"Zobaczyłem piękną, długonogą blondynkę. Zdębiałem, ale potwierdziłem, że to ja""

Czasem dzwonią do drzwi przez godzinę, a nikt nie otwiera. Czasem muszą być jak Tommy Lee Jones w "Ściganym", bo sportowiec ucieka. Czasem zdarzy się agresja, manipulacja, jad. - Wśród zawodników ze sportowego topu też zdarzają się niekulturalni - mówią kontrolerzy antydopingowi. Ludzie z pierwszej linii walki z oszustami. Walczą za 305 złotych, ale częściej dla idei.

- Najpierw zobaczyłem piękną, długonogą blondynkę. Radosna pani szukała Marka Plawgi. Zdębiałem, ale uśmiechnięty potwierdziłem, że to ja. Wtedy zza drzwi wyskoczył trochę starszy, ale równie uśmiechnięty pan i mówi: "To się dobrze składa. Kontrola antydopingowa!" - wspomina swoją pierwszą niezapowiedzianą kontrolę Plawgo.

Medalista mistrzostw świata i Europy na 400 m i 400 m przez płotki z wesołą parą kontrolerów - która okazała się małżeństwem - w ciągu kolejnych lat zdążył się nawet zakolegować. Jego kontrole antydopingowe przeciągały się zatem w przyjemny sposób. Nie z powodu kłopotów z napełnieniem pojemnika na mocz, ale kolejnych herbat, które były pite już dla przyjemności.

Zobacz wideo Włoszczowska o problemach z igrzyskami. Zwraca uwagę na kontrole antydopingowe

Nie zawsze jest tak miło. Kontrolerzy najczęściej przychodzą do dwóch grup sportowców: do najlepszych lub do podejrzewanych o doping. Najlepsi bywają rozpieszczeni sukcesami i popularnością, a do tego mało profesjonalni w codziennym życiu. Podejrzewani - wiadomo. Wtedy kontroler antydopingowy, przedstawiciel jednej z najmniej licznych profesji w Polsce, poznaje nieciekawą stronę swojego zawodu. Złośliwości, agresja, próby manipulacji. Ucieczki.

Pełnoletność, średnie wykształcenie, brak powiązań

Ukończone 18 lat, wykształcenie średnie, prawo jazdy kat. B, brak wyroków za umyślne przestępstwa. Takie kryteria trzeba spełniać, by zostać kontrolerem. W ostatnim naborze Polska Agencja Antydopingowa (POLADA) szukała kandydatów na kontrolerów w Warszawie, Krakowie, Trójmieście i Poznaniu. Na każde miejsce było po dwóch chętnych. Dla POLADA pracuje 55 kontrolerów. To przeważnie pracownicy akademii wychowania fizycznego. Są też pielęgniarki, nauczyciele WF-u i kilku emerytów.

Większość w ten sposób dorabia. Dla nielicznych to główna praca. Niektórzy w miesiącu jadą na pięć-sześć kontroli, inni nie jadą w ogóle. Wyżyć z tego może być trudno, tym bardziej że trzeba mieć działalność gospodarczą. Dzień pracy kontrolera antydopingowego - chodzi o dzień z pobraniem próbki - wyceniany jest na 375 zł brutto (305 zł netto). A jeśli jest to tzw. dzień dojazdowy, wtedy funkcjonariusz dostanie 275 złotych brutto.

O czym rozmawia się z kandydatem na kontrolera podczas rozmowy kwalifikacyjnej?

- Badamy cechy charakteru i kwestie związane z potencjalnym konfliktem interesów. Czy kandydat na kontrolera nie jest powiązany ze środowiskiem sportowców? Czy ktoś z jego rodziny nie jest sportowcem? Czy nie jest sędzią, czy nie pracuje dla jakiegoś związku? - mówi Sport.pl dyrektor POLADA Michał Rynkowski. - Z założenia nie przyjmujemy osób związanych ze środowiskiem kulturystyki i fitnessu - dodaje. A chętni z tego środowiska się zdarzali.

Pechowa Radwańska

Szkolenie kontrolera przeważnie trwa trzy dni. Ma część teoretyczną i praktyczną. Po nim są dwa egzaminy. Pierwszy to test, 40 pytań. Trzeba wiedzieć m.in., kiedy kontroler musi zakładać służbowy identyfikator. Ale są i trudniejsze zadania: "Co zrobić, kiedy zamiast wymaganych 90 ml moczu udało się pobrać od zawodnika 30 ml?". Poczekać, aż jednak uzbiera się 90 ml na raz? Czy przywieźć do laboratorium kilka próbówek z mniejszą porcją? A może je zlać do jednej? W tej branży to są kluczowe pytania i odpowiedzi.

"Kiedyś kontrolerzy przyjechali w idealnym momencie. Wpuściłam komisję do mieszkania i od razu poprosiłam o kubek, bo pęcherz był pod ciśnieniem" - wspominała w książce "Jestem Isia" Agnieszka Radwańska.

"Wychodzę z łazienki i nagle widzę, że z kubka cieknie. Zanim rozpakowali kolejny kubek, w pękniętym zostało ze 20 ml moczu, czyli o wiele za mało. Nie dość, że musiałam posprzątać łazienkę, to jeszcze czekać dwie godziny. Od tamtej pory zawsze sprawdzam kubek pod światło".

- Na około cztery tys. pojemników na mocz średnio 20 ma jakiś defekt. Jakieś pół procenta. Uczulamy kontrolerów, by starać się je sprawdzać, a w przypadku wątpliwości sugerować wybór innego pojemnika - wyjaśnia Rynkowski.

"Nie działał dzwonek"

Trudno ustalić z wyprzedzeniem, kiedy i gdzie kontroler będzie pracować oraz ile to zajmie.

Kontrole antydopingowe odbywają się zazwyczaj podczas zawodów. Są też niezapowiedziane - w dni powszednie. Od poniedziałku do piątku jest mniej komplikacji niż weekend.

- Jeden zawodnik ze zgrupowania wyjechał na wesele, inny do rodziny, trzeci na zjazd na studia. Dlatego lepiej kontrolować w tygodniu - zauważa Rynkowski. W teorii kontrolerzy mogą zapukać do drzwi zawodnika zawsze. Przepisy dają im formalną możliwość testu nawet o 1 w nocy. Można posłać kontrolera na taką nocą misję, gdy np. są podejrzenia, że zawodnik stosuje mikrodawkowanie dopingu. Przyjmuje substancje, które szybko uwalniają się z organizmu i poranne badanie ich nie wykryje. Ale zwyczajowo kontrolerzy pukają do drzwi sportowców między 6 a 22. Zwykle o świcie. Istnieje w systemie antydopingowym tzw. okienko dyspozycyjności: zawodnik wybiera z doby jedną godzinę i przez te 60 minut musi być pod adresem, który zadeklarował (zaznacza to w formularzach ADAMS, czyli antydopingowego systemu online). Jeśli kontroler go pod tym adresem nie zastanie, i jeśli próby wezwania sportowca na to miejsce też nie dadzą efektu, to sportowiec dostaje ostrzeżenie. Trzy takie ostrzeżenia to już dyskwalifikacja jak za dopingową wpadkę, nawet na dwa lata. Sportowcy najczęściej okienko dyspozycyjności umieszczają właśnie o 6. Nie wyklucza to oczywiście wspomnianej wyżej niezapowiedzianej kontroli o każdej porze dnia i nocy. Tyle że jeśli podczas takiej kontroli poza oknem dyspozycyjności kontrolerzy nie zastaną sportowca, nie można mu wpisać ostrzeżenia.

- Czasem współczuję kontrolerom tej roboty - mówi Sport.pl Maja Włoszczowska, dwukrotna medalistka olimpijska w kolarstwie górskim. - Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze mają w pracy miło, a na nogach są od świtu. Większość sportowców podaje te okienka od 6, więc oni zaczynają swój dzień w nocy. Czasem muszą na kogoś czekać po kilka godzin, potem spieszą się do laboratorium, wydaje mi się, że to ciężka praca - komentuje.

"Nie działał dzwonek do drzwi". "Byłem pod prysznicem". "Mocno spałem". "Nie działał system ADAMS, nie mogłem dzień wcześniej nanieść poprawek dotyczących zmiany lokalizacji" - to tylko kilka z długiej listy tłumaczeń, dlaczego sportowiec nie wyszedł do kontrolerów dzwoniących do jego drzwi.

- Zawodnik musi przedstawić wystarczające argumenty, że nie chciał wprowadzić POLADA w błąd. Lub udowodnić, że był tam, gdzie podał, tylko nie słyszał dzwonka - tłumaczy Rynkowski. Kontroler podczas godzinnego okienka dyspozycyjności puka i dzwoni do skutku, przez 60 minut.

- Ma obowiązek przez godzinę podejmować wszelkie czynności celem lokalizacji zawodnika. Potem spisuje z tego raport: kogo zastał, jakie informacje uzyskał. Jeśli ma udostępniony numer telefonu zawodnika, to przed końcem tej godziny, za zgodą POLADA, może do sportowca zadzwonić. Jeśli zawodnik zdąży w tej godzinie pojawić się na miejscu, to kontrola jest przeprowadzana. Jeśli się spóźni, to kontroler bierze pod uwagę wszelkie okoliczności i wiarygodność problemów i sam decyduje, czy kontrola jest finalizowana, czy nie - tłumaczy nam anonimowo jeden z funkcjonariuszy antydopingowej agencji. Przypomnijmy: trzy nieusprawiedliwione nieobecności we wskazanym przez sportowca godzinnym oknie i zaczyna się postępowanie dyscyplinarne.

Ucieczka w egzotykę

Te lokalizacyjne formularze to dla zawodników szkoła odpowiedzialności. Muszą tego pilnować sami, a kara za roztargnienie może być bardzo surowa. Justyna Kowalczyk oznajmiła kiedyś, że chętnie da sobie wszczepić chip, byle tylko nie prowadzić całej tej biurokracji. Ale Marek Plawgo i tak zazdrości dzisiejszym sportowcom, że startują w takich czasach.

- Ja musiałem wypełniać dokumenty w formie papierowej, a potem je skanować i mailować lub faksować. Nie było żadnej możliwości, by się gdzieś logować i zmieniać dane online - przypomina tym, którzy teraz narzekają.

Zdarzają się oczywiście również sportowcy, którzy z premedytacją podają błędny adres. Był taki polski zawodnik, który na dłuższy czas wybrał miejsce egzotyczne i trudno dostępne. Tak trudno dostępne, że od razu wzbudziło to podejrzenia POLADA. Polska agencja skorzystała z pomocy kontrolerów zza granicy, którym udało się dotrzeć pod wskazany adres. Na miejscu nie było nikogo. Co więcej, czynności operacyjne wykazały, że sportowiec nigdy tam nie dotarł.

- Jeżeli jesteśmy w stanie stwierdzić, że zawodnik celowo wprowadza nas w błąd, możemy uznać, że złamano przepisy antydopingowe i dopuszczono się manipulacji, co jest zagrożone karą już nie do dwóch, a do czterech lat dyskwalifikacji - słyszymy.

W tym akurat przypadku chodziło o sportowca, któremu już od dawna ma z polskim systemem antydopingowym nie po drodze. Innego podejrzanego zawodnika udało się kiedyś zlokalizować nie przez ADAMS-a, a informacje z portali społecznościowych. Jego zdziwienie na widok kontrolerów antydopingowych było spore, ale poddał się testom. A w pobranej od niego próbce był doping.

"Byli bardzo agresywni. Krzyczeli, rzucali wyzwiskami"

- Nie mam na widok kontrolerów skwaszonej miny, choć jak każdy nie jestem szczęśliwa, że ktoś mnie obudził o szóstej. Gdy mnie odwiedzają, staram się wprowadzać dobrą atmosferę. To są super ludzie. Często sobie pogaworzymy na neutralne tematy - opisuje nam Włoszczowska.

- Ja z tych kontroli się nawet cieszyłem. Poczułem się częścią wielkiego sportowego świata, a jak sam miałem sześć kontroli w roku, to wydawało mi się, że ten świat jest dobrze pilnowany. Potem okazało się to mrzonką. Afer było sporo, a gdy w swojej książce Dwain Chambers dokładnie opisał, jak oszukiwał testy, to spokój mi minął - komentuje Plawgo.

Antydopingowi funkcjonariusze na miłość sportowców nie liczą. Wystarczy normalność

- Prawdziwego sportowca poznajemy nie tylko po znakomitych wynikach. Dla mnie jego stopień profesjonalizmu objawia się też podejściem do kontroli antydopingowej. On musi rozumieć, że to część jego pracy - mówi nam kontroler z siedmioletnim stażem.

- W znakomitej większości przypadków sportowcy, którzy nas widzą, reagują normalnie. Niestety nawet wśród zawodników ze sportowego topu zdarzają się tacy, których reakcje są mało profesjonalne i bardzo niekulturalne. A niektórzy reagują agresywnie. Tu mówię głównie o sportach, które na doping są narażone szczególnie - dodaje.

Te newralgiczne sporty to m.in. ciężary, kulturystyka, trójbój siłowy. Jedną z nieprzyjemnych sytuacji nasz rozmówca miał podczas mistrzostw Europy juniorów w zapasach z 2014 roku. Sporo było tam młodzieży ze wschodu i Kaukazu.

- Gdy informowałem wybranych zawodników, że zostali wytypowani na kontrolę, byli bardzo agresywni. Krzyczeli, rzucali wyzwiskami. Tak samo ich trenerzy. Dobrze, że nie doszło do rękoczynów. Prawdopodobnie wynikało to z braku znajomości zasad, być może niechęci wobec czegoś nowego. Po kilku dniach trenerzy, którzy mieszkali wtedy z nami w jednym hotelu, już się z tym wszystkim oswoili. Skończyło się tak, że pod koniec mistrzostw przy śniadaniach trenerzy i zawodnicy machali nam na powitanie i przychodzili podać rękę - opisuje. Oszust, do tego agresywny, trafił mu się raz. Sytuacja była tym trudniejsza, że było to na początku jego pracy. Chodziło o sztangistę.

"Insynuował, że chcę go zobaczyć nago"

- Zawodnik bardzo nie chciał oddać moczu w mojej obecności. Mimo że sportowcy są do tego zobowiązani. Insynuował, że to moje wymysły. Że ja wymyślam, bo chcę go zobaczyć nago. Był uparty. To było bardzo podejrzane. Nagle zaczął oddawać mocz, stojąc tyłem do mnie. Toaleta była na tyle duża, że mogłem go obejść. Zobaczyłem, że między nogami miał przyklejoną gruszkę napełnioną płynem. To była próba oszustwa. Na tym kontrola się skończyła. Zabezpieczyłem gruszkę, napisałem raport. Sportowiec dostał potem karę dyskwalifikacji - wspomina nasz rozmówca. Z perspektywy czasu tym bardziej cieszy się, że nie dał się wtedy stłamsić. Docinki puścił koło uszu. W konfrontacji z umięśnionym krętaczem nie odstąpił od procedur.

Sytuacja pobierania próbki jest najtrudniejsza i kluczowa w procesie kontroli. Jeśli tu sportowiec zdoła oszukać system, to praca laboratorium i agencji idzie na marne. Kontroler musi obserwować drogę oddawania moczu zawodnika, czyli, mówiąc wprost, musi dokładnie widzieć, jak sportowiec siusia do kubeczka. Bluzka zawodnika musi być podciągnięta, bielizna opuszczona, tak by cała strefa intymna była odkryta.

Jest to opisane w procedurach. Kontroler w miarę możliwości powinien stać przodem lub bokiem do sportowca. Żadne zasłanianie nie wchodzi w grę. Wyobraźnia oszustów jest bardzo bogata. Wspomniana gruszka u sztangisty, napełnione moczem sztuczne penisy, a nawet specjalne urządzenia pompujące mocz - to wszystko już było w dopingowym archiwum X. Tak jak i próby dosypywania czynnych substancji do próbki podczas oddawania moczu. A nawet wkładanie do prącia ziarenek proszku do prania, by czynne enzymy rozłożyły w pobranej próbce hormony peptydowe albo przynajmniej je uszkodziły tak, by nie dało się ich w próbce oznaczyć.

"To nie jest proste: oddać mocz w towarzystwie obcego"

- Moje pierwsze kontrole były traumatyczne. Dla młodego sportowca nie jest proste, by oddać mocz w towarzystwie obcej osoby - mówi nam Włoszczowska. - Wydawało mi się, że pęcherz mi pęka, a nie byłam w stanie napełnić próbki. Kontrole trwały wtedy po trzy godziny, bolał mnie brzuch, a potem głowa. Poza tym organizm często był po maksymalnym wysiłku, a wtedy oddanie moczu jest już i tak wystarczająco trudne - dodaje kolarka górska.

- Zdarzały się nieprzyjemne sytuacje. Dwa razy miałem taką w Japonii - przyznaje Marek Plawgo. - W Osace po pobiciu rekordu kraju byłem tak zmęczony, że przez półtorej godziny tylko wymiotowałem. Kontrolerzy nie bardzo wiedzieli, czy wchodzić ze mną do tej łazienki, czy nieco się odsunąć. W tym samym mieście po mistrzostwach świata i dwóch brązowych medalach w 2007 roku z powodu kontroli antydopingowej ominął mnie bankiet. Sportowcy na niego czekają, to fajny moment, żeby się wyluzować. Ja skończyłem oddawać próbkę moczu o 2 w nocy. Po bankiecie - wspomina lekkoatleta.

Czekanie to stały element pracy kontrolerów. Bywa, że bardzo nużący. Zwykle cała procedura kontroli wraz z wypełnieniem dokumentów trwa 40 minut. Ale wyjątek potrafi wywrócić do góry nogami cały plan dnia. Tak jak jednemu z kontrolerów w wiosce olimpijskiej igrzysk europejskich w Mińsku.

Osiem godzin oczekiwania

- Mój dyżur zaczynał się o 15, a miał skończyć w okolicach północy. Po zakończeniu rywalizacji przywieziono nam jeszcze sportowców, którzy nie zdążyli przejść kontroli antydopingowej po zawodach. Wśród nich były gimnastyczka i pięściarka. Zostałem ja i kontrolerka z Litwy (kontrolerów zawsze musi być dwóch, co ma przeciwdziałać propozycjom korupcyjnym, jeden kontroler musi być tej samej płci, co badany zawodnik - przyp. red). Około 3 byłem bliski zaśnięcia na stojąco. Musiałem cały czas chodzić po pokoju, żeby jakoś wytrwać. Jedna z pań oddała mocz o wpół do 4. Drugiej udało się to dopiero o 8, po tym jak o 6 zastąpiła nas poranna zmiana. - wspomina nasz rozmówca. Procedura trwała zatem osiem godzin, a mogła dłużej. Generalna zasada: kontrola trwa do skutku.

- Przepisy mówią co prawda, że w przypadku szczególnych okoliczności, mimo niepobrania próbki, można pracę zakończyć, ale nie spotkałem się takim rozstrzygnięciem. Muszą być to naprawdę wyjątkowe okoliczności. Proszę pamiętać, że zawodnikom czasem może zależeć na przetrzymaniu kontrolerów i złudnej nadziei, że kontrola ich ominie - dodaje.

Sportowe życie zna też jednak inne skrajne sytuacje: gdy sportowiec bardzo chce, ale jeszcze nie wolno mu napełniać próbki.

- To było po jednych mistrzostwach świata w maratonie, gdzie wysiłek jest dłuższy, a sportowcy muszą mocno się nawadniać i przez sześć godzin nie są w toalecie. Wpadają więc na metę z jedną potrzebą. Ale było tam za mało stanowisk kontroli antydopingowej, zrobiła się spora kolejka. Nam pękały pęcherze. Nie było to przyjemne, wszyscy zawodnicy byli podenerwowani. Ale nic nie wskórali: trzeba najpierw wypełnić dokumenty kontroli, a dopiero potem napełniać próbkę - przypomina sobie Włoszczowska, która sama prosiła wtedy o bardziej życiowe podejście do antydopingowej biurokracji.

Jak Tommy Lee Jones w "Ściganym"

Każdy kontroler dopingowy prędzej czy później może poczuć się jak Tommy Lee Jones w "Ściganym”. Lance'owi Armstrongowi zdarzyło się uciekać w przebraniu, gdy dostał sygnał, że do jego mieszkania zbliżają się kontrolerzy. Jeden z czołowych lekkoatletów Kenii uciekł przez okno, gdy inspektorzy Światowej Agencji Antydopingowej zjawili się na obozie treningowym. W Polsce scenariusze bywają podobne. Na przykład u kulturystów.

- Ci zawodnicy mniej więcej nas znają, zresztą na zawodach musimy chodzić z wyjętymi legitymacjami służbowymi. Nieraz zdarzyło się tak, że nim my podeszliśmy do kulturysty, to on już zaczynał brać nogi za pas - przyznaje nam jeden z funkcjonariuszy. Wśród tych kulturystów bywali i tacy, którzy nagle stracili zainteresowanie odebraniem nagrody. Na widok kontrolera zaczynali zwiewać, jak stali, a ubrani są raczej skąpo. Dlatego raporty kontrolerów bywają czasami scenariuszami filmów z pogranicza sensacji i komedii.

- My musimy podjąć wszelkie możliwe kroki, by takiego zawodnika o kontroli zawiadomić - mówi ogólnie nasz rozmówca. W kulturystyce kontrolerzy są szczególnie nielubiani. W organizmie jednego z przebadanych kilka lat temu kulturystów wykryto za jednym razem aż 13 zabronionych substancji. Były wśród nich środki dla bydła hodowlanego, lek na raka piersi czy specyfik na bezpłodność.

Kontrolerzy POLADA obstawiają wszystkie międzynarodowe zawody w Polsce oprócz meczów UEFA i wyścigu Tour de Pologne. UEFA i organizatorzy Touru korzystają ze swoich kontrolerów lub firm, z którymi mają podpisaną umowę. Kontrolę Polakom mogą robić też agencje zagraniczne, swoje badania zleca MKOl. Czasem dochodzi przez to do sytuacji dla sportowców niezrozumiałych.

- Kolega ze Szwajcarii opowiadał, że raz w ciągu 24 godzin był kontrolowany cztery razy. Rano przed wyścigiem, po wyścigu. Potem kontrolerzy odwiedzili go w domu, a kolejna grupa następnego dnia rano - uśmiecha się Włoszczowska, ale przyznaje, że woli tak, niż gdyby kontroli było za mało. To dzięki kontrolerom ma większe szanse rywalizować w czystym wyścigu. Wielu kontrolerów wybrało tę pracę nie dla 305 złotych netto, ale z przekonania, że biorą udział w czymś ważnym, z fascynacji kulisami sportu, dla patrzenia z bliska na emocje zwycięzców i pokonanych. Dla poczucia, że grają do jednej bramki z czystymi sportowcami.

Nawet wtedy, gdy ich o świcie wyciągają z łóżek, pilnują, czy bluzka jest prawidłowo zadarta do góry i marudzą, że próbki w kubeczku ciągle jest za mało.

Przeczytaj także: