13 kwietnia 2018 roku. To jak dotąd ostatni dzień, w którym mistrz KSW wagi ciężkiej nie nazywał się Phil De Fries. Dzień później Anglik znokautował na gali KSW 43 Michała Andryszaka i przejął pas, rozpoczynając panowanie, które okazało się najwspanialszym w dziejach całej federacji. Trzynaście obron tytułu, jedenastu różnych rywali (Darko Stosicia i Tomasza Narkuna pokonywał dwa razy), osiem lat i cztery dni. Dominacja, jakiej być może nawet cały świat MMA nie widział.
Kolejnym, który postanowił spróbować obalić angielskie rządy, był Marcin Wójcik. Do niedawna jeszcze zawodnik wagi półciężkiej, ale postanowił nabrać na masie i przejść do cięższej dywizji. Drogę do walki o mistrzowski pas utorował sobie, pokonując jednogłośnie na punkty Augusto Sakaia, byłego zawodnika UFC oraz jednego z rywali pokonanych wcześniej przez De Friesa. Oczywiście Anglik przystępował do tej walki w roli zdecydowanego faworyta. Niemniej Wójcik swoje argumenty też miał, głównie w szybkości oraz w pięściach (11 razy wygrywał przez KO lub TKO).
De Fries dobrze wiedział, że bić się w stójce z Wójcikiem to nie jest dobry pomysł. Szybko poszedł po obalenie i skutecznie tego dokonał. Zaczęła się klasyczna dla Anglika kontrola i obijanie ciosami, a nawet jak Polak był blisko wstania, to mistrz niemal z miejsca poprawiał pozycję. Wyglądało to źle dla Wójcika, a miało być tylko gorzej. I było. Niezwykle szybko.
Na niespełna minutę przed końcem I rundy De Fries znalazł wreszcie drogę do szyi Wójcika, której szukał od dłuższego czasu. Zapiął duszenie, a Polak nie miał wyjścia, musiał odklepać. Trzynasta skuteczna obrona tytułu Phila De Friesa i to jedna z najbardziej dominujących. Wójcik nie miał tu po prostu żadnych szans. Wielu przed nim przekonywało się, że Anglik to arcymistrz parterowej kontroli. Uwali się na tobie i albo ubije, albo udusi. Minęło osiem lat, a nikt nadal nic nie może z tym zrobić.