Denis Urubko: ja i kolejna polska wyprawa na K2? Jeśli zaproszą, to widzę się tam. Mogliśmy się pokłócić o sport, ale w życiu jestem raczej kompromisowy

- Tutaj na mój widok taksówkarze się odwracają, pasażerowie zaczepiają w samolotach. W Rosji nie jestem rozpoznawany. W Polsce aż się boję popełnić jakiś błąd, bo jestem cały czas w centrum uwagi - mówi Sport.pl Denis Urubko, który razem z himalaistami z polskiej zimowej wyprawy na K2 odebrał nagrodę w 52. konkursie Fair Play PKOl.

Nagrodę za akcję ratowania Elisabeth Revol i Tomasza Mackiewicza na Nanga Parbat i sprowadzenie Francuzki do bazy dostał cały zespół Narodowej Zimowej Wyprawy na K2: Urubko, Adam Bielecki, Krzysztof Wielicki, Janusz Gołąb, Maciej Bedrejczuk, Jarosław Botor, Marek Chmielarski, Rafał Fronia, Marcin Kaczkan, Artur Małek, Piotr Snopczyński, Piotr Tomala, Dariusz Załuski. W 52. konkursie PKOl uhonorowani też zostali m.in. żeglarz Marcin Kamiński za pomoc rywalowi, który wypadł ze swojego katamaranu, Jakub Błaszczykowski, Tomasz Gollob (wyróżnienia), Włodzimierz Szaranowicz (nagroda honorowa).

Zobacz wideo

Paweł Wilkowicz: Nie czuje się pan już czasem przytłoczony przez ten cień Nanga Parbat 2018 i wspominanie tamtej akcji, na którą poszliście razem z Adamem Bieleckim?

Denis Urubko: Nawet się zastanawiałem, czy my rzeczywiście powinniśmy dostać nagrodę za sportowe fair play. My byliśmy przecież na tej górze jako ratownicy. To była taka akcja, jakich pełno tutaj na nizinach, w mieście. Dzwonisz na numer alarmowy, prosisz o pomoc, ruszają ratownicy, karetka, straż. Tak się akurat złożyło, że tam najbliżej byliśmy my, sportowcy. Ale tu nie o sport chodziło przecież, tylko o humanizm. Sport odegrał rolę o tyle, że byliśmy przygotowani dobrze do naszej wyprawy na K2, byliśmy w formie i mogliśmy na Nanga Parbat zrobić wszystko szybko i poprawnie. Gdybyśmy nie byli mocnymi sportowcami, to Elizabeth by tam zginęła.

Tu akurat chodzi właśnie o istotę sportowego fair play: że ruszyliście komuś na pomoc, choć wiedzieliście, że w ten sposób bardzo zmniejszacie szanse na sukces swojej wyprawy na K2.

Niech będzie. Tak, ratownictwo w Himalajach nie jest normą, wielu osobom szkoda porzucić wyprawę, której poświęcili czas i pieniądze. Stracić coś swojego, żeby ratować innych. Wiele osób zginęło w Himalajach bez ratunku. Ale w polskiej szkole wspinania, i w rosyjskiej też, człowiek w potrzebie jest bardzo ważny. Więc wiedziałem, że jeśli tylko mi zaproponują udział, pójdę. Cieszy mnie bardzo ta nagroda, bo ma duży oddźwięk. Czuję się uhonorowany. W Polsce jest tak, że wsiadam do taksówki i kierowca się odwraca: Denis Urubko? W samolotach zaczepiają mnie polscy pasażerowie, stewardesy. Polska ma wyjątkową kulturę górską. Cieszę się, że to w jakiejś części mój dom. A jednocześnie czuję ogromną odpowiedzialność. Boję się popełnić jakiś błąd, bo wszyscy patrzą. W Rosji nie jestem rozpoznawany, w Kazachstanie też nie. Zdobyłem cztery Złote Czekany, ale tam to nikogo nie interesuje. Taka kultura.

Następna polska zimowa wyprawa na K2 została przełożona na 2020 rok. Widzi pan siebie w tej ekipie?

To jest temat do rozmowy z kierownikiem programu Polski Himalaizm Zimowy, Piotrem Tomalą. Najbliższej zimy idę na Broad Peak i już będę miał w głowie K2. To nie jest teraz kwestia pieniędzy ani organizacji. Najważniejsze będzie, kto będzie w zespole, jaki trening zrobi, jak się odnajdzie w grupie ludzi.

Pan ma po ostatniej wyprawie opinię bardzo bezkompromisowego. Trudnego.

Dlaczego? Ja jestem raczej kompromisowy z natury. To w sprawach sportowych bywam pryncypialny. Na K2 akurat pojawiły się nieporozumienia z Krzysztofem Wielickim i innymi chłopakami i uznałem, że szkoda tracić czas w obozie, bo i tak nic w ten sposób nie zdziałamy, jeśli chodzi o cel sportowy. Ale w relacjach z ludźmi potrafię być koleżeński i kompromisowy. Mogliśmy się pokłócić o sport tam wysoko, ale tu nisko się dogadujemy. Z Krzysztofem Wielickim porozmawialiśmy i tu w Warszawie, i niedawno w Ostrowie Wielkopolskim. Nie chowamy do siebie żalu. On przecież napisał recenzję mojej najnowszej książki „Absurd Everestu”. Co wcale nie oznacza, że się znów nie pokłócimy przy jakiejś okazji o sport.

Czyli widzi się pan w tej grupie?

Jeśli będzie zaproszenie, to pewnie że tak. Poczekajmy, mamy czas. We mnie cały czas jeszcze jest ogień. Z wypraw wracam zmęczony, nie spieszy mi się do następnych, ale gdy odpocznę, potrenuję, to znów napędza mnie pasja. Choć myślę, że ten ogień jest tak jeszcze na dwa, trzy lata. W lecie pójdę na Gasherbrum II z moją żoną, potem Broad Peak zimą, potem może K2. Mam już 45 lat. Dziesięć lat temu byłem najmocniejszy, teraz już słabnę. Robię dużo mocnego treningu, mam wiele dodatkowych obowiązków. Dziecko, studenci, spotkania, książki, wystąpienia. Wiele rzeczy muszę godzić z himalaizmem. I pewnie gdzieś już trzeba sobie wyznaczyć linię.

Więcej o: