Michał Rajca: Czym się stresować? Ekstrema to mój żywioł

Na około 10 km przed metę z mojego wozu technicznego dostałem informacje, że "idę na rekord". To dodało mi energii przed ekstremalnym podbiegiem. 1000 m w pionie, czyli ponad cztery razy na Pałac Kultury - mówi Michał Rajca, który pobił rekord trasy jednego z najbardziej wymagających triathlonów świata Swissman Xtreme.

Michał Owczarek: Były nerwy?

Michał Rajca: Nie bardzo. Moją siłą jest spokojna pewność siebie wynikająca z tego, że wiem, jak jestem przygotowany. Nerwy zwykle wynikają z faktu, że człowiek nie wie czego się spodziewać. Ja staram się tę niepewność ograniczać do minimum. Wiem, że im lepsze przygotowanie fizyczne i logistyczne, tym łatwiej wyeliminować niepotrzebne czynniki ryzyka. Po to właśnie trenuję uczciwie przez cały okres przygotowawczy. Wiem, co potrafi mój organizm, jak reaguje na obciążenia i mniej więcej na osiągnięcie jakich czasów mnie stać. Nie muszę się spalać emocjonalnie przed startem.

Oczywiście w sporcie takim jak triathlon wiele się może wydarzyć niespodziewanie. Przykładowo: miesiąc przed startem ulegam wypadkowi na rowerze. Diagnoza – stłuczone żebra, które komplikują plan treningowy, finalnie przestają boleć kilka dni przed zawodami. Mam pod kontrolą jednak to, co mogę: logistykę i swój organizm. Największą niewiadomą w przypadku Swissmana była pogoda: jest tam bardzo kapryśna, a różnica temperatur na podjazdach może wynosić ponad 20 stopni. Na szczęście aura potraktowała nas wyjątkowo łagodnie, chociaż na trasie rowerowej miejscami leżał śnieg.

Spodziewałeś się rekordu trasy?

- W ogóle o tym nie myślałem. Byłem nastawiony na pokonanie ciężkiej trasy. Skoncentrowałem się na jak najlepszym starcie. To trochę zmieniło się w trakcie, bo przecież widziałem, że dobrze mi idzie. Byłem na czele stawki, a rywale zostali na tyle daleko za moimi plecami, że walczyłem w zasadzie głównie ze sobą i moimi słabościami. Ale na około 10 km przed metę z mojego wozu technicznego dostałem informacje, że „idę na rekord”. To dodało mi energii. Warto wiedzieć, że właśnie ten ostatni odcinek biegania jest najbardziej wymagający, bo to jest trudny podbieg, na którym do pokonania jest 1000 m w pionie, czyli ponad cztery razy na Pałac Kultury. Tu zaprocentowało moje górskie przygotowanie (Michał wygrał w tym roku V Zimowy Ultramaraton Karkonoski). Przewaga na tym odcinku powiększyła się z 30 minut do prawie godziny.

K2. Andrzej Bargiel wrócił do Polski: Teraz czas na wakacje z mamą. Pojedziemy sobie nad morze, bym zatęsknił za górami

Ale na metę nie wbiegłeś słaniając się na nogach, jak to często widzi się na takich trudnych zawodach.

- Tak. Ale to żadne tajemnicze sztuczki. To wynik mojego przygotowania - uczciwie pracowałem na treningach, znam swoje granice i możliwości. Nie trafię więc na nieprzewidzianą ścianę. Nie było zresztą potrzeby, żeby „dociskać”. To wynik tego, że w zasadzie przez większość trasy byłem sam, z przodu stawki, nie musiałem się o zwycięstwo ścigać bezpośrednio z innym zawodnikiem. Mogłem trasę pokonać w szybkim tempie, ale bez przekraczania granic. To było rozsądna taktyka, bo już po kilku dniach mogłem wrócić do treningów. Nie zapominajmy, że czeka mnie jeszcze druga cześć sezonu zakończona Mistrzostwami Świata na Hawajach.

Jak się wygrywa? Zdradzisz tajemnicę?

- Tu nie ma żadnej magii. Jest za to dużo pracy, dyscypliny oraz wsparcia bliskich. Do triathlonu potrzeba dużo cierpliwości, bo do formy, szczególnie w triatlonie, dochodzi się długo. To nie jest kwestia roku czy dwóch. Na moją korzyść działa to, że lubię różnorodność i w sportowej karierze zajmuję się lub zajmowałem różnymi formami sportu: zarówno biegami górskimi, ściganiem na rowerze. Kiedy trzy lata temu wystartowałem w Suszu na dystansie 1/2 Ironmana, miałem zbudowane dobre fundamenty pod triathlon. Wtedy jeszcze trochę nie wiedziałem czego się spodziewać, ale okazało się, że ten sport bardzo mi pasuje.

Co jest jeszcze twoim zdaniem ważne w drodze do wyników?

- Kluczem jest chyba wytrwałość. Ale nie da się utrzymać wysokiej motywacji, jeżeli to, co robię nie sprawiałoby mi przyjemności. Przygotowania do dystansu Ironmana są obciążające i wymagają zaawansowanej logistyki oraz wsparcia bliskich. Dlatego też ten aspekt radości z tego, co się robi, jest taki istotny. Ja po prostu lubię te swoje treningi. Ważna jest też organizacja i dyscyplina. Każdy dzień mam bardzo dokładnie zaplanowany: wiem co i o której będę robił z dokładnością do kilku minut. Rano wsiadając do samochodu pakuję np. dwa plecaki na dwa różne treningi i wiem, gdzie i o której będę. Kiedyś spóźniałem się zawsze i wszędzie, teraz trzymam się planu, bo wiem, że nawet kwadrans poślizgu spowoduje „obsuwę” wielu elementów.

A support? Dużo mówisz o roli wsparcia.

- Tak, bo uważam, że jeśli chce się walczyć naprawdę na wysokim poziomie, nie da się tego zrobić bez dobrego wsparcia. Bardzo doceniam rodzinę, przyjaciół, trenera oraz ‘towarzyszy w bólu’ z Grupy Triathlonowej RAT. To tacy cisi bohaterowie, którzy stoją za każdym sportowym sukcesem. Oczywiście to ja trenuję, ale bez ich pomocy nie byłbym tu, gdzie jestem. To nie tylko najbliżsi, którzy rozumieją, że nie zawsze mam czas, nie wszystko mogę jeść, nie chcę zarywać nocy itd. To także mój supportowy team, bez którego np. na Swissmanie nie dałbym sobie rady. Tam wsparcie jest kluczowym czynnikiem, bo np. strefy zmian znajdują się niejako na trasie. Jesteśmy na tyle zgrani, że w strefach zmian, wyglądało to trochę jak w pit stopie na F1. Wbiegam, ktoś mi zamienia buty, ja w tym czasie piję czy jem, ktoś inny zakłada coś na głowę i w drogę. Żadnych niepotrzebnych przestojów.

Załoga z mojego technicznego samochodu pomagała mi nie tylko logistycznie, ale i psychicznie. Na drugim podjeździe (trasa rowerowa prowadzi przez górskie przełęcze) dopadła mnie chwila słabości. Z samochodu technicznego dostałem mocne wsparcie psychiczne i… zwykłą bułkę zamiast kolejnego żelu. To dodało mi energii i podniosło na duchu.

Aleksander Gukow uratowany. Niesamowite zdjęcia z akcji na Latok I w Karakorum

Jak wygląda twoje przygotowanie treningowe? Triathlon to jedna z najbardziej czasochłonnych dyscyplin.

- Pracuję nad wszystkimi trzema dyscyplinami, ale przyznaję, że najmniej mi „po drodze” z pływaniem. Dla mnie zawody zaczynają się po wyjściu z wody. W sumie na sport poświęcam od 12 do 30 godzin tygodniowo. Ten sezon mam podzielony na dwie części. Pierwsza przygotowywała mnie do Swissmana. Druga ma za zadanie przygotować mnie na wyzwanie Mistrzostw Świata na Hawajach. Te kultowe zawody mają zupełnie inną specyfikę. Będzie płasko, wietrznie, gorąco i wilgotno. Można powiedzieć, że Kona i Swissman to dwa zupełnie odmienne starty. Ale pociągają mnie takie wyzwania i z Hawajów również chcę wrócić z jak najlepszym wynikiem.

To co, mówisz brzmi ciut ekstremalnie…

- I właśnie dlatego jest to takie ciekawe. To, co nazywasz ekstremalnym to raczej niedostępność. Kiedyś przyglądałem się zawodom i myślałem, że to dla zwykłego człowieka jest niewykonalne. Nie ma szans. A teraz to robię i radze sobie nieźle. I o to właśnie w tym wszystkim chodzi.

MŚ w Konie odbędą się 13 października. Co roku dostępna jest z nich transmisja na żywo, prowadzona i komentowana jest w sposób fascynujący nawet dla ludzi, którzy triathlonem się niezbyt interesują.