Zdzisław Ambroziak: Dewaluacja

Nikt chyba się nie spodziewał, że na koniec roku najlepsze tenisistki zafundują widzom - przede wszystkim telewidzom - widowisko tak nużące, jakiego byliśmy świadkami.

W monstrualnej hali w Los Angeles mogącej pomieścić 20 tys. widzów zbierało się wokół kortu ledwo kilkaset osób, albo zainteresowanych materialnie, albo sentymentalnie, kibiców tenisa było jak na lekarstwo. To dla nich, by zabić nudę, nawet podczas gry, jak to w Ameryce, dla urozmaicenia niekiedy przygrywała muzyka.

Ewolucja tenisa, którą jednak trudno nazywać rozwojem, idąca w kierunku jak najszybszego kończenia akcji, prowadzi do tego, że przez długie kwadranse po prostu nie ma na co patrzeć; zdobywanie punktów przypomina grę w kręgle albo w zbijaka. Temu coraz mniejszemu zainteresowaniu widowni i coraz gorszemu spektaklowi, jaki prezentują panie, towarzyszy jednak, o dziwo, rosnąca pula nagród. W L.A. do podziału było 3 mln dolarów, a sensacyjna zwyciężczyni Belgijka Kim Clijsters, choć w półfinale i finale rozegrała zaledwie niecałe trzy sety, zainkasowała 765 tys. dolarów, co pogłębia wrażenie totalnej dewaluacji mistrzostw WTA Tour. Najlepsza na świecie, multimilionerka Serena Williams, po przegranym finale wcale nie ukrywała znudzenia uroczystą fetą, jaką starali się przygotować gospodarze, i z najwyższym trudem udało się ją namówić na powiedzenie kilku słów do mikrofonu. Trochę rozumiem młodszą z ciemnoskórych gracji, bo gdyby wygrała ten ostatni mecz w sezonie, przeszłaby do historii jako pierwsza, która przekroczy 4 miliony dolarów(!) samych tylko premii za wygrane mecze jednego roku. Tenisistki o daleko większym dorobku - Graf, Seles czy Navratilova - nie mogły marzyć o czymś podobnym, więc jak tu nie mówić o dewaluacji...

Paradoks sensacyjnego sukcesu Clijsters polega natomiast na tym, że to zwyciężczyni - mimo wszystko - pozostaje w cieniu pokonanych. To wprawdzie Kim odniosła życiowy sukces, ale cały tenisowy świat wciąż koncentruje się wokół zagadki niesamowitej rodziny Williams - ich tajemnicy, ich frustracji, ich planów na przyszłość, wreszcie kaprysów i nonszalancji, której dosyć mają już sami Amerykanie. Dodatkowego kolorytu dodaje niedawne rozstanie papy Richarda i mamy Oracene, ogromnie nagłaśniane przez bulwarowe media. Wszystko to musi na człowieku z zewnątrz sprawiać wrażenie gigantycznego tenisowego panopticum, w którym nawet dolary wydają się tracić na wartości.

Wobec tej pompatycznej nudy, z jaką głównie mieliśmy do czynienia w Los Angeles, prawdziwym ożywczym powiewem walki i emocji jest rozgrywany w Szanghaju ATP Masters Cup. Owszem, panowie też grają o wielkie pieniądze, oni też, podobnie jak panie, są wyczerpani ciężkim rokiem, ale wydaje się, że właśnie na deser zostawili wszystko, co najlepsze. To dopiero początek, ale Safin, Agassi i spółka już zasygnalizowali, że będzie ostro. Bardzo ostro. Takie fantastyczne mecze jak Moya - Hewitt, który właśnie skończyłem oglądać, w którym obaj walczyli wspaniale, a faworyt poniósł porażkę, są dokładnie tym, czego oczekujemy od wielkiego sportu: pozwalają zapomnieć o czekach, jakie zostaną wręczone. Cała uwaga widzów skupiona jest bowiem na klasie, determinacji i męstwie, jakiego jesteśmy świadkami podczas zmagań tych niezwyczajnych. Raz jeszcze potwierdza się stara prawda, że nie jest wcale najważniejsze, jakiej wysokości honorarium bierze aktor, sportowiec, dyrygent czy muzyk. Ważne jest - jak gra.