Polska wicemistrzyni olimpijska napisała do Martina Schmitta. "Medal dodał mi odwagi"

Skacze przez przeszkody na koniu Ronaldo. Od "gówniarki" podziwia skoczka Martina Schmitta. Od zawsze twierdzi też, że drugi to pierwszy przegrany, mimo że jej sukcesy to drugie miejsce na igrzyskach i sześć srebrnych medali mistrzostw świata w olimpijskim sprincie jedynek na 200 metrów. Kajakarka Marta Walczykiewicz wierzy, że za rok może zdobyć złoto na igrzyskach w Tokio. Oby tylko się odbyły.

Łukasz Jachimiak: Co u pani słychać poza tym, że się Pani w Livigno byczy?

Marta Walczykiewicz: Ha, ha, ha! To krówka! Ale koło byka też leżałam. W niedzielę miałyśmy na zgrupowaniu dzień wolny, stąd takie zdjęcia. A na co dzień pływamy, chodzimy po górach, były też dwie konkretne wycieczki rowerowe. Startując z wysokości 1800 metrów wjechałyśmy na położoną 500 metrów wyżej Forcola di Livigno. Zdobyłyśmy też najwyżej położoną, przejezdną przełęcz we Włoszech - Stelvio na wysokości 2700 m. Było hardkorowo. My w kajaku nogami raczej nie pracujemy, one tylko trochę chodzą, ale przede wszystkim liczy się siła rąk. A tu wjechałyśmy tak wysoko na zwykłych góralach. Trener dba, żeby nam się nie nudziło.

Zobacz wideo Martin Schmitt w "Wilkowicz Sam na Sam"

Po co Wam to wszystko teraz, w roku bez międzynarodowej imprezy, na aż rok przed igrzyskami w Tokio?

- Trening wysokogórski stosujemy od lat, jeszcze przed igrzyskami Londyn 2012 zaczęliśmy tak robić. Sprawdza się, więc się go trzymamy. W tym roku głównej imprezy nie będzie, ale sezon musi być mocny, bo okazał się przedolimpijskim. A taki jest za ważny, żeby sobie usiąść na kanapie i czekać. To już jest kluczowa część przygotowań do Tokio. Trener postanowił, że mamy być mocne na 15 sierpnia, kiedy odbędą się mistrzostwa Polski. Po nich każda z nas wyjedzie na wakacje, a od początku października wznowimy mocną pracę z myślą o igrzyskach. Nie można odpuszczać. Trener wszystko przeanalizował z doktorami z Instytutu Sportu. Wiemy co trzeba robić i robimy swoje.

Robicie swoje bez obaw, że igrzysk może wcale nie będzie? Japońskie społeczeństwo coraz częściej daje wyraz temu, że ich nie chce. A wirusolodzy straszą, że koronawirus, z którym świat przecież wciąż się zmaga, jesienią uderzy mocno po raz drugi.

- Myślę, że, niestety, odwołanie igrzysk jest możliwe. Skoro już je przesunięto, to jest znak, że sytuacja jest bardzo poważna. Koszta przełożenia igrzysk są ogromne, logistyka z tym związana jest bardzo trudna - może być różnie. Jeśli igrzyska w Tokio miałyby się nie odbyć i w roku 2021, to pewnie już by ich nie było, czekalibyśmy na Paryż 2024. Strasznie by było szkoda formy, długich przygotowań rozpoczętych zaraz po Rio 2016.

Paryż 2024 to dla pani za daleko?

- Na razie zdecydowanie za daleko. Jeśli już miałabym tam jechać, to chyba w innej roli, nie zawodnika, tylko jakiegoś działacza. Nawet cichy zakład z siostrą zrobiłam, bo ona twierdzi, że jeszcze w Paryżu wystartuję, a ja uważam, że to niemożliwe. Zobaczymy, która z nas ma rację.

Gdy w marcu ogłoszono, że Tokio przesuwa się na rok 2021, pani mówiła, że już takie roczne przesunięcie jest dla pani trudne, bo ma pani pomysły na życie po wyjściu z kajaka.

- Nie mam jakiegoś konkretnego pomysłu, na realizację którego czekam. Plan był taki, że po Tokio może odpocznę, może potrenuję trochę inaczej. Myślę też o tym, że lata lecą i dobrze byłoby wreszcie pomyśleć o założeniu rodziny. Nie mówię, że jestem jedynym sportowcem w wieku 33 lat bez dzieci, bez własnej rodziny. Nie jest tak, że czuję tu jakąś wielką presję. Ale dużo mam myśli o tym, żeby się zatrzymać. Organizm się zużywa, po kontuzji z zeszłego roku widzę, że nie jest niezniszczalny, że wiele lat ciężkich treningów zrobiło swoje. Ale nie zapowiadałam, że jak skończy się Tokio, to ja skończę karierę. Myślałam tylko, że przydałoby mi się więcej spokoju.

A ja myślałem, że marzy się pani np. poważna kariera w jeździectwie. Na koniu Ronaldo.

- Nie ukrywam, że moim cichym marzeniem jest start w zawodach jeździeckich. Ale nie myślę o wielkiej randze, wystarczą mi zawody między stajniami. Mój poziom jest bardzo niski. To pasja, oderwanie się od codzienności. Po prostu kiedy mam czas, to jadę do stajni i sobie wsiadam na konia. No dobrze, jestem na tyle wytrenowana, że mogę sobie pozwolić na pół roku bez jazdy, wsiądę po takim czasie na konia i wyglądam, jakbym jeździła bez przerwy. Bardzo mi się to podoba. Chciałabym intensywniej potrenować, postartować trochę i zdobyć brązową odznakę w jeździectwie.

Rozkręca się pani. Za chwilę pani powie, że jednak chce pojechać na igrzyska w nowej dyscyplinie.

- Ha, ha! To jest mój typowy, sportowy charakter. Kiedyś zaczęłam od spaceru na koniu po lesie, a teraz skaczę przez przeszkody, one są coraz wyższe, a we mnie jest coraz większa chęć do skakania. Od takiej sportowej żyłki się nie ucieknie, kiedy się ją ma we krwi. To tak działa, że czego się człowiek chwyci, to chce więcej, mocniej, szybciej.

Ten Ronaldo to na cześć Cristiano, czy na cześć brazylijskiego geniusza piłki sprzed lat?

- To jest za młody koń, żeby swoje imię zawdzięczał Brazylijczykowi.

Kwestię Ronaldo mamy rozstrzygniętą, to teraz proszę się wytłumaczyć z Martina Schmitta. Na swojej stronie internetowej w rubryce "O mnie" dawno temu wymieniła go pani jako swojego idola. Dlaczego jego, a nie Adama Małysza?!

- Kiedy to było? Lata rywalizacji Adama Małysza z Martinem i ze Svenem Hannawaldem. Mała wtedy byłam. Ale, nie ukrywam, zadziałało to, że Martin Schmitt jest przystojnym mężczyzną. Oczywiście też bardzo dobrze skakał. A jeszcze okazało się, że jest dobrym człowiekiem, przecież pomagał innym skoczkom po wypadkach. No i nawet jak później skakał gorzej, to i tak nadal był uśmiechnięty. Charakterem mi bardzo odpowiada. Nawet kiedyś do niego napisałam na Instagramie, podałam mu swój adres i dostałam zdjęcie z autografem i z pozdrowieniami oraz kartkę na święta.

Schmitt wie, że wysłał taki pakiet do dziewczyny, która później została wicemistrzynią olimpijską?

- To było po moim medalu! Olimpijskie srebro z Rio dodało mi trochę odwagi, dzięki temu się do niego odezwałam.

I napisała Pani, że jest wicemistrzynią olimpijską?

- Tak, przedstawiłam się, opisałam swoją historię. Zaczęło się od gówniarki, a sympatia do Martina pozostała do dziś. Aktywnym sportowcem już nie jest, ale wiem, że ciągle w sporcie działa i że jest wart naśladowania.

Była pani kiedyś na skokach?

- Niestety, nie byłam. Nigdy się nie składało. Sezon zimowy zazwyczaj spędzam na zgrupowaniach. Nawet do Zakopanego nigdy na zawody nie udało się pojechać, bo w tych terminach nie było mnie w kraju. Zresztą wiem, że bardzo trudno byłoby się tam dopchać. Ale może kiedyś uda mi się wybrać. I Schmitta chętnie bym osobiście poznała, a wiem, że jeździ na zawody jako ekspert telewizyjny.

Wróćmy do zakładki "O mnie". Motto podaje tam pani takie: "Drugi to jest zawsze pierwszy przegrany". Jak to się ma do pani srebra olimpijskiego i aż dziewięciu tytułów wicemistrzyni świata?

- Tak się ma, że mam srebrne medale, a cały czas marzę o złotych. Z jednego srebrnego cieszyłam się bardzo - olimpijskiego. Wtedy mówiłam, że medal jest dla mnie jak złoty, bo tak czułam. Wtedy naprawdę nie myślałam, że jestem pierwszą przegraną. A inne medale? Niestety, zawsze mówi się o mistrzach, a o drugich i trzecich zawodnikach mistrzostw świata już nie bardzo. W piłce nożnej tak, ale w innych sportach nie. Ludzie nie pamiętają, że ktoś zdobył srebro czy brąz. Igrzyska to inna historia, dlatego srebro z Rio traktuję wyjątkowo. Kajakarstwo nie jest popularne, medialne, pewnie dla większości nie jest też widowiskowe, ale my jesteśmy tą grupą, która na igrzyskach nie zawodzi. Wtedy mamy taki czas, że o naszych wynikach trąbią telewizje i radia, więc tam cenię każdy medal.

Sprawdza pani co słychać u Lisy Carrington? Nie wymiękła w pandemicznych okolicznościach? Szykuje się na kolejne złoto w swojej karierze?

- Z Lisą nie mam kontaktu. Ona nie jest zbyt aktywna w mediach społecznościowych. Ale rozmawiałam z jedną z dziewczyn z Nowej Zelandii i mówiła, że też mieli trochę zamieszania, byli na przymusowej kwarantannie i trenowali w domach. Ostatnio już wrócili do treningów i ich trener też postanowił, że będą pracować normalnie. Przez Instagrama i Facebooka widziałam, że dziewczyny faktycznie trenują. Wygląda na to, że ich trener i nasz mają podobne tory rozumowania.

Myśli pani o pokonaniu Carrington w Tokio? Czy to jest raczej ktoś tak trudny do złapania, jak przez lata Usain Bolt w lekkoatletyce?

- Na pewno ona jest do pokonania. Na 500 metrów były już i igrzyska, i mistrzostwa świata, i Puchary Świata, na których przegrywała. Jedna z moich koleżanek ją pokonała [w 2014 roku na PŚ w Racicach wygrała Ewelina Wojnarowska, druga była Beata Mikołajczyk, a Carrington zajęła trzecie miejsce]. Ale na 200 metrów na 99,9 proc. nigdy z nikim nie przegrała.

W sumie ma 10 złotych medali mistrzostw świata, z czego w jedynce na 200 metrów aż sześć. Do tego dodajmy dwa złota w dwóch startach olimpijskich.

- Imponujące. Ale skoro na 500 metrów jest do pokonania, to myślę, że może na 200 też. Chociaż możliwe, że jednak będzie z nią jak z Usainem Boltem albo z Michaelem Phelpsem, czyli że inni zaczną się bić o złoto dopiero, jak Lisa skończy karierę. A to szybko nie nastąpi, bo ona jest jeszcze młodą zawodniczką. No, jest ode mnie młodsza o dwa lata. Na pewno jeszcze trochę popracuje.

Pani w Tokio będzie mocniejsza niż kiedykolwiek?

- Bardzo pozytywnym punktem zaczepienia jest dla mnie świadomość, że w ubiegłym sezonie wywalczyłam srebro mistrzostw świata po w sumie sześciu miesiącach bez pływania. W sierpniu były mistrzostwa, a ja po tak długiej przerwie wróciłam do treningu dopiero 18 marca. Pamiętam, jaki miałam wtedy mętlik w głowie. Czy to ma sens? Jak można po tak długiej przerwie walczyć o olimpijską kwalifikację? Takie pytania sobie stawiałam. O medalu zupełnie nie myślałam. A jednak mój organizm i głowa trenera dały srebro. Skoro wyszłam z takich opresji, to znaczy, że coś tam we mnie jednak jest. Może damy radę przygotować się do Tokio tak, żeby moja forma była ciut lepsza niż kiedykolwiek. A czy to wystarczy? Nie wiem, ale bardzo chciałabym zobaczyć, gdzie mam granice.

