Media piszą o "aktywnej eutanazji" w szpitalach. Pada mit Szwecji, która radzi sobie z koronawirusem

Szwecja lideruje w liczbie zgonów w przeliczeniu na milion mieszkańców. Media piszą tam o "aktywnej eutanazji" w szpitalach. Liberalny lockdown nie ratuje gospodarki, a obywatele nie nabierają odporności na COVID-19 tak, jak zakładano. W takiej scenerii rozstrzygną się losy szwedzkiego sportu. Przeszkodzić mu mogą bary.

Fakty, dane i medialne doniesienia z ostatnich dni budziły tam niesmak, strach i obawy. Nagłaśniały, że Szwecja jest na pierwszym miejscu na świecie, jeśli chodzi o liczbę zgonów spowodowanych koronawirusem w przeliczeniu na milion mieszkańców. Że w szpitalach i domach opieki społecznej starszym pacjentom zamiast kroplówek i tlenu serwuje się "paliatywny koktajl": miksturę z morfiną i midazolamem (środek psychotropowy o działaniu nasennym i rozluźniającym), podawaną zwykle nieuleczalnie chorym.

Można było też usłyszeć ilu mieszkańców Sztokholmu i jego okolic nabyło odporność na COVID-19, i że te 7 procent to w opinii ekspertów trochę mało. Gospodarka też ma swoje kłopoty, a przed rządem historyczny, bo 30-krotny wzrost krajowego długu. Zresztą przedsiębiorcy właśnie odczuwają, że brak twardego lockdownu na niewiele się zdał. Sąsiadujący przez Bałtyk z Polską kraj, w połowie nastawiony jest przecież na eksport, więc wielu miejsc pracy nie udało się obronić.

Zobacz wideo Hat-trick Timo Wernera, goni Lewandowskiego

Najbliższy tydzień ma natomiast być ważny dla kibiców. Na dniach zapadnie decyzja czy pierwsze zawodowe rozgrywki będą mogły ruszyć w Szwecji 14 czerwca. Kluczowa opinia w tej sprawie będzie należała do Andersa Tegnella. Krajowy epidemiolog, który do tej pory tłumaczył, że całkowite zamykanie centrów handlowych nie ma sensu, że szkoły podstawowe powinny normalnie funkcjonować, a dzieci mogą chodzić na treningi sportowe (głównie na świeżym powietrzu), w kwestii powrotu piłkarzy ma teraz pewne obiekcje. Głównie za sprawą kibiców, którzy mecze swych drużyn będą chcieli oglądać w barach w sposób masowy. To może okazać się niebezpieczne, a punkty gastronomiczne są w kraju na cenzurowanym.

Sportowy rozdźwięk: trenuj, graj, nie graj

Z jednej strony jest lekko zastanawiające, że kraj, który z koronawirusem walczy w sposób liberalny, tak bardzo przejmuje się sportowymi rozgrywkami. Że najpierw zupełnie zamknął stadiony i hale, a dopiero potem publiczne baseny. Że tych sportowych obiektów i hal rząd nie wyłączył tylko dla publiczności i zgodnie ze swym przesłaniem nie pozwolił na nim pracować sportowcom.

"Expressen" pod koniec marca zastanawiał się nawet, czy ten sportowy lockdown jest raczej wynikiem działania pod publiczkę i kopiowania rozporządzeń funkcjonujących w całej Europie niż autonomicznymi decyzjami. Szwedów w tych sportowych rozporządzeniach momentami trudno było zrozumieć. Z jednej strony zalecają ruch, zachęcają młodych graczy do trenowania, nie widzą przeszkód, by drużyny grały mecze sparingowe (jeśli na stadionie nie ma więcej niż 50 osób), a w połowie kwietnia Sztokholmski Związek Piłkarski zadecydował nawet o powrocie do gry amatorów z lig niższych niż szósta (tuż przed startem rozgrywek z pomysłu się jednak wycofał).

Z drugiej strony najważniejsze profesjonalne rozgrywki w Szwecji ciągle tkwią w zawieszeniu, a przed Allsvenskan sezon zaczęli m.in. Niemcy i Czesi. Rozpocząć grę ma też polska Ekstraklasa, a wiele na to wskazuje, że również m.in Duńczycy. Urząd Zdrowia Publicznego w Szwecji ma natomiast wypowiedzieć się o krajowym sporcie w czasie, który pod kilkoma względami jest dla Szwecji trudny, zarówno zdrowotnie, jak i wizerunkowo.

Liderzy rankingu zgonów i "aktywna eutanazja"

Szwedzi, według raportu ourworldindata.org w przedostatnim tygodniu maja, mieli najwyższą śmiertelność per capita w Europie spowodowaną koronawirusem. Oznacza to, że w żadnym innym kraju w przeliczeniu na milion mieszkańców nie umarło więcej osób. Szwedzi w tych smutnych statystykach wyprzedzili zatem m.in. Brytyjczyków i Amerykanów. Jednocześnie liczba zainfekowanych wirusem osób na oddziałach intensywnej terapii od kwietniowego szczytu epidemii spadła w Szwecji o jedną trzecią.

Ze szpitalnymi oddziałami, a także domami opieki społecznej, które mocno odczuły problem COVID-19, łączyła się w mediach jeszcze jedna historia. Nagłośnił ją dziennik "Dagens Nyheter" w rozmowie z profesorem geriatrii Yngve Gustafsonem. Zdaniem tego lekarza w niektórych placówkach starszym pacjentom zarażonym koronawirusem zamiast leczniczych kroplówek i tlenu oraz przeciwzakrzepowych leków, dawano morfinę i mizdolam, zwykle stosowane w opiece paliatywnej. W przypadku walki z koronawirusem - zdaniem Gustafsona - taki zestaw "przyspieszał zgony osób mających problemy oddechowe". Takie praktyki lekarz określił mianem "aktywnej eutanazji".

Podobne informacje gazeta uzyskała anonimowo od jednego z lekarzy pracujących w Szpitalu Uniwersyteckim Karolinska w Sztokholmie. Miksturę, anonimowy doktor nazwał "paliatywnym koktajlem". Ta informacja połączona z kolejną – że według statystyk w Szwecji połowa wszystkich zmarłych na COVID-19 mających więcej niż 70 lat, mieszkała w domach opieki dla osób starszych, wywołała ożywioną dyskusję.

Jedni przypominali, że Gustafson nie ma w środowisku dobrej opinii. Inni dodawali, że niektórzy, ciężko chorzy pacjenci muszą przecież dostawać małe dawki morfiny, bo odczuwają niesamowity ból, kolejni eksperci tłumaczyli, że w niektórych przypadkach podłączanie 90-latków pod respirator może przynieść więcej szkody niż pożytku. Katarzyna Tubylewicz, mieszkająca w Szwecji pisarka, publicystka, tłumaczka w rozmowie z TOK FM artykuł określiła mianem fake newsa. Dziennik "Dagens Nyheter" łącznie opisał trzy przypadki podobnego sposobu działania ze starszymi, a publiczna stacja SVT w piątkowym materiale o kolejnych zmarłych w domach opieki odwoływała się do słów Gustafsona i przypominała jego zarzuty, bynajmniej nie w kontekście fake newsa - jego słowa wywołały burzliwą dyskusję. 

Jedni przypominali, że Gustafson nie ma w środowisku dobrej opinii. Inni dodawali, że niektórzy, ciężko chorzy pacjenci muszą przecież dostawać małe dawki morfiny, bo odczuwają niesamowity ból. kKlejni eksperci tłumaczyli, że w niektórych przypadkach podłączanie 90-latków pod respirator może przynieść więcej szkody niż pożytku. Wszyscy zgadzali się jednak, że liczba respiratorów w placówkach opieki zdrowotnej powinna być większa.

Ich dyskusja zbiegła się też z informacjami szeroko rozpowszechnionymi przez Reutersa. Agencja podała, że badanie przesiewowe ze Sztokholmu, czyli centrum krajowej epidemii, wykazało, że przeciwciała zwalczające koronawirusa rozwinęło w organizmach jedynie 7,3 proc. mieszkańców stolicy i jej najbliższych okolic.

- To nieco niższy procent niż oczekiwaliśmy, ale nie znacznie niższy – próbował tłumaczyć na konferencji prasowej Tegnell. Dodał, że chodzi o kilka procent, niż zakładały przyjęte modele.

Po konferencji Tegnella swoje wystąpienie miała też szwedzka minister finansów. Magdalena Andersson przyznała, że krajowa gospodarka skurczy się w tym roku o 7 procent. Liberalne podejście do lockdownu nie uchroni kraju przed stratami, bo połowa jego PKB pochodzi z eksportu. Takie koncerny jak Volvo czy Electrolux, już zlikwidowały tysiące miejsc pracy, bo ich sprzedaż drastycznie spadła. Biuro krajowego zadłużenia dodało, że Szwecję czeka historycznie wysoki, bo 30-krotny wzrost długu. Teraz wszyscy czekają na to, co rząd zakomunikuje w sprawie sportu.

Powrót piłkarzy? Problemem mogą być bary

Chociaż Szwecja walkę z COVID-em zaczęła w sposób liberalny, odnosząc się do odpowiedzialności społeczeństwa, to ponad dwa miesiące po wybuchu europejskiej epidemii czerwona lampka ostrzegawcza pali się tam chyba nieco mocniej niż w marcu. Zresztą taki rozwój wypadków zakładał w rozmowie ze Sport.pl prof. Włodzimierz Gut, specjalista w dziedzinie mikrobiologii i wirusologii.

- Oni mają tzw. naturalny przebieg choroby, bo nie wprowadzają mocnych ograniczeń, a odwołują się do obywatelskiego rozsądku. Czy to metoda skuteczna? Na razie nie bardzo. Nie mają lepszej sytuacji niż kraje, które przy podobnej liczbie mieszkańców wprowadziły społeczne restrykcje. Myślę, że w najbliższym czasie może być tam dużo gorzej niż np. w Portugalii, która do walki z wirusem też podchodzi w sposób mało restrykcyjny – mówił nam profesor pod koniec kwietnia. W zestawieniu z ostatnimi wydarzeniami w Szwecji wygląda, że się nie pomylił. Szwecja nadal jest jednak dla ekspertów ciekawa.

Podczas gdy inne kraje luzują ograniczenia, Szwedom dalej poleca się pracę zdalną i zapowiada, że w tym roku czekają ich raczej krajowe wakacje, a premier kraju mówi o walce z COVID-19 jako o maratonie. Martwić zaczęli się też szwedzcy sportowcy. Chociaż jeszcze miesiąc temu jako datę wznowienia pierwszych zawodowych rozgrywek wymieniano 14 czerwca, sugerując, że sport uda się przywrócić nawet z kibicami (w ograniczanej liczbie), to teraz o kibicach już nikt nie myśli. Chyba że jako o przeszkodzie w uruchomieniu Allsvenskan. Decyzję o wpuszczeniu graczy na stadiony już w najbliższych dniach ma podjąć Urząd Zdrowia Publicznego, który będzie się posiłkował opinią Andersa Tegnella. Ten ogłosił jednak ostatnio, że obawia się sportowych rozgrywek. Jako jeden z powodów podał ryzyko tłumów w sportowych barach.

- Selekcja i limitowanie klientów barów sportowych nie może być naszym zadaniem – skomentował szwedzki działacz piłkarski i prezes European Leagues, Lars-Christer Olsson.

- To właściciele restauracji muszą wziąć odpowiedzialność za przestrzeganie zasad higieny. Kluby mogą prowadzić z kibicami dialog i jedynie apelować, aby fani nie gromadzili się poza stadionami – powiedział ekspert telewizji SVT Daniel Nannskog. - Uważam, że Urząd Zdrowia Publicznego nadal musi ufać obywatelom – dodał.

Prezes O'Learys, sieci największych sportowych barów w Szwecji przyznała w rozmowie z "Expressen", że na chwilę obecną ich restauracje wypełniają wszelkie zalecenia Urzędu Zdrowia Publicznego. Przedstawiciele O'Learys zwrócili się nawet do krajowej instytucji, z pytaniem jakie dodatkowe zabezpieczenia mogą podjąć? Na razie nie dostali odpowiedzi. Stowarzyszenie kibiców IFK Goeteborg napisało z kolei list do Tegnella, w którym zaznacza, żeby nie traktować fanów jako problemu w powrocie piłkarzy na boiska. Zapewniło, że kibice będą przestrzegać panujących w barach zasad.

- Myślę, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest jednak uruchomienie Allsvenskan 14 czerwca – mówi nam Petter Landen, sportowy reporter "Expressen", który informował o restauracyjnym problemie. - Kluby piłkarskie są w trudnej sytuacji, są zdesperowane. Ligi zaczynają grać w całej Europie. Myślę, że Tegnellowi i urzędowi zdrowia trudno będzie w tej sytuacji powiedzieć "nie" – dodaje dziennikarz. Jego zdaniem to raczej próba zwrócenia uwagi na potencjalny problem i zdyscyplinowania fanów. Być może też pewna chęć przerzucenia odpowiedzialności za to, co dzieje się w gastronomicznych placówkach, chętnie odwiedzanych przez Szwedów.

- Przy tych zakazach zwykle obowiązuje doktryna kija i marchewki. Jeśli czegoś zabraniamy, musimy potem dać coś w zamian. Po pewnym czasie nawet anioł się kiedyś zbuntował - obrazował niedawno w rozmowie ze nami prof. Gut.

- W walce z epidemią są trzy zasady: pierwsza to zasada izolacji, eliminowania skupisk. Druga to zasada wychwytywania wszystkich przypadków choroby. Trzecia to kwarantanna dla tych, którzy mieli z chorymi styczność. Wszystkie pozostałe elementy stanowią bardzo interesującą grę i mają swoje uzasadnienie w psychologii – opisywał.

W szwedzkich barach i restauracjach oprócz zasad higieny obowiązuje też reguła zachowania społecznego dystansu. To przekłada się na utrzymywanie między gośćmi odległości co najmniej jednego metra. Lokale, które nie spełniają wytycznych Instytutu Zdrowia Publicznego, ryzykują zamknięciem. W ostatnim czasie urzędy kontrolne coraz chętniej korzystały z tej najsurowszej sankcji.

Przeczytaj też: