Wstrząsające wyznanie łyżwiarki figurowej. "Nie miałam prawa płakać ani kuleć. Do dziś mam bliznę"

- Kiedy miałam 14 lat i przechodziłam przez okres dojrzewania, przybrałam na wadze, co utrudniało mi prawidłowe wykonywanie skoków. Trener wezwał mnie do siebie i uderzył ostrzem łyżwy w piszczel tak mocno, że do dziś mam w tym miejscu bliznę. Nie miałam prawa płakać ani kuleć - wspomina w rozmowie z "Guardianem" łyżwiarka figurowa Jessica Shuran Yu. Zawodniczka ujawniła wstrząsające kulisy trenowania młodych łyżwiarek w Chinach i zaapelowała do MKOl-u o pomoc.

19-letnia Yu, która wychowała się w Chinach i jako zawodniczka została ukształtowana przez tamtejszy system szkoleniowy, dziś reprezentuje Singapur, kraj swojego ojca. Na łamach "Guardiana" przyznaje, że dzięki temu, że nie reprezentuje Chin, łatwiej jest jej zabrać głos w sprawie poważnych nieprawidłowości, jakie mają miejsce podczas szkolenia młodych łyżwiarek w tym kraju.

- Chińskie zawodniczki ryzykowałaby wiele, próbując mówić o tym otwarcie. Mogłyby stracić swoje miejsce w kadrze, ich kariery mogłyby zostać przez to skończone. Ale jako Singapurka, która trenowała w Chinach, jestem w innym, uprzywilejowanym położeniu - tłumaczy Yu.

Bita ostrzem łyżwy. Płacz? Podlega karze

Łyżwiarka opowiedziała, jak w Chinach wygląda reżim treningowy młodych zawodniczek i jest to historia wstrząsająca. Przemoc fizyczna i psychiczna dla Yu, jak i wielu innych łyżwiarek była (i wciąż jest) smutną codziennością.

Gdy miałam 11 lat, zaczęto mi nakazywać wyciąganie przed siebie dłoni, ilekroć popełniłam jakikolwiek błąd. Bywały dni, kiedy bito mnie po rękach więcej niż 10 razy z rzędu i nie przestawano, póki moja skóra nie zrobiła się sina. W wieku 14 lat, przechodząc przez okres dojrzewania, przybrałam na wadze, co utrudniało mi prawidłowe wykonywanie skoków. Trener wezwał mnie wtedy do siebie i uderzył łyżwą w piszczel tak mocno, że rozciął mi skórę. Do dziś mam w tym miejscu bliznę

Yu wspomina, że niemal każdy trening większość jej koleżanek kończyła płaczem. Łzy nie były jednak dozwolone. Co więcej, płacz był karany: - Podczas zajęć dla gimnastyczek i łyżwiarek zawodniczki, będące w zasadzie jeszcze dziećmi, musiały kłaść nogi na dwóch stołkach. Trenerzy naciskali wtedy na nogi, żeby je rozciągnąć. Pamiętam, że myślałam sobie, że coś jest nie w porządku. Czułam, jakby coś miało się naderwać. Rozciąganie wszystkie kończyłyśmy płaczem. Jeśli któraś z nas płakała zbyt głośno, trener wracał i za karę naciskał na jej nogi jeszcze przez dziesięć sekund.

Reprezentanta Singapuru dodaje, że w kwestii szkolenia w ostatnich latach w Chinach nic się nie zmieniło. Jako przykład podaje sytuacje, jakich była świadkiem w centrum treningowym w Pekinie, gdzie sama prowadziła zajęcia dla początkujących łyżwiarek: - Widziałam, jak jedną z zawodniczek zwleczono siłą z lodowiska, a inną zmuszono do startu mimo problemów z więzadłami. Ten występ doprowadził do tego, że ta dziewczynka musiała być później operowana.

MKOl nie pomoże?

Łyżwiarka zaapelowała o reakcję w tej sprawie do Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Jej zdaniem MKOl musi nie tylko zająć jasne stanowisko, ale i zaoferować realną pomoc młodym zawodniczkom. Według Yu pierwszym krokiem do rozwiązania problemu byłoby stworzenie alarmowej linii telefonicznej, którą prowadziliby eksperci pracujący na co dzień z dziećmi będącymi ofiarami przemocy fizycznej i psychicznej.

MKOl zapewnia, że bezpieczeństwo zawodników zawsze stanowiło dla organizacji priorytet. W oficjalnym oświadczeniu Komitet podkreślił, że stoi murem za sportowcami i potępia wszelkie nadużycia względem nich. Działacze dodali też, że są w stałym kontakcie z krajowymi komitetami olimpijskimi, służąc "pomocą i poradą". Według Yu to jednak zbyt mało, a żeby w Chinach doszło do zmian, potrzebny jest nacisk z góry. Łyżwiarka mimo wszystko liczy na to, że w związku z organizowanymi w 2022 roku zimowymi igrzyskami w Pekinie świat zwróci większą uwagę na to, jak w Chinach traktowani są młodzi sportowcy. 

Więcej o: