Wszystkie oczy na Julię Damasiewicz. Nadzieja Polski w Paryżu. "Piekielnie przyjemny sport"

Antoni Partum
W czwartek w Pucku odbędą się mistrzostwa Polski w kitesurfingu z cyklu Land Rover Kite Cup. - To po prostu piekielnie przyjemny sport - tłumaczy w rozmowie ze Sport.pl Helena Brochocka, czyli czołowa polska kitesurferka. Ale w Pucku wszystkie oczy będą skierowane na Julię Damasiewicz, mistrzynię świata do lat 19, która za dwa lata chce zdobyć olimpijski medal.

Wielu z nas dobrze zna ten schemat: staramy się zrobić formę na wakacje, by potem z czystym sumieniem relaksować się na plaży, skosztować panierowanej ryby, a na koniec dobić się jeszcze gofrem. Ale przecież niektórych relaksuje wysiłek fizyczny. Tu pojawia się magiczne rozwiązanie, w którym łączymy przyjemne z pożytecznym: kitesurfing.

Zobacz wideo Barcelona ma nowego idola. Lewandowski jak król na Camp Nou [KULISY]

Kitesurfing, czyli w skrócie sport wodny, w którym poruszamy się na desce przy pomocy latawca (kite). Elementem łączącym latawiec z kitesurferem jest tzw. bar, który składa się z kilku linek o długości 25-30 m. To odróżnia kitesurfing od surfingu, gdzie wystarczy sama deska. Ale to przecież nie jedyna różnica.

- Jeśli weźmiemy pod uwagę kitesurfing, windsurfing oraz surfing, to ten ostatni jest najtrudniejszy. W kitesurfingu zdecydowanie łatwiej nauczyć się podstaw. Ale oczywiście mówimy o podstawowym, rekreacyjnym poziomie. Jeśli jednak już uczymy się robić różne wymagające triki, ogólnie freestyle, to osiągnięcie dobrego poziomu może zająć kilka lat. Na windsurfingu jeszcze dłużej, a surfing, to już w ogóle… Czasem nawet kilkanaście sezonów może nie wystarczyć, by być w tym naprawdę dobrym - tłumaczy Sport.pl Helena Brochocka, jedna z czołowych polskich kitesurferek.

Brochocka ma dobrą perspektywę, bo w CV posiada starty w międzynarodowych zawodach najwyższej rangi, ale przecież nie każdy ma takie ambicje. Ile czasu potrzeba, aby po prostu złapać frajdę z pływania?

- Żeby nauczyć się podstaw, czyli płyniesz w prawo, siadasz w wodzie, płyniesz w lewo, siadasz w wodzie, i tak w kółko, to po tygodniu powinieneś już to umieć. Oczywiście, przy założeniu, że jest dobry "warun", czyli sprzyjający wiatr oraz odpowiedni instruktor. Jasne, wiele zależy od indywidualnych predyspozycji, ale po tygodniowym kursie powinno się już złapać podstawy - uważa Brochocka.

Ale nie wszyscy od razu łapią bakcyla, a i tak mogą zostać mistrzami

- Ja bardzo długo się uczyłam - wspomina Julia Damasiewicz, największa nadzieja polskiego kitesurfingu, która może pochwalić się mistrzostwem świata U-19. - Choć na windsurfingu pływałam od czwartego roku życia, to kite’a spróbowałam jako 12-latka, a dopiero dwa lata później nauczyłam się pływać. Myślę jednak, że jak ktoś idzie na kurs i mniej więcej rozumie podstawowe prawa fizyki, to po tygodniowym kursie powinien już ogarniać. Tygodniowy kurs oznacza, że w wodzie spędzamy jakieś 10-15 godzin - dodaje.

Intuicja podpowiada, że doświadczenie z innych sportów deskowych na pewno pomaga. A jak jest w rzeczywistości?

- Najwięcej wspólnego z kitem ma wake, dzięki któremu możesz się nauczyć kontroli deski. Ale skateboarding czy snowboard też powinny pomóc. Nie tylko pod kątem kontroli deski, ale i ukierunkowania jazdy. Trzeba jednak pamiętać, że do tego dochodzi kontrola nad latawcem, a to już zupełnie inna bajka. Dlatego nawet jeśli ktoś pływa na wake'u, to i tak będzie musiał się nauczyć obsługi latawca, a to nie jest takie łatwe. Ale spokojnie, wszystko jest do nauczenia - mówi Helena.

I tu trzeba otworzyć nawias: Brochocka uprawia freestyle, więc skupia się na efektownych trikach, zaś Damasiewicz używa kite’a, by ścigać się z innymi. Choć w jej przypadku lepiej pasowałoby: by wygrywać z innymi. Julia to nasza wielka nadzieja na medal olimpijski w Paryżu, bo właśnie w 2024 roku kite ma zadebiutować na igrzyskach.

- To przypadek, że startuję w rejsie. Po prostu wypatrzył mnie trener kadry narodowej, który zbierał młodych ludzi z potencjałem. W 2019 roku trafiłam do reprezentacji i tak to się zaczęło. Treningi stały się obowiązkiem, przyjemnym obowiązkiem - mówi Damasiewicz, która potrafi rozpędzić się do niemal 70 km/h! Najszybsi osiągają nawet 80 km/h. Wtedy może zrobić się niebezpiecznie.

- Kiedyś na mistrzostwach świata juniorów jedna z zawodniczek nie skontrolowała swojego latawca, zrobiła pełen obrót i wpadła na mnie. Przecięło mi to piankę i rozcięło nogę, a sprzęt się zepsuł. To był dość drastyczny wypadek. Nie poradziłybyśmy sobie bez pomocy motorówek, które szybko do nas podpłynęły. Dlatego w wodzie zawsze staram się być maksymalnie skupiona, pływać bezpiecznie i nie pływać na ślepo. Usiłuję trzymać się swojej wcześniej ustalonej taktyki, a nie pływać na ślepo za innymi. Choć muszę przyznać, że czasem podejmuję ryzyko. W końcu to rywalizacja sportowa - opisuje Julia Damasiewicz.

I dodaje: - Nie ma co wpadać w panikę. Wychodząc z domu, też mamy ryzyko, że potkniemy się na schodach. Jadąc samochodem, również jesteśmy narażeni, że ktoś w nas wjedzie, więc po prostu trzeba być przezornym, ale nie przestraszonym. A to duża różnica.

"To po prostu piekielnie przyjemny sport"

Co przyciąga ludzi do kitesurfingu, oprócz tego, że wzmacnia siłę fizycznie oraz błyskawicznie poprawia kondycje? To na pewno obcowanie z naturą. Pływanie wśród malowniczych krajobrazów. Choć ciało się męczy, to przynajmniej oczy odpoczywają.

- To po prostu piekielnie przyjemny sport. Mnie przede wszystkim napędzają wyzwania, którymi są coraz bardziej skomplikowane triki. Tym bardziej że ten proces nigdy się nie kończy. Zawsze możesz zrobić dany trik lepiej, albo jakoś go urozmaicić. Nigdy nie kończy się możliwość progresu. W kite nie możesz osiągnąć samego szczytu, bo zawsze we freestyle’u możesz się poprawić. Ale równie dużą zaletą jest obcowanie z naturą. Na deskorolce jeździsz jednak głównie po mieście, po betonie albo na skate parku, a w kite otaczają się cudowne laguny, palmy, piękne plaże, duże fale, błękitna woda i w dodatku słońce świeci. Bliskość natury jest fascynująca - wzdycha Brochocka.

Wymarzone kierunki kitesurferów? Meksyk, Brazylia, Australia czy RPA. Ale pływać można niemal wszędzie. Nawet na zimnych wyspach Kanady, na Islandii czy… na Antarktydzie! No i w Polsce.

Oczywiście, nie jesteśmy mekką kitesurfingu, ale na niemal całym wybrzeżu są spoty. Zawodnicy chwalą spot w Rewie, a najwięcej pływa się na Helu i w jego okolicach. I to właśnie w Pucku odbędą się w czwartek mistrzostwa Polski, gdzie faworytką do medalu wśród pań jest, rzecz jasna, Damasiewicz.

I tu warto otworzyć nawias. Ciekawym zjawiskiem jest fakt, że więcej dziewczyn reprezentuje Polskę na arenie międzynarodowej niż mężczyzn. Kiedyś było pięć dziewczyn, które nas reprezentowały we freestyle’u, a mężczyzn w Pucharze Świata raczej nie mamy. Ale wróćmy do Pucka.

Pierwsze zawody cyklu Land Rover Kite Cup odbyły się w Rewie i przyciągnęły tłumy fanów sportów wodnych. Teraz odbędzie się druga edycja. Warto zaznaczyć, że 100 zł ze wpisowego każdego zawodnika jest przeznaczane na ochronę Bałtyku i Fundację Mare. 

Na wszystkich uczestników - poza sportowymi emocjami - czeka specjalna strefa Land Rovera, w której można skorzystać z jazd testowych i poznać modele brytyjskiego producenta. Jest też strefa relaksu Land Rovera, gdzie można obserwować zmagania sportowców na wygodnych pufach. 

Kibice z pewnością zobaczą wiele pasjonujących wyścigów, ale zawodnicy muszą uważać na groźne urazy. Najczęstsze kontuzje kitesurferów to urazy więzadeł krzyżowych w kolanie oraz problemy z barkami. Często zdarzają się też skręcone kostki czy poobijane żebra. I właśnie dlatego organizatorzy imprezy i Land Rover przygotowali Rescue Box, w którym znajduje się niezbędny sprzęt do ratowania życia, a instruktorzy prowadzą też bezpłatne szkolenia z udzielania pierwszej pomocy dla chętnych. Ale miejmy nadzieję, że teorii nie będzie trzeba przekuwać w praktykę.

Więcej o: