Jan Kowalczyk miał w zasięgu trzy złota igrzysk. "Do dziś znajomi śmieją się z czerwonego fraku"

Na igrzyskach w 1980 roku szło nam słabo. Polacy emocjonowali się tylko dwoma złotymi medalami i gestem Kozakiewicza. Potem jednak na Artemora wsiadł Jan Kowalczyk. Olbrzymi pechowiec poprzednich igrzysk przed rywalizacją w Moskwie złamał obojczyk. Na Łużnikach pokonał jednak zawodnika gospodarzy i zdobył złoto. Kowalczyk nie doczekał się następcy, który powtórzyłby taki sukces. Zmarł 24 lutego 2020 roku.
Zobacz wideo

Igrzyska w 1980 roku w Moskwie polskich kibiców nieco rozczarowywały. Przecież do Związku Radzieckiego nie pojechało wiele reprezentacji i groźnych rywali. Bojkot imprezy miał sprawić, że biało-czerwonym o medale będzie łatwiej. Sportowa rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Ostatniego dnia rywalizacji na naszym koncie były tylko dwa złota. Pierwsze Bronisława Malinowskiego za bieg na 3000 m z przeszkodami, drugie Władysława Kozakiewicza za jego fenomenalny skok o tyczce. Skok, którym nasz lekkoatleta pokonał zawodnika gospodarzy i po którym pokazał publiczności na Łużnikach pamiętny gest.

Olimpijskie problemy koni

W takich okolicznościach do rywalizacji włączał się Jan Kowalczyk. Jeden z większych talentów w skokach przez przeszkody, jedna z największych polskich postaci tego sportu, ale też jeden z większych olimpijskich pechowców. Przynajmniej do sierpnia 1980 roku.

W latach 60. Kowalczyk wygrywał dużo międzynarodowych konkursów, ale mógł czuć też pewnien niedosyt. Na mistrzostwach Europy w 1967 roku był blisko podium. Rywalizację zakończył na czwartym miejscu, natomiast najważniejsze imprezy zawsze kończył ze smutną miną lub w ogóle ich nie zaczynał. Na igrzyskach w 1968 roku w Meksyku jego koń nie chciał skakać. Drobnica była przemęczona, trzeba było odpuścić. Zawodnik nie pojechał w konkursie indywidualnym, w którym po znakomitych startach w Akwizgranie, Londynie czy Rotterdamie wróżono mu medal. Jeszcze większy pech i przykrość spotkała go 4 lata później w Monachium. Na 3 godziny przed startem padł mu koń. Handżar prawdopodobnie tak zestresował się zastrzykiem z witaminy C i glukozy, że miał zawał serca. Kowalczyk musiał rywalizować na rezerwowym koniu, co nie wyszło najlepiej. Na igrzyska w 1976 w Montrealu nie pojechał. Problemem były tam zbyt wysokie koszty. Przed zawodami w Moskwie wciąż był jednak w dobrej formie. Tyle że i tym razem miał niefart. Jeszcze podczas rywalizacji w Szczecinie spadł z konia. Diagnoza? Złamany obojczyk. To było miesiąc przed Moskwą, więc jego ostatnie porządne przygotowania do imprezy czterolecia można było pozostawić w sferze marzeń. Jego koń, Artemor trenował jednak wytrwale. Zadbał o to Krzysztof Koziarowski, drugi trener kadry. Kowalczyk treningi obserwował z boku. Tym razem to on doradzał swojemu szkoleniowcowi i przekazywał uwagi. Kowalczyk na konia wsiadł kilka dni przed igrzyskami. Musiał szybko nadrobić stracony czas, a koń, na którym skakał, był specyficzny.

"Chciał wyjść i skoczyć wszystko za jednym razem"

- Znałem Artemorka już jakiś czas. Razem wygrywaliśmy duże konkursy na zachodzie. Był to bardzo nerwowy i wybuchowy koń. Od razu chciał wyjść na parkur i skoczyć wszystkie przeszkody za jednym razem. Miał w sobie dużo energii - wspominał Kowalczyk w wywiadzie udzielonym w 2018 roku portalowi TylkoSkoki.pl.

W konkursie drużynowym Polska z Kowalczykiem w składzie zdobyła w Moskwie srebro. Rzeczywiście pomógł przy tym brak rywali z Zachodu. W innym razie przy naszym wyniku mógł być kłopot, by rywalizację zakończyć w pierwszej piątce. Przed konkursem w Moskwie Kowalczyk natknął się na kolejny problem. Do dziś znajomi śmieją się, że nie wiadomo, komu bardziej przeszkadzał czerwony frak, który miał na siebie założyć podczas rywalizacji – jemu czy koniowi?

- Janek powiedział, że chrzani ten czerwony frak i białe bryczesy i chce swój mundur. Zachowanie i nastrój jeźdźca często jest przez konia odczuwane. Mogło być też tak, że i Artemorowi ten frak nie pasował. Janek z końmi miał fantastyczne porozumienie. One go lubiły. Te zwierzęta psychicznie wiążą się z człowiekiem, jeśli oczywiście się je dobrze traktuje - mówi Sport.pl Marcin Szczypiorski, długoletni sekretarz generalny, a potem prezes Polskiego Związku Jeździeckiego, dobry znajomy Kowalczyka. - Janek traktował konie z sercem, starał się nimi cały czas zajmować. Miał z nimi swój własny system komunikacji podczas zawodów. Jego konie reagowały na inne komunikaty, niż jest to zwyczajowo przyjęte - dodaje Szczypiorski.

Tak czy inaczej, wobec sprzeciwu naszego olimpijczyka dotyczącego standardowego czerwonego stroju przysłano mu z Warszawy mundur, który miał dla niego duże znaczenie. Był on przecież żołnierzem trenującym w Legii Warszawa. Kowalczyk postawił na swoim i stanął do rywalizacji o podium jak żołnierz. Miał silną psychikę, ogromną wolę walki i pewność zwycięstwa. Nawet w najtrudniejszych chwilach.

- Janek zawsze był pełen optymizmu. Wierzył, że zwycięstwo przypadnie właśnie jemu. Tym często zresztą niszczył psychicznie konkurentów - mówił w reportażu zrealizowanym przez TylkoSkoki.pl Koziarowski.

- Siedzieliśmy sporą grupą przejęci na trybunach. Trzymaliśmy kciuki, aby mu się powiodło. Tak długo polski świat jeździecki czekał na ten upragniony złoty medal. Kiedy już było wiadomo, że go zdobył, zdjęliśmy część garderoby i podrzucaliśmy ubraniami w górę - wspominała Polskiej Agencji Prasowej Wanda Wąsowska, specjalistka ujeżdżenia, która sama na igrzyskach w Moskwie wystartowała.

Radość z historycznego polskiego złota w skokach przez przeszkody była tym większa, że Kowalczyk w tej rywalizacji pokonał Nikołaja Korolkowa z ZSRR, a konne konkurencje w Moskwie były przez gospodarzy zdominowane. Dla Polski nie były to wymarzone igrzyska, ale przynajmniej igrzyska zakończone kilkoma sukcesami - trzema złotymi medalami i trumfami nad sportowcami z ZSRR.

"W jego zasięgu były trzy olimpijskie złota"

Jak się okazało, dla Kowalczyka były to ostatnie tak ważne krążki. W igrzyskach w Los Angeles w 1984 nasz kraj nie brał udziału. Podobnie jak większość państw bloku wschodniego zbojkotował imprezę ze względów ideologicznych. 1988 rok i Seul to był już schyłek kariery 47-letniego wówczas zawodnika. Rywalizację zakończył on ostatecznie w 1991 roku pięknym benefisem podczas mistrzostw Polski. Na koncie miał wtedy około 600 wygranych konkursów w skokach przez przeszkody i WKKW oraz 17 tytułów mistrza Polski. Podczas życia został odznaczony także Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Krzyżem Zasługi. Złoty medal z igrzysk wisiał na jego ścianie tylko jeden, ale do tej pory to i tak jest jedyny taki medal w historii polskiego jeździectwa.

- Czy Janek był spełniony? Myślę, że tak. Nigdy nie żałował, nie mówił, że mógł mieć trzy olimpijskie medale. Prawda jest taka, że one były w jego zasięgu. Ważne było jednak to, jakimi końmi dysponował on i jego konkurenci. Wtedy u nas kraju konie były tylko państwowe. Legia robiła dużo zabiegów, by Janek miał w stajni najlepsze zwierzęta, jakie były dostępne w Polsce. Był z tym spory problem. Legia była tak silnym klubem, że inni jej zazdrościli, często pokazywali gest Kozakiewicza i tych najsilniejszych koni do Warszawy po prostu nie dawali - mówi Sport.pl przyjaciel zawodnika Marcin Szczypiorski. - Gdyby Janek urodził się w późniejszych czasach już, kiedy hodowle były prywatne, myślę, że tych sukcesów z pewnością miałby więcej - dodaje.

Kowalczyk zmarł w jednym z warszawskich szpitali w wieku 78 lat. Ciężko chorował. Jak dowiedział się Sport.pl, pogrzeb sportowca odbędzie się w pierwszym tygodniu marca na cmentarzu na Wólce Węglowej w Warszawie. Kowalczyk spocznie w grobie rodzinnym. Uroczystość będzie przebiegać według reguł ceremoniału wojskowego. Nie powinno zabraknąć na niej też kilku czworonożnych przyjaciół Kowalczyka.