W wyniku rozruchów rozpętanych przez kibiców zginęło 30 tysięcy ludzi

Nie wiemy, czy na trybunach skandowano wtedy hasła w stylu: "Justynian, matole, twój tron obalą kibole", ale wiemy, że fani Niebieskich i Zielonych naprawdę spróbowali dokonać przewrotu w cesarstwie bizantyjskim.

Tydzień z... to cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 1 do 7 czerwca piszemy o przenikaniu się polityki i sportu.

Gdy myślimy o stereotypowych zagorzałych kibicach, to pewnie przyjdzie nam na myśl angielski chuligan siejący grozę na stadionach w latach w 80. i tragedia na stadionie Heysel. Albo może bliżsi nam geograficznie i czasowo kibole Wisły i Cracovii bijący się na maczety na ulicach Krakowa. A jak to wyglądało wśród kibiców wyścigów rydwanów z czasów starożytnych?

Zobacz wideo Kibicowanie może być też postrzegane pozytywnie

Kibice wierni barwom klubowym

Ale gdy sięgniemy do podręczników historii, to odkrywamy, że w tamtych zamierzchłych czasach kibicowanie określonym drużynom miała dużo większe znaczenie społeczne niż dziś. Cesarz rzymski (czy później bizantyjski) nie mógł nie interesować się sportem. Ba, musiał być aktywnym kibicem i wspierać finansowo organizację zawodów. A wyścigi rydwanów były najpopularniejszym sportem w antycznych czasach.

Nikt dokładnie nie wie, jak to się zaczęło, ale ten rodzaj rozrywki Rzymianie przejęli prawdopodobnie od Etrusków. Najpierw wyścigi były częścią rytuału religijnego, jak zresztą cały wczesny sport. Potem stały się pasją typowo świecką. W wyścigach brały udział cztery stajnie - drużyny. Były one czymś na kształt współczesnym nam klubów sportowych. Miały swoich prezesów i działaczy, trenerów, zawodników, weterynarzy, lekarzy, ośrodki treningowe itd. Miały też swoich kibiców, a także nieformalne bojówki. Swoją oficjalną i ukrytą strukturą przypominały w pewnym stopniu mafię, bo "stronnictwa cyrkowe" - jak je w Polsce nazywają historycy - miały swoich ludzi i wpływy na dworze cesarzy oraz prowadziły zakulisowe działania w walce o władzę.

W swoim uwielbieniu dla barw klubowych antyczni kibice przypominali najbardziej zagorzałych fanów nam współczesnych. Historyk Pliniusz Młodszy z przełomu I i II wieku n.e. pisał:

Jestem bardzo zadziwiony, że tak wiele tysięcy dorosłych mężczyzn ogarniętych jest dziecięcą pasją patrzenia na galopujące konie i mężczyzn w rydwanach. Gdybyż tylko chodziło o rączość koni i umiejętności mężów, można by pojąć ten entuzjazm. Ale chodzi o barwy, które oni kochają, o skrawek tuniki, który budzi ich pożądanie. I jeśliby w trakcie wyścigu zawodnicy pozamieniali się kolorami, to ich niedawni zwolennicy natychmiast porzuciliby swoje sympatie wobec konia i woźnicy, których jeszcze przed chwilą poznawali z daleka i pozdrawiali po imieniu.

Kibice przywiązanie do barw klubowych kultywowali przez całe swoje życie, a nawet przekazywali z pokolenia na pokolenie. Powtarzane dziś obiegowe powiedzenie, że człowiek może zmienić religię, żonę czy męża, a nawet obywatelstwo, ale nigdy nie może zmienić klubu, któremu kibicuje, było znane prawdopodobnie już wtedy. A manifestowanie swojego przywiązania do określonej drużyny były w czasach bizantyjskich elementem oficjalnego dress code'u wśród elit.

Pod stadionem polała się krew, zginęli kibice

W antycznych wyścigach brały udział cztery stajnie: Biali, Czerwoni, Niebiescy i Zieloni. Zawodnicy często przechodzili z jednej drużyny do innej. Najsłynniejszy woźnica wszech czasów - Gajusz Apulejusz Diokles z II wieku - startował najpierw w barwach Białych, potem Zielonych, by w końcu na ostatnie 15 lat swojej długiej kariery przenieść się do Czerwonych.

Peter Struck z Uniwersytetu w Chicago nazwał Dioklesa najbogatszym sportowcem wszech czasów, bo suma nagród, które wygrał woźnica w karierze, wystarczyłaby, żeby przez rok zaopatrywać mieszkańców Rzymu w zboże. Przeliczając na dzisiejsze standardy, Struck twierdzi, że Diokles zarobił odpowiednik 15 miliardów dzisiejszych dolarów.

W czasach wspominanego na początku cesarza bizantyjskiego Justyniana I znaczenie polityczne miały tylko dwa stronnictwa cyrkowe - Niebiescy, którym kibicował cesarz i Zieloni. W 531 r. po wyścigach w Konstantynopolu doszło do wielkiej awantury między kibicami obu drużyn. Polała się krew, zginęli ludzie. Winni morderstw zostali ujęci i powieszeni. Dwóm jednak udało się uciec i schronić w kościele, uzyskując w ten sposób czasową nietykalność. Wokół świątyni zgromadzili się kibice Niebieskich i Zielonych. Cesarz Justynian bał się kolejnych dużych rozruchów mieście i aby ostudzić nastroje, zorganizował kolejne zawody i ogłosił, że zamienia winnym karę śmierci na więzienie.

Ani Zielonych, ani Niebieskich taka decyzja cesarza nie usatysfakcjonowała. Oni chcieli ułaskawienia winnych. Tu trzeba dodać, że Justynian był wtedy bardzo niepopularnym władcą wśród bizantyjskiej arystokracji. Prowadził nieudaną wojnę z Persami, podniósł podatki, wprowadzał kontrowersyjną dla wysoko urodzonych reformę prawa, a jego dwaj urzędnicy - Jan z Kapadocji i Trybonian oskarżani byli o korupcję. A ten pierwszy dodatkowo jeszcze o okrucieństwo wobec dłużników. Na to wszystko nakładały się jeszcze sporty teologiczne o dwie natury Chrystusa. Pod tym względem Zieloni byli monofizytami i uważali, że cesarz zdradził ich sprawę.

Nika znaczy zwycięstwo

Zawody odbyły się 13 stycznia 532 r. Od pierwszych gonitw kibice zebrani na trybunach lżyli cesarza, który oglądał zawody z loży umieszczonej obok swojego pałacu. Hipodrom przylegał bowiem do siedziby cesarskiej.

Po 22. wyścigu zebrani na trybunach Zieloni i Niebiescy zaczęli skandować: "nika, nika" co znaczy "zwycięstwo" lub "naprzód". To było hasło do chwycenia za broń. Kibice prowali się z trybun i ruszyli na pałac cesarski. Tym razem Zieloni i Niebiescy byli zjednoczeni. Część senatorów uznała, że ten tumult to doskonały moment, aby spróbować obalić z tronu Justyniana i obwołali cesarzem Hypatiusz, którego na hipodromie ubrano w purpurę.

Przez następnych pięć dni powstańcy oblegali pałac cesarski, w którym zamknął się Justynian. Duża część miasta została zrujnowana. Zniszczony został m.in. słynny kościół Bożej Mądrości - Hagia Sophia. Justynian miał zamiar uciekać z miasta, ale jego żona Teodora powstrzymała go słowami: "Ci, którzy noszą koronę, nie powinni przeżyć jej utraty. Nigdy nie będę oglądała dnia, w którym nie będę pozdrawiana jako cesarzowa".

Justynian zrezygnował z ucieczki i zachował głowę dzięki kibicowskim animozjom. Do rozszalałego tłumu wyszedł jego sługa - eunuch Narses, który później zasłyną jako jeden z wielkich generałów bizantyjskich. Wtedy jednak skorzystał on ze swoich zdolności negocjacyjnych, a nie wojskowych. Narses był "uzbrojony" jedynie w worek złota. Udało mu się porozumieć z przywódcami Niebieskich. Przekupił ich złotem i przekonał słowami. Przypomniał im, że cesarz jest kibicem Niebieskich, a uzurpator wspiera Zielonych - ich największych rywali.

Gdy na stadionie Zieloni urządzali właśnie koronację Hypatiusza, Niebiescy opuścili miejsce wyścigów. Zdezorientowani takim obrotem sprawy Zieloni zostali zaskoczeni przez wojska cesarskie dowodzone przez Belizariusza i Mundusa. Żołnierze dokonali rzezi. Zginęło trzydzieści tysięcy powstańców, a Hypadiusz został pojmany i skazany później na śmierć.

Justynian panował jeszcze długo, a cesarstwo bizantyjskie pod jego rządami osiągnęło szczyt potęgi.