Długa przerwa w ubiegłym sezonie była spowodowana problemami z barkiem. Jak one się skończyły? Operacją?

- Większość lekarzy chciała, żebym się położyła pod nóż, ale podjęłam decyzję, że jednak poddam się zabiegowi podania komórek szpikowych. To lepsza opcja od podania komórek macierzystych. Pobrali mi szpik z talerza biodrowego i podali dokładnie w chore miejsce w barku. Byłam w znieczuleniu ogólnym, spałam sobie, a fachowcy pracowali. Później miałam miesiąc absolutnego nicnierobienia, aż w końcu ruszyłam do pracy. Okres rekonwalescencji powinien być troszeczkę dłuższy, ale czas mi uciekał, więc już 18 marca objeździłam wszystkich lekarzy, specjalistów, osteopatów, przeszłam też badania w Centralnym Ośrodku Medycy Sportowej, gdzie dostałam zdolność do treningu. I dwa dni później już byłam na zgrupowaniu kadry.

Zabieg miała Pani w lutym?

- Tak, 5 lutego. Wróciłam szybko, ale pierwsze tygodnie treningów były bardzo spokojne.

Akurat uwierzę! Ze spokojnych treningów wziął się srebrny medal mistrzostw świata?

- Naprawdę! Trener by mi inaczej nie pozwolił. Na pierwszym obozie było ostrożnie. Wiadomo, że później musiało być przyspieszenie, ha, ha.

Nadal pływa pani w swoim charakterystycznym kajaku?

- Tak jest. Wciąż różowy w gwiazdki.

Ale chyba ma pani nowy model? Widziałem na Facebooku, że w środku kajak ma datę 2020.

- Już tłumaczę. Mój wysłużony, olimpijski kajak, jest odwieszony u mnie w klubie. Jest oszczędzany. W nim popłynę w Tokio, jeśli tylko igrzyska się odbędą. A ostatnio zamieszczałam zdjęcia jego kopii. Nowy jest w 99 procentach taki jak ten z Rio.

Nie da się zrobić drugiego tak samo dobrego? Dlaczego nowy jest w 99, a nie w 100 procentach jak stary?

- Tamten był szykowany bardzo długo. Sechł przez pół roku, a kajak musi dobrze wyschnąć, żeby był twardy. Wiem, że temu z Rio nic się nie stanie, choćbym go nawet - nie daj Bóg - upuściła. Materiał w nowym jest prawie identyczny, ale jednak nie wykonano go z tego samego materiału. Tamten kajak ma już osiem lat, nie da się po tylu latach uzyskać takiego samego materiału. Dlatego w tym swoim sprawdzonym, wysiedzianym, wysłużonym, będę startowała w najważniejszych imprezach. Jestem już jak stary człowiek, który nie zmienia tego, co jest dobre.

Pani kajak ma gwiazdki, bo one ukrywają jakieś zmatowienia, tak?

- W jednym miejscu jakiś uszczerbek się pojawił, było zmatowienie, więc doszła kolejna gwiazdka. Ale wcześniejsze były po prostu moim pomysłem na ozdobienie sprzętu.

A gwiazdki na pani ciele co oznaczają?

- Tam żadnych zmatowień nie było! Gwiazdki są po to, żeby się wszystko ładnie komponowało.

Serio?

- Nie. Teraz to wymyśliłam! Prawda jest taka, że ten motyw zawsze mi się podobał. A że chciałam mieć tatuaż, to wybrałam sobie gwiazdki. Ludzie szukają w tym głębszego sensu, pytają dlaczego jest tych gwiazdek pięć, a ja żadnego przesłania nie wymyślam. Chociaż wersja, że taki tatuaż jest po to, żebyśmy do siebie z kajakiem pasowali fajnie by się sprzedała, nie?

Więcej o: