Sport.pl+

To był miesiąc grozy dla Polaków w UFC. Pewna era się skończyła

Mateusz Gamrot
Screen z https://www.youtube.com/watch?v=biJP2ZV-RoE

Był wrzesień 2020 roku, gdy Jan Błachowicz został pierwszym męskim, a drugim w ogóle polskim mistrzem UFC. Sześć lat później na ten sam miesiąc patrzymy z nadzieją, bo ważnych walk dla przyszłości naszych zawodników w tej federacji nie zabraknie. Głównie w wadze półciężkiej, w której królem był Błachowicz. Dobrych wieści potrzebujemy na już, bo sierpień... łatwy nie był. Pewna era się skończyła, czas na nową.

O sierpniu 2026 roku najlepiej szybko zapomnieć. Był jednym z najgorszych miesięcy dla polskich zawodników w UFC od lat. Miały być wielkie zwycięstwa Jana Błachowicza oraz Mateusza Gamrota, a były: łomot i jeszcze większy łomot. To kres pewnej ery, bo te porażki to ostateczny koniec szans, by najbardziej doświadczone obecnie pokolenie naszych zawodników dało nam kolejnego mistrza w UFC. "Legendarna polska siła" potrzebuje resetu, ale po fatalnym sierpniu może przyjść wrzesień pełen nadziei. Będzie na kogo patrzeć i komu kibicować.

Zobacz wideo Klaudia Kazimierska pobiegła po rekord Polski

Czas można oszukiwać, ale nigdy bez końca

Co do 43-letniego Błachowicza, wizja brutalnego końca marzeń o jeszcze jednej próbie zdobycia pasa mistrzowskiego już nad nim wisiała. Nie będzie to może najpiękniejsze określenie, ale każdy zawodnik ma swój sportowy "termin ważności". Oczywiście, wielu już pokazywało, że wiek to tylko liczba. Sam Polak przecież jeszcze w marcu zeszłego roku stoczył wyrównaną walkę z Carlosem Ulbergiem, obecnym mistrzem wagi półciężkiej. W dodatku będąc po prawie dwuletniej przerwie i poważnych operacjach obu barków.

Wiadomo jednak było, że któregoś dnia trafi się ktoś znacznie młodszy, kto będzie bił za mocno, a przede wszystkim za szybko. Navajo Stirling okazał się tym kimś, a 1 sierpnia 2026 roku tym dniem. Australijczyk jako drugi zawodnik w UFC rozbił Polaka ciosami. Oglądanie tego bolało o tyle mocno, że rywal wziął tę walkę w zastępstwie, a jak sam przyznał, przed otrzymaniem oferty starcia z Błachowiczem był w okresie imprezowania, a nie treningu. Mimo to dał radę i to w wielkim stylu.

Gamrot wie, co to przyjąć walkę. Wycofanie się jest mu obce i wstrętne

Mateusz Gamrot równo tydzień później miał zamknąć drzwi do czołówki kolejnemu młodzianowi. Pokazywał już Ludovitowi Kleinowi oraz Estebanowi Ribovicsowi, jak wiele im brakuje (bardzo wiele). To samo miało stać się z Quillanem Salkilldem, na papierze mocniejszym od dwóch poprzednich, ale wciąż z doświadczeniem wielokroć mniejszym od Gamrota.

Skończyło się tak, że Australijczyk (mocno nam ten naród podpadł...) go zdominował i Polak się poddał, co jest trudne do uwierzenia, bo wcześniej Gamrota do "klepania" zmusił tylko były mistrz Charles Oliveira, na gali w Brazylii. Tymczasem Charles Oliveira nawet poza ojczyzną jest potworem, a gdy walczy w Brazylii, jego umiejętności jakby się podwajają. Do tego stopnia, że nic gorszego spotkać cię nie może (nigdy tam nie przegrał). 

Tutaj też Polak trochę stracił swojej mentalności - "jestem gotowy wszędzie i zawsze". Po walce zdradził, że wyszedł do walki z "nosem w kawałkach" (co było już przed nią widać), a przez ten uraz ostatnie trzy tygodnie zamiast na normalnych przygotowaniach, spędził na walce, by w ogóle go do akcji dopuszczono. Większość zawodników zapewne by się wycofała i próbowała przełożyć starcie. On tego nie zrobił i możemy tylko gdybać, jak by to wyglądało, gdyby nie stanął do walki po takich problemach. 

Era zakończona. Nowe pokolenie proszone do działania

Na koniec dnia nie liczą się jednak alternatywne scenariusze, tylko fakty, a te są takie, że Gamrot oraz Błachowicz mistrzami już nie będą. "Gamer" jest co prawda 7 lat młodszy, jednak walczy w wadze lekkiej, a im niższa kategoria, tym szybciej odczuwa się skutki wieku. 35-latek w wadze półciężkiej to zawodnik wciąż w bardzo dobrym wieku. U "lekkich" to już dużo, zwłaszcza gdy ktoś zamierza dopiero wspiąć się na szczyt i nie ma bardzo efektownego stylu, który wskazuje w UFC drogę do wielu skrótów w drodze na szczyt. 

Gamrot oraz Błachowicz przynieśli nam wiele radości. Może jeszcze przyniosą, bo żaden z nich kariery teraz nie zakończy. Nasz były mistrz półciężkiej wyzywał już nawet na pojedynek innego weterana, byłego czempiona wagi średniej Roberta Whittakera. Poziom mistrzowski jednak jest już nie dla nich. Dla zawodników takich jak Marcin Tybura, Michał Oleksiejczuk czy Mateusz Rębecki - też nie. 

Dlatego właśnie z nadzieją wyczekujemy września. O ile sierpień był dla nas dramatem i zbrodnią na nadziei, tak we wrześniu nadzieja może dostać znów nieco życia. Głównym punktem programu będzie gala UFC 331 w Los Angeles 19 września. Zobaczymy tam w akcji Iwo Baraniewskiego. Nie mieliśmy wcześniej polskiego zawodnika, który wszedłby do UFC z drzwiami, futryną oraz kawałkiem ściany. On właśnie tak zrobił. 

"Następca Błachowicza" przed największym testem

Stoczył dla tej federacji trzy walki, które łącznie potrwały niecałe 3,5 minuty. Wszystkie kończyły się brutalnie i zwycięsko dla Polaka, dysponującego potworną siłą ciosu. Fakt, nie miał zbyt poważnych rywali. Najmocniejszego (co nie znaczy - mocnego) miał w debiucie, gdy z Ibo Aslanem stoczyli taką bitwę, że ich walka stała się viralem w sieci. Austen Lane i Junior Tafa (ten drugi walczył w zastępstwie) są w UFC głównie po to, by lepsi mieli z kim efektownie wygrać. 

Teraz czeka na Polaka Alonzo Menifield. Weteran federacji (już 18 walk), który w jednej ręce ma więcej umiejętności, niż cali Lane oraz Tafa razem wzięci (i pomnożeni przez osiem). Też ma ciężką rękę, w parterze amatorem nie jest, a w ostatnich latach byle kto go nie pokonywał. Można go natomiast znokautować, bo z sześciu walk, które w UFC przegrał, cztery razy był rozbijany ciosami. Obecny mistrz wagi półciężkiej, Carlos Ulberg, "położył go do snu" w 12 sekund. Baraniewski ma w pięściach petardy, które w kontakcie z nie do końca twardą szczęką mogą zrobić rywalowi coś paskudnego. 

Talent czystej wody. Jej odmęty kryją jednak zagadki

Jest jeszcze sporo rzeczy, których o Baraniewskim nie wiemy. Co będzie, gdy jego walka w UFC przeciągnie się do drugiej, a nawet trzeciej rundy? Co, jeśli trzeba będzie walczyć w parterze? Jeśli o to drugie chodzi, Iwo jest judoką, a dwa pierwsze zwycięstwa w karierze zawodowej odnosił przez poddania, więc w sztuce zapaśniczo-grapplerskiej coś na pewno umie. Poza tym jest silny jak koń, nawet jak na wagę półciężką, co może czynić go trudniejszym do skontrolowania. Niemniej w UFC nie mamy jeszcze żadnej weryfikacji.

Jeśli jednak Baraniewski chce do ścisłej czołówki, kogoś takiego jak Menifield musi pokonać. To jego bilet na dłużej do top 15 rankingu półciężkich i kolejna szansa, by potwierdzić, że może zostać następcą Jana Błachowicza.

Zastanawiałem się nawet, czy dla Iwo nie byłby korzystny, sportowo i wizerunkowo, pojedynek z Błachowiczem. Symboliczne przekazanie pałeczki. Jednak nie wiem, czy warto ryzykować zdrowie naszego byłego czempiona w starciu z kimś z tak potężną siłą ciosu.

Poza tym Baraniewski może ową pałeczkę przejąć w inny sposób. Zapracować na walkę z Navajo Stirlingiem i pomścić Błachowicza. Trochę nawet szkoda, że nie wyzwał Australijczyka do starcia po jego nokaucie na naszym rodaku. Oczywiście, nie dostałby jej już teraz, nawet po pokonaniu Menifielda. Zasiałby jednak ziarno na przyszłość, a UFC miałoby dodatkowy powód, by do takiej walki kiedyś doprowadzić. 

Jędrzejczyk i Kowalkiewicz czekają. Syguła na razie je małą łyżką, ale może wkrótce...

Oczywiście, wrzesień to nie tylko Baraniewski. To także Klaudia Syguła i jej walka z Norą Cornolle. Polka przegrała w debiucie w UFC, ale od tamtej pory pokazała duży progres i zdominowała dwie ostatnie rywalki. Do sukcesów Joanny Jędrzejczyk, czy nawet szczytowego poziomu Karoliny Kowalkiewicz jeszcze sporo brakuje, ale jeśli 27-latka utrzyma trajektorię i prędkość rozwoju, to kto wie?

W dywizjach kobiecych droga na szczyt bywa krótsza. Nie aż tak jak kiedyś, bo Jędrzejczyk np. została mistrzynią już w trzeciej walce dla UFC. Tylko że wtedy żeńskie kategorie wagowe w federacji dopiero się rozkręcały, a Polka była drugą w historii czempionką wagi słomkowej (kogucia, w której walczy Syguła, ma najdłuższe tradycje, bo ten pas istnieje od 2012 roku i czasów słynnej Rondy Rousey). Wciąż jednak trzeci triumf z rzędu (a rywalka Klaudii ma w UFC bilans 3-3, więc nic wielkiego) z pewnością dałby jej możliwość starcia z kimś notowanym w rankingu top 15 (w którym Polka już jest, na 15. miejscu). 

Rekord ze skazą? To często lepiej, niż obijać byle kogo i byle gdzie

Warto też 22 września śledzić Dana White Contender Series, czyli swego rodzaju kwalifikacje do UFC. Zazwyczaj zwycięzca walki na takiej gali dostaje kontrakt, chyba że poziom jest słaby z obu stron. Zawalczy tam Damian Piwowarski - z Niemcem Emilio Quissuą. "Damsyn" ma rekord 11-4, ale większość walk stoczył dla KSW i jeśli przegrywał, to nie z byle kim. Ilu to już było w UFC takich, którzy przychodzili z bilansami typu 10-0, ale nabitymi na przeciwnikach wyciągniętych nie wiadomo skąd, o miernych umiejętnościach. I potem, na poważnym poziomie, następowała weryfikacja.

Piwowarski nie błyszczy zerem po stronie porażek, ale za to doświadczeniem z dobrymi zawodnikami. Ma kapitalne warunki fizyczne (prawie 2 metry wzrostu), potrafi znokautować (6 takich wygranych), jest świetny w świetnym - zwłaszcza jak na wagę półciężką - wieku (28 lat). Wiele się tu zgadza, a jeśli rozwój będzie utrzymywał dobre tempo, polska ofensywa wśród półciężkich będzie miała dwa ostrza, nie tylko Baraniewskiego. 

Polska flaga na pasie. Czekamy, aż pas będzie na polskich biodrach

Zmiana pokoleniowa zaczęła się wcześniej. Z uwagą obserwujemy Jakuba Wikłacza w wadze koguciej (już dwa zwycięstwa) i młodszego z braci Oleksiejczuków, czyli Cezarego, w półśredniej. Robert Ruchała spadł nieco w tej hierarchii, bo ma już na koncie dwie porażki i musi się szybko pozbierać, bo bilans 0-3 wyrzuci go z UFC.

W Baraniewskim można pokładać największe nadzieje na kolejnego polskiego mistrza i oby 19 września to udowodnił. Ale może za jakiś czas ktoś jeszcze do niego dołączy? Na pasie UFC widnieje polska flaga, jako że nasz kraj był jednym z ośmiu pierwszych państw, które miały swojego mistrza (u nas mistrzynię Jędrzejczyk). Warto byłoby, żeby znów zawisł wokół bioder kogoś znad Wisły. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...