SPORT. Kto wygra w Chinach?

Masters Cup jest imprezą świeżej daty, ale znalazł już sobie stałe miejsce w terminarzach większości najlepszych tenisistów świata. Łączy bowiem niewyobrażalne pieniądze i prestiż. Turniej Masters Cup w Szanghaju - Eurosport 12-17 listopada

Masters Cup powstał dwa lata temu z połączenenia dwóch imprez rozgrywanych pod koniec tenisowego roku: ATP Tour World Championships (czyli mistrzostw świata ATP) i Grand Slam Cup. Taki ruch okazał się niezbędny, bo po 10 latach równoległego funkcjonowania obu imprez, każda z nich zaczęła tracić na znaczeniu.

Z jednej strony Grand Slam Cup (od 1990 roku, rywalizowało w nim 16 najlepszych tenisistów) dosłownie zadławił się pieniędzmi. Za sam start każdy z zawodników dostawał niemal 100 tys. dolarów. - Niektórzy przyjeżdżali tylko by odebrać czek - żartował Ion Tiriac, znany menedżer tenisowy. Wygodniej było wziąć mniej i mieć potem wolne niż grać i ryzykować kontuzję na koniec ciężkiego sezonu. Taka postawa tenisistów przyniosła spadek prestiżu imprezy. Na dodatek okazało się, że w Grand Slam Cup nie wygrywają najlepsi.

- Kto pamięta dziś Davida Wheatona czy Magnusa Larssona? - zastanawia się publicysta "Sueddeutsche Zeitunng". A to między innymi oni wygrywali Grand Slam Cup.

Inny problem mieli organizatorzy turnieju ATP Tour World Championships. Nie było kłopotu z prestiżem, tu rywalizowało elitarne grono ośmiu najlepszych z listy ATP.

Niespodziewanie cios istnieniu imprezy zadali... miłośnicy tenisa. Z roku na rok coraz mniej kibiców zjawiało się w halach targowych w Hannowerze, gdzie odbyły się ostatnie cztery edycje (poprzednie sześć we Frankfurcie). - Bez niemieckich gwiazd - Beckera i Sticha ten turniej nie miał w Niemczech racji bytu - tłumaczył Tiriac, który był jego współorganizatorem.

Kłopoty zbliżyły organizatorów obu turniejów i niejako zmusiły do zaplanowania wspólnego przedsięwzięcia. Podczas łączenia i ustalania reguł zastosowano zasadę "trochę od ciebie, trochę ode mnie". W ten sposób narodził się Masters Cup.

W turnieju występuje siedmiu najlepszych tenisistów z rankingu ATP Champions Race (liczą się punkty zdobyte tylko w danym roku) i dodatkowo z tak zwaną dziką kartą najwyżej sklasyfikowany zwycięzca turnieju wielkoszlemowego, jeśli jest spoza tej siódemki.

Za sam start każdy z zawodników dostaje 90 tys. dolarów. Każda wygrana warta jest, bagatelka, 120 tys. dolarów. Przewidziano premie za awans do finału i oczywiście za zwycięstwo. 21-letni Australijczyk Lleyton Hewitt wygrał w Sydney (Masters Cup 2001) nie tylko wszystkie mecze, ale także 1,52 mln dolarów i 150 pkt do rankingu.

Ośmiu zawodników podzieli między siebie 3,7 mln dolarów i 510 pkt klasyfikacji Champions Race.

Zdecydowano też, że Masters Cup będzie "podróżował" po świecie. Rozpoczął od Lizbony, był w Sydney, by w tym roku trafić do Szanghaju.

- To nie przypadek. Szczególnie zależy nam na promocji tenisa właśnie w takich krajach jak Chiny - zdradził kulisy tej lokalizacji jeden z oficjeli ATP.

Kto zagra w Chinach? Kiedy piszę ten tekst rozgrywany jest właśnie turniej Masters Series w paryskiej hali Bercy, którego wyniki zadecydują o podziale biletów do Szanghaju. Pewni wyjazdu są tylko: lider światowego rankingu Hewitt i weteran kortów 32-letni Amerykanin Andre Agassi.

Walizki pakować mogą również Rosjanin Marat Safin i Hiszpan Juan Carlos Ferrero, bo tylko wyjątkowy pech mógłby pozbawić ich udziału w Masters Cup.

O kolejne cztery miejsca rywalizuje aż 10 tenisistów. Nie ważne jednak kto z nich pojedzie na Daleki Wschód. Kto by to nie był, emocje mamy zapewnione. Walka o prestiż i wielkie pieniądze na korcie trwa dalej.