Dramat polskich wędkarzy! Tak źle nie było nigdy. Krzyk rozpaczy

Gigantyczny sum złowiony w centrum Krakowa
Facebook/Kamil Walicki

Każdy, kto lubi wędkarstwo, zdaje sobie sprawę, w jak fatalnym stanie są nasze wody. Częściową odpowiedzialność ponosi za to Polski Związek Wędkarski, który z powodu licznych zaniedbań dobija coraz mniej liczną populację ryb w naszym kraju. - Nie chcę być prorokiem, ale nie widzę możliwości, żebyśmy z tego wyszli - mówi Sport.pl Kamil Walicki, były redaktor gazety "Wiadomości Wędkarskie".

W zeszłym roku wiele mówiło się o problemach w PZPN. Futbolowa federacja sporo straciła z powodu afer, które odbiły się na jej wizerunku. Jest jednak organizacja w naszym kraju, która ma jeszcze gorszą opinię. Mowa o Polskim Związku Wędkarskim.

Zobacz wideo Koniec sezonu polskich łyżwiarzy. Prezes PZŁS, Rafał Tataruch, podsumowuje. "My się teraz rozpędzamy"

Ciągły wzrost cen, czyli szara rzeczywistość PZW

PZW powstało w 1950 roku i zrzesza polskich wędkarzy. Aby być jego członkiem, należy posiadać kartę wędkarską oraz opłacić składki, które przeznaczane są między innymi na ochronę wód i zarybianie (inaczej mówiąc, należy być członkiem koła). Wydawać się może, że każdy zrzeszony w tym stowarzyszeniu chce tego samego - zdrowych i zadbanych akwenów. Rzeczywistość jest jednak zupełnie inna.

Jednym z problemów PZW jest ciągły wzrost składek. W Polsce mamy ponad 22 różne okręgi i każdy ustala własne opłaty. Aktualnie, aby być członkiem koła w okręgu mazowieckim, należy zapłacić rocznie 410 złotych za łowienie jedynie na wodach nizinnych. To wzrost o 11 procent w stosunku do zeszłego roku. A mowa o podstawowej składce. Aby móc wędkować na wodach górskich, trzeba liczyć się z dodatkową opłatą w wysokości 60 złotych. W PZW dostępne są również różnego rodzaju ulgi dla zasłużonych członków lub emerytów. Mimo to, jeśli wędkarz chce cieszyć się pełną swobodą nad wodą, musi liczyć się ze sporym wydatkiem. Pełny wykaz opłat można zobaczyć na stronie Mazowieckiego Okręgu PZW.

Na tym jednak nie koniec. Jeszcze do niedawna w okręgu mazowieckim obowiązywał zakaz połowu metodą trollingową. Polega ona na ciągnięciu przynęty łódką. W ten sposób łowi się ryby drapieżne. W tym roku zakaz ten został zniesiony. Wydawało się, że zwolennicy tej metody będą zadowoleni, ale PZW postarało się, aby było inaczej. Na mazowieckich wodach można trollingować, ale trzeba się liczyć z kolejną dodatkową opłatą. I to niemałą - wynosi ona aż 1400 złotych rocznie. Co więcej, okręg zezwala na trollingowanie wyłącznie w weekendy w ciągu dnia. To problem dla wędkarzy, którzy do tej metody potrzebują sporej przestrzeni, a jak wiemy w weekendy - które lubimy spędzać nad wodą, niekoniecznie zajmując się wędkowaniem - może być to utrudnione. Podsumowując: wędkarz, który w okręgu mazowieckim chce łowić na wszystkich zbiornikach i każdą metodą, musi zapłacić łącznie 1700 złotych. I dotyczy to jedynie Mazowsza. Jeśli planuje podróż na przykład w góry, dochodzi do tego kolejna opłata okresowa (od jednego do siedmiu dni), którą składa się w danym okręgu.

Powyższe ceny dotyczą jedynie członków koła. Ci, którzy nie są zrzeszeni w PZW, muszą płacić dużo więcej za połów na Mazowszu - 550 złotych rocznie za wody nizinne, 650 za wody nizinne i górskie oraz aż 2500 złotych za pełną składkę (wody nizinne, górskie oraz trolling). 

Wędkarze na pewno aż tak by nie narzekali, jeśli mieliby pewność, że ich pieniądze wydawane są na zagospodarowanie i ochronę wód. PZW chętnie wydaje sporą sumę na inne rzeczy. Nieoficjalnie mówi się, że płaci firmie PR-owej. Jak informował portal wpolityce.com, chodzi konkretnie o Annę Garwolińską, która wspierała związek w trakcie wyjaśnień w sprawie katastrofy na Odrze w 2022 roku. Garwolińska ma do tego barwną przeszłość - groziła np. sekretarzowi stanu ds. cyfryzacji Januszowi Cieszyńskiemu, wypisując na Twitterze listę roślin, którymi można go otruć.

Wędkarze mają dość. Liczne odejścia z PZW

Jednym z największych problemów naszych wód jest jednak niska populacja ryb. W naszym kraju powszechne jest zjawisko kłusownictwa. Niektórzy w nielegalny sposób stawiają siatki na dzikich wodach lub zabijają ryby w barbarzyński sposób w trakcie okresów ochronnych. Ponadto na naszych akwenach regularnie pojawiają się rybacy, którzy wyławiają ryby w siatkach. PZW twierdzi, że są potrzebni do kontroli populacji ryb, jednak wędkarze mają na ten temat zupełnie inne zdanie. Ciągle narzekają na ich obecność i oskarżają o niszczenie populacji ryb. Ponadto rybacy nie zawsze są odpowiednio kontrolowani i zdarza się, że zabierają zbyt dużą liczbę ryb lub stawiają sieci w okresach ochronnych (większość gatunków w polskich wodach w trakcie tarła posiada okres ochronny i wtedy nie może być zabierana). 

Kamyczek do ogródka należy wrzucić także wędkarzom, ponieważ zdarzają się przypadki nieprzestrzegania przepisów i, tak jak w przypadku rybaków, na przykład zabierania zbyt dużej liczby ryb. Jeśli rybostan nie stałby na tak niskim poziomie, część wędkujących z pewnością przymknęłaby oko na ciągły wzrost opłat i inne mniejsze lub większe afery. Wszak mieliby co łowić. Rzeczywistość jest jednak inna i wędkarze mają już dość. Nie zamierzają wspierać organizacji, która pobiera wysokie opłaty i nie może odpowiednio zadbać o stan wód. Pod koniec ubiegłego roku wielu zdecydowało się zrezygnować z członkostwa. Portal wędkuję.pl przekazał, że rok temu ze związku odeszło aż 70 tysięcy wędkarzy. "To dużo, bo dla porównania liczba członków największego okręgu PZW - O. Mazowieckiego to właśnie ok. 70 tysięcy" - czytamy. 

Drapieżniki w Polsce wymierają, a PZW zarybia karpiem

Każdy, kto wybiera się z wędką nad wodę lub interesuje się polską ichtiofauną, zdaje sobie sprawę z tego, że w naszych wodach brakuje ryb drapieżnych. Mowa głównie o rzecznych szczupakach i sandaczach. Dowodem na to są między innymi ostatnie doniesienia Instytutu Rybactwa Śródlądowego oraz Polskiego Towarzystwa Rybackiego. Według ich danych połowy tego pierwszego gatunku w Polsce w ciągu ostatnich 15 lat spadły aż o 47,1 procent. 

Mazowiecki Okręg w celu ochrony populacji drapieżników w Wiśle i Kanale Żerańskim wprowadził "no kill" (zakaz zabijania) dla tych gatunków. Był to bardzo dobry kierunek, ale niestety w tym roku zostało to zniesione, o czym szerzej pisał Dominik Wardzichowski ze Sport.pl. Wędkarze regularnie narzekają także na zbyt dużą populację kormoranów, ale niewielu zdaje sobie sprawę, że jednym z powodów wzrostu liczebności tych ptaków jest właśnie zanik ryb drapieżnych i nieodpowiednia gospodarka rybacka. 

"Ptaki są bardzo dobrymi bioindykatorami, czyli wskaźnikami, na podstawie których określa się kondycję całego środowiska przyrodniczego. Przykładowo wzrost liczebności kormoranów w ostatnich 20 latach pokazuje, jak źle zaplanowana gospodarka rybacka może wpływać pośrednio na inne gatunki. Przełowienie dużych gatunków ryb, jak dorsz, szczupak lub sandacz, powoduje nadmierny rozwój frakcji ryb o mniejszych rozmiarach, te z kolei stanowią idealne pożywienie właśnie dla kormoranów" - czytamy w książce pt. "Ptaki Polski" autorstwa Dominika Marchowskiego.

PZW wydaje się nie do końca zdawać sprawę z tego problemu. Drapieżników w wodach brakuje, wciąż są odławiane, a na dodatek okręgi zarybiają akweny karpiem. Takie informacje przekazał portal wędkuje.pl, który przedstawił, że w niektórych częściach Polski największy procent zarybień stanowił karp. Należy jednak podkreślić, że zarybianie nie jest najlepszą metodą na odbudowę populacji poszczególnych gatunków ryb. Najważniejszy jest rozród dziko żyjących osobników i powinno się przede wszystkim chronić tarliska lub budować ich sztuczne odpowiedniki, jak na przykład w województwie zachodniopomorskim w rzece Parsęcie. 

Niemy krzyk o pomoc Wisły. "Polowanie na dinozaury, które wyginęły"

- Z roku na rok jest coraz gorzej - mówi nam były redaktor gazety "Wiadomości Wędkarskie", a obecnie Youtuber Kamil Walicki, który specjalizuje się w połowie ryb drapieżnych w Wiśle. - Jeżeli chodzi o sandacza i szczupaka na odcinku mazowieckim Wisły, to jest dramat. Ani jednego, ani drugiego praktycznie nie ma. Są jakieś okresy i miejsca, gdzie coś można złowić, ale wyniki są bardzo słabe. Jest jeszcze trochę bolenia i suma, ale z sandaczem jest dramat. To polowanie na dinozaury, które wyginęły. Przyczyn tego jest bardzo dużo i to złożony problem. Wydaje mi się, że główne są dwa problemy. Pierwszy to melioracje, czyli betonowanie dopływów Wisły, przez co zmienia się gwałtownie poziom wody. Są bardzo gwałtowne przybory i bardzo gwałtowne spadki. Nie ma terenów rozlewowych. Drugi to zanieczyszczenie wód. Kiedyś woda w Wiśle też była bardzo zanieczyszczona, ale przez domostwa ludzi, a teraz to jest chemia. Do tego oczywiście trzeba dodać rybaków, PZW, wędkarzy, którzy swoje dokładają, kłusownictwo, kormorany - tłumaczy Walicki.

Walicki ma za złe PZW, że źle gospodaruje naszymi wodami. - Na odcinku warszawskim dwa sezony był odcinek "no kill" dla drapieżników. Teraz został zniesiony. Zasłaniają się tym, że to na życzenie wędkarzy. Pewnie tak jest, ale jak wędkarze domagają się tego, żeby nie było rybaków na naszych wodach, to nie da się tego zrobić. Albo się słucha wędkarzy, albo się ich nie słucha - kontynuował.

Walicki nie widzi również wyjścia z tej sytuacji i pesymistycznie patrzy w przyszłość. - Obserwuję Wisłę i nasze wody od wielu lat i wydaje mi się, że to wszystko leci w dół, jeśli chodzi o ich stan. Przede wszystkim gospodarz, czyli PZW, nie dba o nasze wody. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, że całe PZW jest złe, bo są ludzie w związku, którzy chcą robić coś dobrego, ale są blokowani przez układy. Nie chcę być prorokiem, ale nie widzę możliwości, żebyśmy z tego wyszli, bo ludzie odpowiedzialni za stan naszych wód nie robią nic dobrego. Nie edukują wędkarzy, nie dbają o naturalne tarło, dbają tylko o swoje interesy. Pani prezes przyznała sobie w zeszłym roku 74 procent podwyżki, podwyższając składki, a ryb jest coraz mniej. Niech daje sobie podwyżki, ale chcielibyśmy zobaczyć, że coś się zmienia na dobre - zakończył.

Należy podkreślić, że PZW nie odpowiada w całości za zły stan polskich wód. Związek ten nie ma wpływu na zanieczyszczenia, budowę tam czy meliorację. Swoimi działaniami nie pomaga jednak w ochronie akwenów, a jeszcze bardziej je niszczy. Zadaliśmy kilka pytań w tej sprawie prezes PZW Beacie Olejarz, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...