Przerażające kulisy. "Podejście do rodziców w Polsce jest takie: "Kibic z dala, się nie wpier...""

- To byli chłopcy z pierwszych klas podstawówki. Byli uderzani kijem w stopy - Karolina Maszkowska opowiada o niedawnych wydarzeniach w jednej z polskich szkół gimnastycznych. - Przepraszam za słowa, ale podejście do rodziców małych gimnastyków w Polsce jest takie: "Kibic z dala, się nie wpier..." - mówi mama Marysi Rowińskiej, 12-latki, która trenuje z dala od systemu stworzonego przez Polski Związek Gimnastyczny.

Dziewczyny słyszą: "Następnym razem nie pojedziesz do domu, skoro przywiozłaś tak dużo kilogramów". Albo: "I jak ty się ludziom w stroju pokażesz?". Nie mam nagrań, żeby udowodnić, że trenerzy krzyczą na kogoś per 'świnia' czy 'hipopotam', ale to się dzieje. Jeśli rodzic nie ma wstępu na salę, to znaczy, że zazwyczaj dzieje się tam coś, co jest do ukrycia" - opowiedział w rozmowie ze Sport.pl gimnastyk z olimpijską przeszłością.

Teraz rozmawiamy z mamą zawodniczki, która marzy o wielkiej karierze. I idzie do niej, omijając szerokim łukiem system stworzony przez Polski Związek Gimnastyczny.

Łukasz Jachimiak: O swojej 12-letniej córce mówi pani żartem, że to pierwsza w Polsce prywatna gimnastyczka. Dlaczego prywatna, a nie szkolona przez Polski Związek Gimnastyczny?

Karolina Maszkowska: Nie chcieliśmy, żeby nasze dziecko się zmarnowało. Zaryzykować i pójść inną drogą niż wszyscy było nam o tyle łatwiej, że mamy doświadczenia z jeździectwa. Ja startowałam kiedyś na poziomie ogólnopolskim, ale w sumie traktowałam ten sport jako hobby. Natomiast tata Marysi był zawodnikiem, a teraz jest trenerem. Chcieliśmy pozytywne doświadczenia z tego sportu wykorzystać do wspierania córki w dyscyplinie, którą sobie wybrała. W WKKW 20-25 lat temu było tak, jak teraz jest w polskiej gimnastyce - wszystko opierało się o państwowe pieniądze. Skończyło się takimi mistrzostwami Polski seniorów, na których nie było jak rozdać kompletu medali, bo zawody ukończyło tylko dwóch zawodników. A teraz jest tak, że drużyna w ubiegłym roku wywalczyła bilet do Tokio i zawodnicy mocno rywalizują o miejsce w ekipie na igrzyska olimpijskie. System szkolenia w jeździectwie się zmienił i można by go było przenieść na przykład na gimnastykę, ale opór jest straszny.

Zmianom opierają się ludzie rządzący polską gimnastyką?

- Tak. Wszystko jest oparte o państwowe dotacje, a dzieci są tylko marionetkami, które mają zdobywać punkty SSM [System Sportu Młodzieżowego], bo właśnie na podstawie tych punktów dostaje się dotacje dla klubu z ministerstwa sportu. I jak nie jedno dziecko, to następne ma napukać odpowiednią liczbę punktów. A czy ono zostanie w tym sporcie? To jest nieważne.

Jak długo Pani córka trenowała w tym systemie?

- Jako sześciolatka poszła do pierwszej klasy szkoły sportowej. Musiała, jest z tego rocznika, któremu nakazano. Przez pierwszy rok traktowała gimnastykę jeszcze rekreacyjnie, ale później zaczęła już trenować wyczynowo. My jako kompletni laicy najpierw myśleliśmy, że to tak musi wyglądać. Ale jestem rodzicem, więc kiedy czułam, że jest nie tak, jak powinno być, to zaczęłam się mocniej interesować. Czytałam zagraniczne fora i zorientowałam się, że w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, w Stanach Zjednoczonych, zupełnie inaczej to wygląda. Że tam rodzic nie jest intruzem, tylko kibicem, który wspiera swoje dziecko.

Czyli doświadczyliście Państwo zakazu wejścia na treningi córki?

- To mało powiedziane. Przepraszam za słowa, ale podejście do rodziców małych gimnastyków w Polsce jest takie: "Kibic z dala, się nie wpier...". Co wy wiecie? Nie znacie się. Jakie wy macie pojęcie o sporcie? Tak ma być i koniec - taką postawę mają ludzie, którzy prowadzą dzieciaki w sportowych szkołach. Nie zapomnę, jak się na początku dziwiłam, że moje dziecko jedzie do Nysy czy do Olsztyna na zawody, a ja nie mogę też jechać i kibicować. To mi się wydawało naturalne, że przecież ja też jadę. Ale od trenerki słyszałam "Nie, nie, nie! Zawody są tylko dla dzieci, nie możecie patrzeć". Twierdzono, że będę rozpraszać własne dziecko. Najmłodsze dzieci, w wieku 6-9 lat, mają międzywojewódzkie mistrzostwa i najlepsza "30" się kwalifikuje do ogólnopolskiego finału. Raz na takie kwalifikacje pozwolono nam pojechać. Ale nie pozwolono ukraińskim trenerom naszych dzieci. Tu muszę wtrącić, że czytałam pana rozmowę z "Olimpijczykiem" i z bardzo wieloma rzeczami się zgadzam, ale z jedną nie. Przez rok Marysia miała przyjemność, naprawdę dużą przyjemność, trenować z parą Ukraińców. To było małżeństwo. Mimo że na treningach reprezentowali twardą, ukraińską szkołę, to mamy wyłącznie dobre wspomnienia z nimi związane. A to dlatego, że ci ludzie naprawdę dbali o dzieci, interesowali się, potrafili wyjść po zajęciach do rodziców i powiedzieć nam co jest fajne, a co nie jest fajne. To była łamana angielszczyzna z łamanym rosyjskim, ale oni się tak starali przekazać uwagi, że zawsze sobie radzili. Nie zgodzę się więc, że wszystko, co ze wschodu jest złe.

Ci trenerzy byli za dobrzy dla dzieci i dla rodziców i dlatego zostali zastąpieni innymi?

- Chyba tak było. Zaczęło się od tego wyjazdu. Powiedziano nam, że oni po prostu nie mogą jechać. Zaproponowaliśmy, że się zrzucimy na przejazd i hotel dla nich. Chcieliśmy, żeby mieli radość z tego, jak dzieci wyszkolili. Efekt był taki, że miałam grubą awanturę z tą trenerką, która została wyznaczona na wyjazd. Awanturę o to, że działam za ich plecami. "Jak pani śmie? Wkracza pani w nasze kompetencje", itd. W końcu Ukraińcy nie pojechali na zawody. Przeprosiłam ich, wyjaśniłam, że pewnie nie zostaliby wpuszczeni na salę. Wkrótce zostali zwolnieni. Bo śmieli się nie zgadzać z innymi trenerami. Na szczęście teraz mają fajną pracę w Houston i mam nadzieję, że kiedyś pojedziemy ich odwiedzić. Pani Swietłana Marysi cały czas kibicuje. Odzywa się na Facebooku i Instagramie, mimo że nie pracują już razem od kilku lat. To była relacja nie tylko komercyjna, to było budowanie prawdziwej relacji z dzieckiem. Niech dowodem będzie choćby to, że zawsze po treningu pani Swietłana miała dla dzieciaków cukierka albo ciasteczko.

Mówi Pani o dobrym roku córki z trenerskim małżeństwem z Ukrainy, a co się działo później?

- To małżeństwo zostało zwolnione w momencie, w którym szkoła prywatna przekształciła się w publiczną. Być może dlatego pojawił się problem braku środków na dalsze zatrudnienie tych trenerów. Ale my, rodzice większości dzieci, zaproponowaliśmy, że sami będziemy im płacić, żeby tylko zostali. Usłyszeliśmy od szkoły, że nie ma takiej możliwości. I od tego momentu coraz boleśniej zderzaliśmy się z rzeczywistością. Przez rok widziałam, że coś jest nie tak, że moje dziecko wraca coraz bardziej sfrustrowane z treningów. Ją gimnastyka ogromnie cieszyła, ona mi biegała, latała, robiła salta w sklepach, a nagle zaczęła się stawać coraz mniej z siebie zadowolona, chociaż umiała coraz więcej. Wtedy postanowiliśmy poszukać sposobu, żeby znów się cieszyła ze sportu, który przecież sama sobie wybrała. Rozmawialiśmy z trenerami, że może warto dla niej znaleźć dodatkowe zajęcia indywidualne. Usłyszeliśmy, że nie ma takiej możliwości. Ale uparliśmy się, ruszyliśmy niebo i ziemię i dostaliśmy namiar na utytułowanego zawodnika Adama Kierzkowskiego. Zadzwoniliśmy, spotkaliśmy się, on zrobił duże oczy, bo nigdy nie trenował dziewczynek i w ogóle wyjaśnił, że trenerem jest dopiero pierwszy rok, prowadzi chłopców z pierwszej klasy. Ale stwierdził, że okej, że skoro chcemy mu zaufać i spróbować, to spróbujemy. Najpierw spotkania były dwa-trzy razy w miesiącu. A moje dziecko promieniało, już to ją odmieniło. W klubie się przyznaliśmy, że korzystamy z konsultacji i dodatkowych treningów. Było to bardzo źle przyjęte.

To znaczy?

- Straszono nas, że Marysia zostanie wyrzucona, twierdzono, że to nielojalne. Powiedziałam twardo, że bardziej mi zależy na moim dziecku niż na dziwnie postrzeganej lojalności. I faktycznie Marysia została wyrzucona, klub powołał się na jakiś dziwny punkt regulaminu. Adam Kierzkowski wcześniej proponował, że pomoże całemu klubowi, był gotowy przyjeżdżać na dodatkowe treningi ze wszystkimi dzieciakami. Klub nie chciał. Klubu dziś już w rywalizacji sportowej nie ma, rozleciał się, po odejściu Marysi nastąpiły lawinowe odejścia kolejnych zawodniczek. My w końcu dzięki znajomości Adama z Leszkiem Blanikiem trafiliśmy do jego Akademii Leszka Blanika w Gdańsku. I tak od września 2018 roku Marysia jest zawodniczką AZS AWFiS Gdańsk. Formalnie. Bo cały czas trenuje z Adamem. Gdyby nie nowoczesne podejście Leszka i umożliwienie treningów indywidualnych w ALB (Akademii Leszka Blanika), moje dziecko pewnie by już gimnastyki sportowej nie trenowało.

A trenuje z coraz lepszymi efektami?

- One przyszły błyskawicznie. Wystarczyły jedne wakacje, by dziecko, które wcześniej było na zawodach mięsem armatnim, wróciło z Pucharu Polski z miejscem w pierwszej dziesiątce. Adam na starcie oszacował, że Marysia ma jakiś rok straty do najlepszych zawodniczek w kraju. Ona naprawdę jeździła na zawody w charakterze statysty. Nie tylko dlatego, że brakowało jej umiejętności. Nie chcę, żeby wyszło, że córka nie wygrywała przez sędziów, bo to nieprawda. Ale było jej trudniej przez to, że nigdy nie miała na zawodach swojego sędziego.

Słucham?

- Klub, który reprezentowała, był młody. I tracił w tym dziwnym, polskim systemie. W jego myśl na zawodach sędziami są trenerzy zawodniczek z różnych klubów. Kiedy na stronie związku są komunikaty, że odbędą się zawody takie i takie, to jest też wzmianka, że klub musi przywieźć tylu i tylu swoich sędziów. Klub Marysi nie przywoził. I teraz proszę sobie wyobrazić zawody, których stawką jest awans do Olimpiady Młodzieży. Wchodzą 32 najlepsze zawodniczki. Każda z nich dostaje punkty SSM już za zakwalifikowanie się na tę olimpiadę. A każdy taki punkt to przecież są pieniądze dla klubu.

Nie da się wierzyć w uczciwe sędziowanie.

- Trzy lata temu Marysia była rok młodsza od wszystkich dziewczynek, które wzięły udział w takich kwalifikacjach. Ale zadzwoniła do mnie trenerka i zapytała, czy Marysia wystartuje. Pojechaliśmy i występ był na tyle dobry, że została pierwszą rezerwową. Trenerka zapytała, czy pojedziemy na Olimpiadę Młodzieży, bo może będzie szansa wystartować, jeśli się ktoś kontuzjuje. Chciałam, żeby córka popatrzyła i pokibicowała koleżankom. Nadziei na start jej nie robiłam. Słusznie. Nie mam na to żadnych dowodów, ale moim zdaniem w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży wystartowały co najmniej cztery kontuzjowane dziewczynki. Każda z nich pokazała się tylko na jednym przyrządzie, bezpiecznym dla siebie. Chodziło właśnie o to, żeby zostały zanotowane w wynikach, dzięki czemu ich klub miał punkty i pieniądze. Można sprawdzić w wynikach, że takie zawodniczki były. Nie mam żalu do trenerów, że ciągnęli na zawody kontuzjowane dzieci. Oni są zależni od punktów ministerstwa, oni muszą walczyć o pieniądze na kolejny rok.

Rozumiem, że Pani nie ma żalu do trenerów, ale jeszcze bardziej rozumiem zawodnika, który opowiada mi, że po sześciu latach pracy w roli trenera w gimnastycznej szkole miał serdecznie dosyć i zrezygnował.

- Też rozumiem. I od ubiegłego roku toczę prywatną wojenkę z lokalnymi działaczami, między innymi z Pomorską Federacją Sportu. Jest ministerialny program szkolenia kadr wojewódzkich. Moje dziecko co roku było w takiej kadrze, a my co roku podpisywaliśmy oświadczenie, że zgadzamy się z regulaminem i kalendarzem wyjazdów. Zawsze pytałam co to za regulamin, a nigdy go nie dostałam do przeczytania. Zawsze też słyszałam, że zgadzając się na kalendarz wyjazdów, dostanę dofinansowanie na jakiś obóz.

Nigdy Pani nie dostała?

W zeszłym roku pojawiła się możliwość wyjazdu do Włoch na obóz dla juniorek młodszych organizowany przez Europejską Federację Gimnastyczną. Jechać tam mogą tylko dwie zawodniczki z danego kraju, a narodowa federacja musi potwierdzić na czyj wyjazd się zgadza. Córka załapała się na 10 dni takich treningów z najlepszymi specjalistami z całego świata. Kiedy przyszła decyzja, my się zwróciliśmy do koordynatora kadry wojewódzkiej o dofinansowanie wyjazdu. Usłyszeliśmy, że nie, bo to jest poza harmonogramem. Trudno, dziecko i tak pojechało i wróciło zachwycone. Ale jeszcze w te same wakacje odbywał się obóz z trenerem kadry narodowej, a w programie kadry wojewódzkiej jest napisane, że kadry wojewódzkie to bezpośrednie zaplecze kadry narodowej. Koordynator znów odmówił nam dofinansowania, tłumacząc mniej więcej tak: "Nie, bo nie". Wtedy sobie powiedzieliśmy "Nie, bo nie? No, to zobaczymy".

I co zrobiliście?

Nie można nie walczyć o to, co się dziecku należy. Napisałam pismo, że nie wyrażam zgody na dalsze szkolenie córki w kadrze wojewódzkiej, bo dla mnie to formalna lipa. I zaczęłam drążyć dalej. Zauważyłam m.in., że plany szkoleń są kompletnie niepowiązane z kalendarzem startów. Na przykład juniorki młodsze są szkolone razem z młodziczkami, mimo że pierwsze miały zaplanowane mistrzostwa Polski maj, a drugie na październik. Jak można robić wspólne obozy przygotowawcze do imprez rozległych o pół roku? W takie plany patrzę tylko dlatego, że należymy do klubu AZS AWFiS i mogę komuś zerknąć przez ramię. Ogólnie te wszystkie dokumenty nie są rodzicom udostępniane, a przecież powinny być. Ale po co pokazywać na przykład skład kadry wojewódzkiej, gdy są w niej dziewczynki, które nawet nie startowały w zawodach będących kwalifikacjami do tych kadr? W naszym województwie na 10 zawodniczek tylko cztery startowały w takich zawodach. Pozostałe powołano niezgodnie z regulaminem ministerstwa sportu. Dostałam go po wielkich wojnach i pytaniach czego ja w ogóle chcę. A kiedy się spotkałam z panami z Pomorskiego Związku Gimnastycznego i zapytałam ich na jakiej podstawie powołali te dzieci, to usłyszałam "Wiesz, my chcemy jak najlepiej, niech się szkoli jak najwięcej dzieci". Mówię im "Okej, ale dlaczego z pieniędzy które wywalczyło moje dziecko mają być szkolone dzieci, które powinny trafić do programu popularyzacyjnego, a nie do programu dla dzieci wybitnie zdolnych?". Ci panowie okradają te dzieci. Wie pan co zrobili zamiast zgrupowania w listopadzie ubiegłego roku? Rozdali dzieciom bony do restauracji.

Przepraszam, że się roześmiałem. Może trzeba by było zbadać, co to za restauracja?

- To restauracja blisko Akademii Blanika. Często mieszkają tam ekipy. Myślę, że bony do niej było ufundować najwygodniej, żadnego spisku tu nie podejrzewam. Po prostu fakturę za bony upominkowe łatwiej rozliczyć niż się szarpać z robieniem zgrupowania. To środowisko jest chore. Z jednej strony nie chcę mieć z nim nic wspólnego, z drugiej - nie popuszczę im, dlatego koresponduję z ministerstwem sportu i wyjaśniam wszystkie nieprawidłowości. Nasz system jest chory, zły. Nie trenerzy, a system.

Wróćmy do momentu, kiedy nabraliście Państwo o tym przekonania i postanowiliście poprowadzić córkę ścieżką pozazwiązkową. Czy Marysia mówiła Wam, co złego dzieje się na treningach, czy zgłaszała co jej się nie podoba?

- Przez ostatni rok pobytu Marysi w poprzednim klubie regularnie jeździliśmy do psychologa, bo ona nie wierzyła w samą siebie. Rok spotkań z panią psycholog bardzo pomógł - córka stwierdziła, że robi to wszystko nie dla trenerów, tylko dla siebie. Gdyby Marysia miała uprawiać jakiś sport pod przymusem, to uprawiałaby jeździectwo. Gimnastyka to jej wybór, nie nasz, rodziców.

Brak salt w sklepie już był znakiem, że przestała to robić dla siebie?

- Dokładnie tak - umiała coraz więcej, rozwijała się, ale nie zdawała sobie z tego sprawy, bo w klubie były jakieś niesprawiedliwości. Jedne dzieci były traktowane lepiej, inne gorzej. Nas denerwowało, że nie może być jak w jeździectwie - źle mi się u kogoś jeździ, to pójdę do kogoś innego. W gimnastyce nie ma takiej opcji - trzeba się trzymać jednego trenera. Niby można zmienić klub, w Gdańsku jest z tym o tyle łatwiej, że są trzy kluby. Tylko że to by było przechodzenie z deszczu pod rynnę. W jednym z klubów były nawet elementy przemocowe.

Chyba nie zostały ujawnione?

- Sprawa szybko została zamieciona pod dywan. Jedynie w naszym, rodzicielskim światku, a nie w mediach, głośno było tym, że trener znęca się nad chłopcami.

W jaki sposób?

- I psychicznie, i po prostu bijąc ich. Sprawa wypłynęła i ucichła zaraz przed wakacjami. Ale było ostro. Dziecko złamało na treningu rękę, a gdy ubezpieczycielowi udostępniono filmik, to się okazało, że trener patrzył wtedy w komputer, a nie na dzieci. W tym samym klubie dzieci bały się chodzić na treningi, bo były bite. A trener mówił, że to dla ich dobra.

Że bije dzieci dla ich dobra?!

