"Przestałam liczyć, ile razy mnie zgwałcili". Wstrząsające wyznanie surferki

Australijska surferka Carmen Greentree napisała autobiografię, w której opisała drastyczne przeżycia ze swojej podróży do Indii. Została tam porwana i uwięziona na łodzi, a mężczyzna, który ją tam umieścił, wielokrotnie ją zgwałcił.

Carmen Greentree to australijska surferka, która niedawno zdecydowała się na napisanie autobiografii. Nazwała ją "Niebezpieczny pościg za szczęściem" i poza swoją sportową karierą opisała także dramatyczne przeżycia z podróży do Indii. 

Zobacz wideo "Atomowe okrążenia Lando Norrisa". Niesamowita końcówka wyścigu

Australijska surferka została uwięziona w Indiach. "Przestałam liczyć, ile razy mnie gwałcili"

W wieku 22 lat zawodniczka po braku awansu do elitarnego Championship Tour pomyślała o roku przerwy zamiast kontynuowania swojej kariery. Australijka wyjechała na dwa miesiące do Indii, gdzie zapoznała się i zaufała mężczyźnie niedaleko Dal Lake. Niedługo później została uwięziona na jego łodzi. Była na niej przetrzymywana i gwałcona przez porywacza i jego wspólników. - Myślałam, że nigdy stamtąd nie ucieknę i tam umrę - wskazywała w swojej książce cytowanej przez dziennik "Marca". 

- Moment, w którym się poddałam to pierwszy gwałt, jakiego się dopuścili. Nie miałam siły walczyć, wiedziałam też, że on i tak nie przestanie mnie do tego zmuszać. Przestałam liczyć, ile razy mnie zgwałcili - opisywała Greentree. Została uratowana dzięki temu, że porywacz kazał jej zadzwonić do rodziców, by ci przelali jej pieniądze, które miała mu przekazać. Rodzice powiadomili o tej sytuacji przyjaciela surferki w Indiach, a on zadzwonił na policję.

Po interwencji służb Greentree została uwolniona, ale wciąż odczuwa skutki całego zdarzenia. Właściciel łodzi wskazał, że wersja kobiety jest fałszywa i twierdzi, że nic podobnego nie miało na niej miejsca. Australijka zdążyła już założyć rodzinę i życiowo odciąć się od tamtych wspomnień, ale te wciąż wracają. Książka ma być dla niej formą terapii. Pomaga także osobom, które zmagają się z podobnymi problemami. - Jestem pewna, że jest ich więcej, ale boją się wykonać pierwszy krok - stwierdziła.

Przeczytaj także: