Koronawirus wciąż szaleje, ale amerykańskie ligi wracają. Ktoś musi wyżywić sport

Wrócili piłkarze i baseballiści, za chwilę wracają koszykarze i hokeiści, sezon futbolu amerykańskiego też ma się odbyć. To wszystko wśród kiepskich danych o zakażeniach, wśród informacji o odwoływaniu zawodów w innych sportach. Więc lepiej trzymać kciuki, by ligom USA się udało: zawodowym, ale i uniwersyteckim. Bo jeśli ta fabryka pieniędzy stanie na dłużej, to powywracają się olimpijskie budżety.

Spartan Race, potentat na rynku organizacji biegów z przeszkodami, właśnie wyczyścił swój kalendarz. Odwołał wszystkie biegi i imprezy w Stanach Zjednoczonych w 2020 roku. Promuje wydarzenia wirtualne, a na te prawdziwe każe poczekać do 2021. Władze firmy stwierdziły, że rywalizacji z koronawirusem nie wygrają, a "priorytetem jest bezpieczeństwo zawodników, wolontariuszy, kibiców i pracowników". Firma wniesionych już opłat zwracać nie będzie, można je wykorzystać w elektronicznym sklepie lub przenieść na następny rok. Taki jest sposób Spartan Race, by przeczekać. Ale nie każdy w amerykańskim sporcie może zamrozić biznes na tak długo. I dla dobra światowego sportu lepiej, żeby nie wszyscy zamrażali. Zwłaszcza wielkie ligi USA.   

Niemal w komplecie 

Z pięciu najważniejszych najszybciej do gry wróciła piłkarska MLS (na razie na turniej przedsezonowy "MLS is Back"). Mogła ją wyprzedzić baseballowa MLB, ale tam przeciągnęły się negocjacje zawodników z właścicielami klubów. Związek zawodowy baseballistów chciał grać więcej meczów w skróconym sezonie. Właściciele klubów woleli krótszy sezon. Dla zawodników więcej meczów oznacza większe pieniądze, bo wypłaty są uzależnione od liczby rozegranych spotkań. Ostatecznie osiągnięto porozumienie. Zespoły rozegrają tylko po 60 meczów. Normalny sezon to 162 spotkania.  

Sytuacja epidemiologiczna właściwie nie pozwala nawet i na taką ograniczoną szarżę. Sezon baseballowy nie trwa nawet tydzień, a już trzeba odwoływać mecze, bo 17 osób w drużynie Florida Marlins ma koronawirusa. Komisarz MLB Rob Manfred po tej informacji starał się robić dobrą minę do złych wieści. - Nie uważam tego za koszmar. Pozostaję optymistą. Myślę, że możemy kontynuować grę i zakończyć sezon nawet przy takiej epidemii - oznajmił. Dał znak, że liga na razie nie zamierza przerywać sezonu. Trzeba ograniczać straty. Jeden z punktów porozumienia z zawodnikami zakłada za to, że mogą oni bezkarnie zrezygnować z gry w obecnym sezonie. Skorzystało z tego kilka gwiazd jak David Price z Los Angeles Dodgers czy Ryan Zimmermann z mistrza kraju Washington Nationals. Jedyny kanadyjski zespół MLB – Toronto Blue Jays - na czas sezonu musiał przenieść się do USA. Większość meczów w roli gospodarza będzie grać w Buffalo. Kanadyjski rząd nie zgodził się na zwolnienie drużyny z obowiązkowego Quarantine Act przy powrotach z wyjazdowych meczów do sąsiada z południa.   

Zobacz wideo Awansowali do ekstraklasy. I co dalej? [SEKCJA PIŁKARSKA #56]

Baseball na chwiejnym podłożu, MLS nie w komplecie

Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że rozgrywki baseballa i tak stoją na chwiejnym podłożu. Zakładają przecież grę na obiektach 30 klubów na całym kontynencie, a co za tym idzie, podróże i brak izolacji dla głównych aktorów zawodów. To zupełnie inny scenariusz niż w MLS czy wznawiającej w czwartek sezon NBA, gdzie skoszarowano graczy w sportowym kompleksie parku rozrywki Walta Disneya na Florydzie. A to też nie rozwiązało wszystkich problemów MLS.  

Niektóre kluby nie były w stanie rozegrać meczów w zaplanowanym terminie. COVID-19 dotknął graczy lub członków sztabu ekip Dallas, Nashville, Colorado Rapids, w sumie kilkanaście osób. To zmusiło dwa pierwsze teamy do wycofania się z zawodów. Ogólnie pomysł przylotów zawodników na Florydę - która mogła wydawać się rajem dla sportowców, bo pozwalała na zamkniętą dla kibiców rywalizację - z perspektywy czasu też budzi pewne wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa. Floryda do restrykcji związanych z COVID-em od początku podchodziła bardzo liberalnie. Efekt? Ma obecnie aż 442 tysiące zakażonych. To więcej niż w Nowym Jorku czy Teksasie, a by złapać europejską skalę, o ponad 150 tys. więcej niż miała Hiszpania. Dopiero w ostatnich dniach na Florydzie nieco obniżyła się liczba nowych zakażeń. W całym kraju zanotowano jednak właśnie największą od połowy maja dzienną liczbę koronawirusowych ofiar – niemal 1600 osób.  

Sportowcom na Florydzie pozostaje tylko liczyć, że koronawirus przez bramy imperium Walta Disneya się nie przedrze i że restrykcji będą pilnowali wszyscy członkowie ekipy obsługującej kompleks. Pomijając kłopoty trzech wymienionych drużyn, na razie się to udaje.   

Ten plan chcą powtórzyć koszykarze NBA, którzy spędzą tam niemal 3 miesiące. Władze ligi, jak podał ESPN, zapłacą za ten pobyt i organizację tam meczów ponad 150 mln dolarów. Gdyby kluby mogły normalnie organizować mecze, to ze sprzedaży biletów wygenerowałyby sześć razy tyle. Ale nie ma co już płakać nad niezrealizowanymi przychodami, trzeba ratować co się da. Priorytetem jest gra, produkcja sygnału i transmisje. Gdyby kontraktów telewizyjnych nie udało się wypełnić, straty mogłyby być o wiele większe.  

Podobnie muszą kalkulować w hokeju, który w sobotę rozpocznie rywalizację o Puchar Stanleya – play-off w NHL. NFL – najbogatsza liga świata - na razie do sezonu przygotowuje się tak, jakby miał się on odbyć normalnie. Na zmianę decyzji ma jeszcze czas. Sezon regularny w zawodowym futbolu rusza dopiero 10 września.  

Rozgrywki akademickie i ich wpływ na igrzyska 

Największy problem Amerykanie będą mieli z powrotem do gry rozgrywek uniwersyteckich. I te kłopoty dotkną - śmiało można powiedzieć - całego świata. Akademicka liga futbolu amerykańskiego i w mniejszym stopniu liga koszykarska to koło zamachowe olimpijskiego sportu. Dzięki ogromnym dochodom z transmisji meczów - dla przykładu stacja ESPN za jeden mecz play-off futbolu płaci 100 mln dolarów - szkoły finansują inne deficytowe sporty. Dzięki temu Amerykanie na każdych igrzyskach zdobywają worki medali, a amerykańska telewizja wypłaca MKOl ogromne kwoty za transmisje. Do igrzysk w Londynie telewizje z USA zapewniały ponad 50 procent dochodów MKOl z tego tytułu. Potem ten procent nieco spadł, bo NBC zapłaciła za prawa do igrzysk Rio de Janeiro 1,23 miliarda dolarów, a całe przychody za transmisje wyniosły 2,85 miliardów.  

Ale na tym nie koniec. Dzięki futbolowi szkoły rozwijają swoje zaplecze treningowe – obiekty i metody, z których korzysta potem cały świat. Na ostatnich igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro byli lub aktualni członkowie akademickich drużyn sportowych z USA reprezentowali 107 krajów. Szwed Armand Duplantis - największa gwiazda lekkiej atletyki w tym roku - który w lutym pobił rekord świata w skoku o tyczce (6,18 m), swój sportowy talent rozwinął na obiektach Uniwersytetu Luizjany. Zespół tej uczelni - LSU Tigers to czołowa drużyna futbolowa w kraju – mistrz z 2020 roku. W sezonie 2018-19 drużyna przyniosła szkole 92 mln dolarów przychodów i 56,6 mln czystego zysku, który departament sportu przeznaczył na utrzymanie innych drużyn, aby tacy zawodnicy jak Duplantis mogli w przyszłości bić rekordy świata.  

Już teraz - licząc się ze stratami - niektóre uniwersytety zwalniają trenerów i rozwiązują drużyny w deficytowych sportach. Jeśli sezon futbolu i koszykówki nie odbędzie się, wielu sportowców straci możliwość przygotowania się do igrzysk olimpijskich. A głębszy kryzys sportu akademickiego w USA oznacza poważny problem dla całego ruchu olimpijskiego. Mniej amerykańskich sukcesów oznacza mniejsze zainteresowanie stacji telewizyjnych z USA, a co za tym idzie, mniejsze dochody MKOl. Bez świetnych wyników wykutych w amerykańskich uniwersytetach zawody pływackie czy lekkoatletyczne stracą wiele ze swojego blasku. A to oznacza niższą oglądalność dwóch najważniejszych sportów olimpijskich, mniejszą moc przyciągania sponsorów. Krótko mówiąc, błędne koło zaciskania pasa.