- Tak. Bo trener jest też ich nauczycielem w szkole. Rozmawiałam z rodzicami tych chłopców i słyszałam "Ale co my mamy zrobić? Przecież nie ma innych trenerów". Sprawa była tajemnicą poliszynela. Skończyła się na dyrektorze szkoły. A to byli chłopcy z pierwszych klas podstawówki. Byli uderzani kijem w stopy, żeby te stopy obciągnęli. Przemoc jak w rosyjskim balecie. Ci chłopcy tego nie wymyślili. Zaczęło się tak, że pani psycholog się zainteresowała, dlaczego jeden z chłopców nie poszedł na trening. Usłyszała, że on się boi.

Czy Marysia też się bała? Może była zbyt często ważona, może została nazwana świnią albo hipopotamem?

- Córka jest ważona i mierzona tylko dwa razy w roku, kiedy idzie do lekarza sportowego. Z tej strony żadna presja jej nie spotykała. Słyszałam o tym od innych zawodniczek i rodziców. My tego, na szczęście, nie doświadczyliśmy.

Widziałem takie nagranie ćwiczeń Marysi na równoważni, które kończy się słowami "Dostaniesz obiad". To Pani?

- Tak, to ja. Żart a propos właśnie tego, że wszyscy głodzą gimnastyczki.

Marysia ma świadomość, co się dzieje w jej sporcie?

- Wie jak jest. I nawet włączyliśmy jej film „Athlete A” o Larrym Nassarze. Oglądała z nami, żeby miała świadomość, że nie wszyscy ludzie na świecie są dobrzy. Nie wiem czy to był dobry film dla 12-latki, ale uznaliśmy, że ona na pewno musi wiedzieć, że nie można się zgadzać na pewne zachowania. Może raz pozwoliłaby się dotknąć, natomiast za drugim razem poszłaby do trenera i do nas i powiedziała, że stało się coś, co jej się nie podoba. Dzieci muszą ufać trenerowi, nie mogą bać się do niego przytulić, a trener nie może się bać, że zostanie o coś oskarżony, bo dziecko się do niego przytula. Relacje mają być przyjacielskie, czyste. Dlatego dziecko zawsze musi mieć możliwość wyboru trenera. Przecież jedne dzieci lepiej pracują pod presją, a inne gdy są głaskane. Niestety, nasz system skazuje dzieci na wyłącznie jednego trenera. A jak ci się nie podoba, to zmień dyscyplinę. Nie każdy może pójść taką drogą jak my i płacić za prywatne treningi. Moje dziecko miało marzenie, żeby kiedyś pojechać do collegu w Stanach. Stwierdziłam, że dopóki nas stać, to będziemy ją w tym marzeniu wspierać.

Jak drogie jest utrzymywanie młodej gimnastyczki?

- To jest kilka tysięcy złotych miesięcznie. Koszt porównywalny z posiadaniem konia i regularnym startowaniem w zawodach. Albo z treningiem tenisisty. Córka, mając 10 lat, została zaproszona przez trenera kadry do ośrodka przygotowań olimpijskich w Zabrzu. Propozycja brzmiała mniej więcej jak pytanie, kiedy przeprowadzamy się do Zabrza. Ale powiedziałam, że nie ma takiej opcji. Wcześniej zrobiłam wywiad, co się dzieje w ośrodku, jak się tam pracuje.

Co było dla Pani najgorsze?

- To, że dziecko jest trybikiem w maszynie. Wrzucanie 10-letniego dziecka w wyczynowy sport bez sukcesów jest bez sensu. Przecież my nie zdobywamy żadnych medali wśród juniorek. Najlepszy wynik na ostatnich mistrzostwach Europy juniorów osiągnęła Isabel Sikoń, która przyjechała ze Stanów Zjednoczonych, a nie zawodniczki trenera kadry narodowej skoszarowane u niego od x lat. Isabel ma tatę Polaka, sama się do Polskiego Związku Gimnastycznego zgłosiła. Jest świetną zawodniczką, jako 16-letnia juniorka mogłaby jak równy z równym konkurować z naszymi seniorkami na mistrzostwach w kraju. A w USA nie ma szans na przebicie się do kadry. To chyba najlepiej świadczy o naszym szkoleniu. W Zabrzu był też od 2015 roku realizowany projekt Tokio 2020. I żadna zawodniczka z tego ośrodka nie ma biletu na igrzyska olimpijskie, a połowa z nich już nie trenuje.

Więcej o: