Bogusław Leśnodorski: Żadne Malediwy czy inna Tajlandia nie dadzą ci tyle szczęścia, ile spacer po Baltoro [ROZMOWA]

- Naprawdę warto przenieść się na chwilę w ten świat. Trochę dziwny, nierealny, ale też przerażający - mówi Bogusław Leśnodorski o swojej wyprawie w Karakorum.

Były prezes Legii Warszawa poleciał w Karakorum na początku lipca, by wspierać Andrzeja Bargiela - narciarza wysokogórskiego i himalaistę, a prywatnie kolegę - który próbował osiągnąć coś, czego nie osiągnął jeszcze żaden człowiek: zjechać na nartach ze szczytu K2 (8611 m n.p.m.).

Bartłomiej Kubiak: Zmęczony?

Bogusław Leśnodorski: Fizycznie trochę przeczołgany, ale psychicznie w ogóle. Wręcz przeciwnie - wypoczęty.

Ile kilometrów przeszedł pan po lodowcu?

- Około 100 w jedną stronę. Zajęło nam to kilka dni. Trochę wyczerpujący spacer, bo chodzisz głównie po kamieniach - albo idziesz po nich w górę, albo w dół. Głównie w górę. Ale tak naprawdę każdy normalny człowiek jest w stanie pokonać trasę po Baltoro [lodowiec sąsiadujący z K2]. Wiadomo, trochę wysiłku w to włoży, ale też bez przesady. Obcowanie z pierwotną, surową, a przy tym piękną naturą, wszystko rekompensuje. Jest tego warte. Taka daleka i samotna wędrówka naprawdę potrafi człowieka odprężyć.

Samotna?

- Szliśmy we czterech, ale czasu na przemyślenia było sporo. Nikt ci nie przeszkadzał, bo szerpowie i karawana z osiołkami szła oddzielnie.

Do jakiej wysokości doszliście?

- Nie powiem dokładnie, bo nie chodziłem tam z zegarkiem, ale gdzieś między pięć a sześć tysięcy metrów.

A ile dni spędziliście w bazie?

- 16.

Jakie to był dni?

- Każdy dzień zaczynał się od rozmów w mesie na temat tego, co komu dolega, co kogo boli. Od pytań, jak się czujesz, ile spałeś i czy dobrze spałeś. W ciągu dnia albo padał deszcz, albo śnieg, albo świeciło słońce i upał był nie do wytrzymania. W nocy z kolei robiło się zimno. Zasnąć było ciężko, ale pomagała melatonina.

Przemyślenia?

- W górach najwięcej myślisz o tym, jak przeżyć. A żeby przeżyć, musisz jeść. Tylko że jak jesteś 5 tys. m n.p.m. - gdzie zawartość tlenu w powietrzu jest o 40 proc. mniejsza niż w normalnych warunkach - jeść ci się nie chce. Organizm nie trawi. Ale jeść musisz, więc wpychasz w siebie to jedzenie. Masz produkty liofilizowane, makaron, ale szukasz urozmaicenia. I zabijasz np. jaka albo inną kozę.

Strach?

- Nie, strach nie. Pokora. Mnóstwo pokory, a co za tym idzie - rozwaga, dyscyplina i świadomość. Choćby taka, że do najbliższego lekarza masz 100 km. Niby może przylecieć po ciebie wojskowy helikopter, ale nie zawsze jest pogoda, nie zawsze mu się chce i nie zawsze może, bo podrywa się tylko w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia życia. Dlatego jesteś ostrożny. Na każdym kroku uważasz, by nie zrobić sobie krzywdy. I cały czas obserwujesz swój organizm, bo w górach nawet tak drobna rzecz, jak ból zęba, może spowodować zagrożenie życia, powikłania typu sepsa.

A problemy z aklimatyzacją?

- Trochę mnie ścięło po tym, jak odstawiłem melatoninę, ale to już była końcówka naszego pobytu, jakieś półtorej doby przed opuszczeniem bazy. Wcześniej czułem się świetnie. Forma dopisywała. Ale budowałem ją przez cztery miesiące. Wziąłem się za siebie, solidnie pracowałem - chodziłem na siłownię, biegałem, pływałem, jeździłem na rowerze - po 5-6 godzin dziennie. A do tego spędziłem też dużo czasu w namiocie tlenowym.

Ile stracił pan na wadze w porównaniu do czasów, kiedy był prezesem Legii?

- Przed wylotem schudłem 16 kg, a w górach zgubiłem kolejne sześć, czyli w sumie 22 kg. Po powrocie do Polski stanąłem na wagę, a tam 95,5 kg. Ostatni raz ważyłem tyle w liceum.

Wasza wyprawa nie zakończyła się sukcesem. Jest pan zły albo chociaż odrobinę zawiedziony, że Andrzejowi Bargielowi nie udało się wejść na K2 i z niego zjechać?

- Nie no, gdzie tam! Bardzo się cieszę, że nie szarżował. To świetny sportowiec i mądry chłopak. Jestem pewny, że gdyby nie przeszkadzała nam pogoda, to on by to zrobił. Niestety przeszkadzała. Zresztą jak kilka innych rzeczy - problemy zdrowotne chłopaków z ekipy, czy sypiące się kamienie. Ryzyko było za duże.

Jako prezes Legii lubił pan ryzyko.

- Raczej od wielu lat nauczyłem się z nim żyć. Ale nie ma co tego w ogóle porównywać. W wysokich górach jedyne, co ryzykujesz, to życie. Co piąta osoba, która wchodzi na K2, ginie. I wiele z nich tam zostaje. Na cmentarzu. Choć cmentarz to chyba za duże słowo, bo szczątki i kości ludzi leżą w wielu miejscach. Ten widok daje do myślenia, zostaje w pamięci. Stajesz się jeszcze bardziej rozważny. Myślisz, co jeszcze mógłbyś zrobić, by zminimalizować ryzyko. By nie tylko na tę górę wejść, ale także z niej zejść. A w przypadku Jędrka - zjechać. I to jako pierwszy człowiek na świecie, co akurat jest do ogarnięcia. Jestem przekonany, że on tam wróci i to zrobi.

A pan wróci?

- Pewnie tak.

Kiedy?

- Nie wiem, o to akurat lepiej pytać Jędrka, bo jeśli wrócę, to z nim.

Sporo osób namawia go na to, by wziął udział w polskiej wyprawie, która zimą wyrusza na K2.

- Z tego, co wiem, nie ma takich planów. To jest zupełnie inna wyprawa [w ramach programu „Polski Himalaizm Zimowy”]. Wiadomo, że chcą na nią Jędrka zabrać, bo jest kozakiem i jeśliby się zgodził, toby na tę górę po prostu wszedł. Albo wbiegł. Ale - na ile znam Jędrka - on się tego nie podejmie. A nawet jak wpadnie na taki pomysł, to zrobimy wszystko, by go od niego odwieść. Nie sądzę jednak, by się w ogóle nad tym zastanawiał. On jest przede wszystkim narciarzem wysokokórskim.

Pan też zabrał ze sobą narty. Przed wyprawą mówił, że głównym celem będzie pojeżdżenie po okolicy - udało się?

- Trochę pojeździliśmy, ale tylko na początku, bo później priorytetem stała się próba Jędrka. Ale warunki pogodowe też nie były sprzyjające. Przez dużą amplitudę temperatur schodziło sporo lawin. Seraki spadały, pękały, no i nie było za bardzo gdzie jeździć. To nie są Tatry czy Alpy, tylko góry, które mają osiem tysięcy metrów - ekspozycje są większe, bardziej niebezpieczne.

Waszą trasą, czyli po drogach Cesena i Kukuczki, nikomu w tym roku nie udało się wejść na K2. Ale inną drogą - przez Żebro Abruzzi - po raz pierwszy od dwóch lat szczyt został zdobyty. Rozważaliście w ogóle tamtą trasę?

- Jędrek zazwyczaj wytycza własne drogi. Od strony Żebra Abruzzi nie było jednak szans, by to zrobił. Skały są tam takie, że nie da się zjechać na nartach. Wejść i zejść można. I ci ludzie to zrobili. To była duża komercyjna wyprawa. Prowadzili ją Nepalczycy, którzy są megamocni. Weszli na szczyt z kilkunastoma osobami. A nawet nie tyle z nimi weszli, ile ich wprowadzili, niosąc za nimi butle z tlenem. Ja sam nie do końca kumam takie akcje. Lubię ryzyko, ale dla mnie to jest głupota. Nie rozumiem ludzi płacących grube pieniądze za to, by ktoś ich wprowadził na górę, która ma osiem tysięcy metrów.

Pan do wyprawy Bargiela też dołożył niemałe pieniądze.

- Znam Jędrka od lat, ale poza tym, że jest moim kumplem, jest też świetnym człowiekiem i wybitnym sportowcem. Profesjonalistą w każdym calu, który trenuje po osiem, dziewięć godzin dziennie. W krajach alpejskich - Szwajcarii, Włoszech czy Francji - jest bardzo rozpoznawalny. I trudno żeby było inaczej, skoro jest w trójce - razem z Davo Karnicarem i Kilianem Jornetem - najlepszych narciarzy wysokogórskich na świecie. A dla mnie jest najlepszy. Do tego prywatnie jest super gościem. Pomogłem mu w tej wyprawie, pomogę w następnych. Ale to też nie jest tak, że wszystko spoczywa na moich barkach. Są inni ludzie - sponsorzy, którzy też dokładają pieniądze.

To prawda, że koszt tej ekspedycji wyniósł milion złotych?

- Trochę mniej, ale tak - coś koło tego.

Strasznie dużo. Zimowa wyprawa na K2 ma kosztować 1,3 mln złotych, a wspinać ma się 8-10 osób.

- Nie wiem, czy dużo. Znaczną część tej kwoty pochłonie film. Poza tym kupiliśmy sporo sprzętu. Ale i tak jeszcze muszę usiąść i podyskutować z Jędrkiem, bo sam jestem zdania, że powinniśmy trochę zmienić nasze podejście do logistyki.

Przed następną wyprawą widziałbym to tak, że lecimy sobie wcześniej do Ameryki Południowej. Tam wchodzimy przykładowo na taką Aconcaguę. Na tych sześciu tysiącach metrów się aklimatyzujemy. Potem przylatuje po nas helikopter, który zabiera nas na lotnisko, skąd ruszamy do Azji. W Karakorum „Jędrek” najpierw rusza sobie przykładowo na taki Gaszebrum. Zjeżdża z niego. I szybko przechodzimy do bazy pod K2, gdzie jest już od razu gotowy na atak szczytowy.

I tak według mnie to powinno wyglądać, bo tutaj celem jest zjazd i przygoda, a nie oblężniczy styl, który cię wykańcza. Dlatego, jeśli zaczniemy tak działać, kolejna wyprawa może się okazać jeszcze droższa. Albo kosztować podobnie, bo teraz - jak mówię - gros środków poszedł na sprzęt - drony, lunety, generatory, komputery do łączności i danych pogodowych - który przyda się na kolejnych wyprawach. Nie będziemy musieli go kupować, choć i tak jestem zdania, że na takich rzeczach nie ma co oszczędzać. Sprzęt ma duże przełożenie na bezpieczeństwo.

Przed wyprawą mówił pan, że byłby zadowolony, gdyby nie musiał dokładać do tego projektu. To w ogóle możliwe?

- No jasne, że tak. Przed nami jeszcze film. Przywieźliśmy mnóstwo kozackiego materiału. Liczę, że wyjdzie z tego coś sensownego. Ba, na pewno wyjdzie, bo do realizacji zaprosiliśmy zawodowców, prawdziwych kozaków. Zresztą widziałem już kilka ujęć - m.in. zrobionych przy pomocy dronów - i to naprawdę może być kosmos. Superprodukcja o górach, ludziach i ich przygodach. Coś, czego dotąd jeszcze nikt nie nakręcił.

Jak zamierzacie na tym filmie zarobić?

- Tego jeszcze nie wiemy. Ale jest trochę osób, które chcą zainwestować w tę produkcję. W zasadzie od pierwszego dnia, kiedy poinformowaliśmy, że razem z Jędrkiem w Karakorum będzie też ekipa filmowa, dzwonią do mnie ludzie i mówią, że chcą być partnerem i dołożyć do tego filmu. Jeszcze nie wiem, z kim i na jakich zasadach się zwiążemy, ale zwiążemy się na pewno. Nie martwię się o to.

A o Legię się pan martwi?

- Trochę tak. Nie idzie, co?

W trakcie pobytu pod K2 też się pan martwił?

- Nie tak bardzo, jak teraz. Mieliśmy telefon satelitarny, więc sprawdzać mogłem tylko wyniki. Meczów nie oglądałem, nie było jak. Przez blisko miesiąc byłem praktycznie odcięty od telewizji, internetu, Twittera. Jakieś tam informacje jednak do mnie docierały. Słyszałem, jak gramy, więc może i dobrze, że tych meczów nie oglądałem.

Taki reset, też od Legii, był mi bardzo potrzebny. Naprawdę polecam wszystkim taki spacer po lodowcu. Nawet jeśli wiedzie po kamieniach i nie zobaczysz po drodze żadnych drzew, krzewów, kwiatów - warto. Naprawdę warto przenieść się na chwilę w ten świat. Trochę dziwny, trochę nierealny, ale też - mijając np. dom, w którym zabili Osamę bin Ladena - momentami przerażający. W gruncie rzeczy jednak fascynujący, piękny, energetyczny. Wywołujący mnóstwo emocji.

Jak z Darkiem [Urbanowiczem] dotarliśmy pod K2, to usiedliśmy i byliśmy autentycznie wzruszeni. Ciało było zmęczone, ale dusza szczęśliwa. A później, jak już ciało się zregenerowało, dopadła cię pełnia szczęścia. I choć sam preferuję wakacje w Polsce, to jeśli już ktoś chce lecieć za granicę, to niech leci na Baltoro, a nie Malediwy czy inną Tajlandię. Warto, naprawdę warto.

Zobacz wideo
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.