposób. One dzielą się dla mnie na trzy etapy. Pierwszy to etap adaptacji, gdy ciało przyzwyczaja się do wysiłku, to dla mnie zawsze najtrudniejszy czas. Moment, gdy trudno znaleźć motywację, gdy do przejścia pozostaje najwięcej kilometrów i lepiej wtedy nie patrzyć na mapę. Zresztą raczej tego nie robię. Dzielę sobie całą trasę na odcinki. Teraz też wyruszając z gór, nie będę myślał, że chcę dojść w okolice Gdańska. Będę myślał o tym, by dojść do Krakowa. W Krakowie pomyślę o Kazimierzu, w Kazimierzu o Warszawie, dalej o Toruniu - tak jest łatwiej. Potem następuje drugi etap, czyli rytm. Ta nazwa doskonale charakteryzuje, to co dzieje wówczas dzieje. To mój ulubiony czas. Wtedy wszystko działa, jak powinno. Ciało jest przyzwyczajone do wysiłku, są pozytywne myśli, działa się odruchowo, trochę automatycznie. Ostatni etap to końcówka. Wtedy ciało jest już fizycznie zmęczone, trzeba się dodatkowo mobilizować, przypominać sobie, że cel jest już blisko. Teraz liczę na to, że uda mi się sprawnie przebrnąć przez etap adaptacji, a potem to już wszystko będzie w rytmie.

Będziesz szczęśliwy, jeśli dzięki twojej podróży...

Nie mam oczekiwań co do ludzi, miejsc czy zdarzeń, żeby potem się nie rozczarować. Chciałbym przejść tę rzekę. Chciałbym wokół tej idei zgromadzić ludzi, którzy zajmują się chodzeniem szlakami długodystansowymi. Jeśli w kolejnych latach uda się wytyczyć pierwszą długodystansową ścieżkę, która połączy morze z górami, to myślę, że wtedy będę szczęśliwy. Ten szlak miałby zaczynać się na styku granic Polski z Czechami i Słowacją. To dlatego moją wyprawę, tak mniej oficjalnie rozpocząłem właśnie tam i przeszedłem na Baranią Górę, skąd właśnie ruszam od źródła Wisły i idę jej brzegiem nad Bałtyk.

Podróżnik Mateusz Waligóra rusza w nietypową dla siebie - wyprawę. Wcześniej przeszedł m.in. pustynię Gobi, teraz rusza przez Polskę wzdłuż naszej najdłuższej rzeki. Chce poznać nie tylko jej walory, ale też wyzwania i problemy związane z ochroną środowiska i klimatu. Wyprawę "Szlak Wisły" od 3 września będzie można śledzić na Gazeta.pl i na Facebooku.

Przeczytaj także: