Dorota Banaszczyk: Zdobyłam historyczne złoto dla Polski w prawdziwym karate. I co? Dostałam okrągłe 0 złotych

- Czasami czuję się jak idiotka. W Paryżu po finałowym pojedynku moja rywalka zapytała, co dostałam w Polsce za zdobycie mistrzostwa świata. Była ciekawa, czy mam nowe mieszkanie, samochód, czy zostałam wyróżniona jakąś wysoką nagrodą pieniężną? Powiedziałam prawdę, czyli że dostałam okrągłe 0 złotych, że mam długi u swojego taty i trenera, a do Paryża przyjechałam za pożyczone pieniądze - mówi Dorota Banaszczyk, 22-letnia mistrzyni świata w karate, zawodniczka Olimpu Łódź.
Zobacz wideo

Dorota Banaszczyk, która wywalczyła tytuł mistrzyni świata w karate olimpijskim, za swój triumf nie otrzymała żadnych pieniędzy. - Jak do tej pory nie otrzymałam żadnej nagrody za pierwszy złoty medal Mistrzostw Świata... za ten „historyczny” wynik nie dostałam nawet grosza, kwalifikacje olimpijskie jak na razie opłacam sama, bilety do Paryża, gdzie osiągnęłam kolejny sukces, były zakupione tydzień przed wyjazdem z powodu braku środków na koncie... Przykro mi, że tak właśnie wygląda moja walka o igrzyska olimpijskie - napisała Polka na swoim koncie na Facebooku. 

Sport.pl rozmawiał z mistrzynią, która bez ogródek mówi o absurdach, z jakimi muszą stykać się polscy sportowcy.

Damian Bąbol: Dawno w Polsce nie było tak głośno o karate. Wystarczył twój jeden wpis na Facebooku. 

Dorota Banaszczyk: Udostępniając tego posta nie sądziłam, że wywoła aż tak wielki rozgłos. Gdyby mi na tym zależało, to opublikowałabym go na moim fan page’u, gdzie teoretycznie miałby szansę na jeszcze większy zasięg. Ale w sumie dobrze, że media zainteresowały się moją sytuacją. Dostaję dużo wiadomości ze słowami wsparcia. Wiem, że przyspieszyło to też pewne procesy, które trwały już tak długo, że powoli mnie już dobijały.

Dlaczego jako mistrzyni świata w karate, z własnej kieszeni musisz opłacać wyjazdy na zawody, które są dla ciebie przepustką do startu na przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Tokio?

- Trwa konflikt na linii Polski Związek Karate - Polska Unia Karate, do której należę. W 2017 roku mój związek odłączył się od PZK i przez to nie może otrzymywać żadnych pieniędzy z ministerstwa, a ja nie mogę liczyć m.in. na stypendium czy inne nagrody. To trochę kuriozalna sytuacja, tym bardziej że dwa lata temu Światowa Federacja Karate wykreśliła ze swoich struktur PZK, uznając tylko moją organizację, czyli PUK. Od tamtej pory moim jedynym wsparciem finansowym pozostał program „Team 100” [40 tys. zł rocznie – 10 tys. zł na kwartał]. Dostałam się do niego, dzięki zdobyciu brązowego medalu na młodzieżowych mistrzostwach Europy w Sofii w 2017 roku. Teraz powinnam dostać pieniądze za pierwszy kwartał, w ramach kontynuacji tego programu, ale żaden przelew do mnie jeszcze nie dotarł. Gdyby było inaczej, na pewno nie wylewałabym swoich żali w internecie. Obecnie na koncie mam 100 zł.

W jaki sposób sobie radzisz?

- Aby polecieć na styczniowe zawody z cyklu Premier League [najwyżej punktowane w ramach kwalifikacji olimpijskich] w Paryżu, pożyczyłam pieniądze od swojego trenera. Musiałam opłacić przelot i hotel. Kupiłam też bilety na kolejne zawody rangi Premier League w Dubaju, na które wyjeżdżam w przyszłym tygodniu. Do niedawna starałam się tym za bardzo nie zaprzątać głowy. Razem z trenerem powiedzieliśmy sobie, że przede wszystkim koncentrujemy się na treningach, reszta jakoś się ułoży. Jakoś pogodziłam się też z tym, że przez problemy związkowe nie dostanę np. stypendium za siódme miejsce w mistrzostwach Europy seniorów w Nowym Sadzie, jakie odbyły się w maju ubiegłego roku. W innych dyscyplinach za taki wynik zawodnik jest odpowiednio nagradzany. Naprawdę cierpliwie to znosiłam…

Do czasu.

- W listopadzie podczas mistrzostw świata seniorów w Madrycie zaskoczyłam wszystkich, w tym trochę samą siebie. Zdobyłam złoty medal. To największy sukces w historii karate w naszym kraju. Wracając do Polski sądziłam, że takie osiągnięcie jakoś podziała na ministerstwo i urzędnicy zwrócą większą uwagę na moją sytuację. Nic z tego. Nie dostałam żadnego wsparcia, żadnej nagrody. Jedyne co mnie spotkało, to wyróżnienie w plebiscytach sportowca roku „Przeglądu Sportowego” i „Dziennika Łódzkiego”.  Wszystko fajnie, ale co mi po tym, kiedy muszę się zadłużać u najbliższych?

Władze miasta cię wspierają?

- W Łodzi liczy się głównie piłka nożna, czyli ŁKS i Widzew, docenia się też siatkówkę i rugby. Podejrzewam, że gdybym mieszkała gdzieś pod Łodzią np. w Konstantynowie czy Aleksandrowie Łódzkim, to byłabym noszona na rękach. W małych mieścinach bardziej docenia się indywidualne osiągnięcia sportowców. W Łodzi jest bardzo wielu sportowców i klubów, przez co nikt nie dostrzega tego, że taka Banaszczyk nie ma pieniędzy i przez to może stracić szansę na udział w igrzyskach. 

Po zdobyciu mistrzostwa świata zostałam zaproszona do Urzędu Miasta. Wiceprezydent Tomasz Trela wręczył mi książkę o Łodzi. To moja jedyna nagroda od miasta. Przed kamerami mówił, że nie może się doczekać, kiedy wręczy mi czek o wartości nawet do 20 tys. zł. Po czym zaprosił do siebie i w cztery oczy powiedział, że przez problemy związkowe taka pomoc ze strony miasta będzie raczej niemożliwa. Poryczałam się i wyszłam z jego biura, bo nie miałam ochoty na niego patrzeć. Nie znoszę takiej gry pod publiczkę.

Nie podłamałaś się?

- W ostatnim czasie często chodziłam rozgoryczona i poirytowana. Z trenerem powiedzieliśmy sobie: „OK, jest ciężko, ale nie poddajemy się. Mamy szansę walczyć o igrzyska i nie odpuścimy tego”. Złoty medal MŚ odwrócił mój świat do góry nogami. Dostałam od życia największego motywacyjnego kopniaka, jakiego mogłam sobie wyśnić. Jeszcze bardziej uwierzyłam w siebie i mój start na IO w Tokio, który wcześniej wydawał się odległym, wręcz nieosiągalnym celem. Teraz nagle ten piękny sen stał się realnym marzeniem. Wprawdzie kwalifikacje będą trwały jeszcze przez rok, ale widzę cel na horyzoncie. Na igrzyskach wystartuje tylko dziesięć zawodniczek z całego świata. Ostatnio zdobyłam bardzo dużo punktów i obecnie zajmuję drugiej miejsce w eliminacyjnym rankingu. Pierwsza jest Japonka, ale jej kraj będzie organizatorem igrzysk, więc tak, jakbym to ja była liderką.

Siatkarze też czekają na obiecaną premię za mistrzostwo świata.

- Ale pewnie prędzej czy później otrzymają, a ja za dotychczasowe wyniki żadnych nagród ministerialnych nie dostałam i pewnie nie dostanę. I to mnie boli, bo przecież osiągnęłam porównywalny sukces do siatkarzy. Owszem, siatkówka to zdecydowanie bardziej popularny i widowiskowy sport  w naszym kraju, ale przecież wynik jest ten sam. Mistrzostwo świata to mistrzostwo świata. Bardzie prestiżowe jest tylko złoto olimpijskiej i właśnie otwiera się przede mną szansa reprezentowania naszego kraju na igrzyskach, tylko brakuje mi pieniędzy, żeby kupić bilet lotniczy na zawody. Tłumiłam tę złość w sobie przez długi czas, aż w końcu nie wytrzymałam.

Wiesz jak pod tym względem jest w innych krajach?

-Tak i czasami czuję się jak idiotka. Podczas styczniowych zawodów w Paryżu po finałowym pojedynku moja rywalka z Ukrainy zapytała, co dostałam w Polsce za zdobycie mistrzostwa świata. Była ciekawa, czy mam nowe mieszkanie, samochód, czy zostałam wyróżniona jakąś wysoką nagrodą pieniężną? Zatkało mnie. Nie zamierzałam kłamać i powiedziałam prawdę, że dostałam okrągłe zero złotych, że mam długi u swojego taty i trenera, a do Paryża przyjechałam za pożyczone pieniądze. Była w szoku i powiedziała, że serbska zawodniczka i jej trenerka za złoty medal MŚ w innej kategorii wagowej dostały po 25 tys. euro.

Wszędzie słyszę, że każdy coś dostaje, a ja krępuję się, kiedy muszę tłumaczyć jak to u nas wygląda. Przed finałem w Paryżu podeszli do mnie francuscy dziennikarze, jeden z nich zapytał w jaki sposób będę się przygotować do finałowego pojedynku, który mnie czekał na drugi dzień. Dopytywał m.in. czy czeka mnie jeszcze sesja ze swoim fizjoterapeutą. Odpowiedziałam tylko: „Proszę pana, jaki fizjoterapeuta? Nie stać mnie na taki luksus. Jadę do hotelu, biorę kąpiel i idę spać. Taka jest moja regeneracja”. 

Żałujesz czasami, że nie uprawiasz bardziej medialnej dyscypliny? Z podobnymi sukcesami miałabyś pewnie zdecydowanie łatwiej.

- Wiem o tym, ale wybrałam karate. Kocham ten sport. Gdyby było inaczej, to już dawno dałabym sobie spokój. Momentami zastanawiałam się, czy jest sens to kontynuować, ale nie chcę się poddać. Karate to moje życie, trenuję je przez 15 lat i nadal chcę to robić. Zdaję sobie sprawę, że w podobnej sytuacji w innej dyscyplinie byłoby mi łatwiej. Gdybym na przykład była lekkoatletką, to za złoty medal mistrzostw świata dostałabym stypendium i nagrodę ministerialną oraz sponsora ze spółki skarbu państwa, a do tego mogłabym liczyć na związek, który opłacałby mi wyjazdy na zawody. Dla mnie pieniądze z programu olimpijskiego „Team 100” – których wciąż nie mam na koncie - to jedyne źródło bytu. Opłacam za nie trenera oraz koszty wyjazdów.

W Polsce jest wiele różnych organizacji karate. Ludzie też mylą twoją dyscyplinę z karate tradycyjnym.

- Moja dyscyplina dzieli się na kata i kumite. Kata to zbiór technik, konkurencja pokazowa, którą można porównać do walki z cieniem. Natomiast ja trenuję kumite, które polega na walce z przeciwnikiem. To jest prawdziwe karate, które uznane jest na całym świecie. Niestety, w Polsce bardzo rozpoznawalne jest "karate tradycyjne", które tak naprawdę jest jakimś dziwnym bytem. Ta nazwa wywołuje u mnie negatywne emocje. Milion konkurencji, dzieci rywalizują z dorosłymi i zawody rangi mistrzostw świata, gdzie na 12 uczestników przypada dziewięciu Polaków? Przecież to śmieszne. Dziwię się, że ludzie, którzy to trenują, nie widzą w tym nic dziwnego. Jak jedziesz na MŚ, to powinno się rywalizować z całym światem, a nie z Polakami. To psuje nasz sport. Później jak komuś mówię, że zdobyłam historyczny złoty medal dla Polski w prawdziwym karate, to najczęściej dziwią się tylko i mówią: „Ale jak to? Przecież Ania Lewandowska była mistrzynią w karate”. Ręce mi opadają jak coś takiego słyszę. No właśnie nie, ona uprawiała karate tradycyjne i nie jest prawdziwą mistrzynią.  

W mojej dyscyplinie jak jedziesz na MŚ, to startują zawodnicy ze 139 krajów. W swojej kategorii mam 70 rywalek z różnych, nawet najbardziej odległych państw. Ostatnio moją rywalką była reprezentantka Beninu. Konkurencja jest ogromna i trzeba naprawdę wysilić się, żeby osiągnąć coś spektakularnego w tym sporcie.

Skomplikowany sport.

- Dlatego między innymi powstała Polska Unia Karate. Nasza dyscyplina tak naprawdę nie miała swojego związku. Przez kilkadziesiąt lat zarządzali nią ludzie od „tradycyjnego”, którzy robili niezły marketing, mimo że tak naprawdę ich konkurencja była jakąś mało znaczącą odnogą tego sportu. Niestety, polskie karate jest zniszczone przez różne odłamy: kyokushin, tradycyjne, a do tego ciągle powstają nowe organizacje. Później zwykłym ludziom trudno się w tym połapać. Prawdę mówiąc, wcale się nie dziwię. Tymczasem to nasze karate najbardziej liczy się na świecie i weszło do programu nadchodzących igrzysk. Ludziom z PUK bardzo zależy, żeby ten sport bardziej wypromować w Polsce. Przykro mi tylko, że pod względem prawnym mamy tak pod górkę, wiele formalnych sprawa jest zablokowanych, a efekt jest taki, że nie mogę liczyć na stypendium czy inne nagrody.

Co dalej?

- Robię swoje, czyli ciężko trenuję i przygotowuję się do kolejnych zawodów. Czekam też na transzę z programu „Team 100”. Dwa tygodnie temu dostałam informację, że oficjalnie zakwalifikowałam się do kolejnej edycji i mogę już wydawać te pieniądze, ale jak mam to robić, skoro nie mam ich jeszcze na koncie i nie wiem, kiedy nastąpi przelew? Nie pracuję, więc nadal muszę pożyczać od rodziny i trenera. Po moim wpisie dostałam mnóstwo słów wsparcia i jestem pozytywnie nastawiona. Liczę, że wkrótce wszystko się jakoś ułoży.

Za tydzień wylatuję do Dubaju na kolejne zawody Premier League. Miałam też jechać na zgrupowanie na Ukrainę i trenować z bardzo dobrym trenerem, ale z powodu problemów finansowych musiałam zrezygnować. Potem czekają mnie zawody w Salzburgu, a pod koniec marca bardzo ważne mistrzostwa Europy, na których najbardziej się koncentruję. Jedną nogą też jestem na igrzyskach europejskich, które w tym roku zostaną rozegrane w Mińsku. Pod względem sportowym wszystko ostatnio jest na bardzo dobrej drodze. Oby tak dalej.

Więcej o: