W Białym Domu na 80. urodziny Donalda Trumpa spodziewane jest ciężkie lanie

Radosław Leniarski
Fot. Nathan Howard / REUTERS

14 czerwca w ogrodzie Białego Domu odbędzie się gala UFC - ponieważ gospodarzowi podoba się nawalanka w ringu, tak jak i jego konserwatywnemu elektoratowi.

Szef UFC i znany przyjaciel Donalda Trumpa, Dana White, ogłosił kartę walk MMA, które zostały zaplanowane w niedzielę 14 czerwca w Białym Domu, na tzw. Południowym Trawniku. Impreza odbędzie się dla uczczenia 80. urodzin prezydenta Stanów Zjednoczonych i 250. rocznicy powstania kraju. Oficjalnie jest to "UFC Freedom 250".  

Zobacz wideo Walczył z Usykiem, był mistrzem świata. "Przedstawiano mnie jak mięso armatnie"

Jest nieprzefajnowana, powiedzmy uczciwie, choć miała być THE BIGGEST i BEAUTIFUL. W pojedynku wieczoru niepokonany Ilia Topuria zmierzy się z Justinem Gaethje w walce o tytuł mistrza świata wagi lekkiej, opuszczonej przez największego zabijakę w tym rewirze, czyli Rosjanina, Dagestańczyka Islama Machaczewa. White zaprzeczył, że chciał, żeby zmierzył się z Topurią właśnie Machaczew, ale takie krążą plotki. Spodziewany wynik pojedynku Topurii z Gaethje (27-5): dotkliwe lanie, jakie może zebrać słabszy w walce w parterze Amerykanin na oczach szacownego jubilata, gospodarza i pomysłodawcy imprezy. 

Wcześniej odbędzie się kilka mniej spektakularnych wydarzeń. Z kronikarskiego obowiązku: Alex Pereira zmierzy się Cirylem Gane o tymczasowy pas wagi ciężkiej, Sean O'Malley z Aiemann Zahabim, Mauricio Ruffy z Michaelem Chandlerem, Bo Nickal z Kylem Daukausa i Diego Lopes z Steve'em Garcią. Oprócz Topurii tylko Alex Pereira znajduje się na liście 15 najlepszych zawodników UFC bez względu na wagę, ale pojedynek z Ganem będzie dla niego pierwszym w wadze ciężkiej.

Topuria urodził się w Halle w Niemczech, rodzice są Gruzinami z Abchazji. Spędził kilka dziecięcych lat w Gruzji, gdzie zaczął trenować. Od 15. roku życia mieszka w Alicante w Hiszpanii. Ma kapitalny bilans: 17 zwycięstw, w tym 11 w pierwszej rundzie, siedem przez nokaut. 

Gdyby nie on, regionu dominującego w MMA - czyli Kaukazu - nie byłoby na gali wcale. I jest to dziwniejsze, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.  

Gwiazdy MMA z rosyjskich republik autonomicznych

Obecnie w tej najlepszej piętnastce większość to ludzie z rosyjskimi paszportami, urodzeni w kulturze przemocy kaukaskich republik autonomicznych federacji rosyjskiej: Dagestanu, Czeczenii, Inguszetii. Nie mają większych problemów, żeby walczyć na terenie Stanów Zjednoczonych w ramach federacji UFC. Na początku wojny Rosji z Ukrainą owszem, mieli, ale teraz, gdy w Białym Domu i w kraju króluje Donald Trump, praktycznie żadnych. Szef i współwłaściciel UFC Dana White jest przyjacielem Trumpa, czasem lata z nim Air Force One, wyprodukował film propagandowy "Combatant-in-Chief" ("Naczelny weteran"). Prezydent bywa na wieczorach z MMA, ring w każdej postaci zawsze go kręcił, jego związki były też biznesowe – w jego kasynach odbywały się głośne walki, w tym Andrzeja Gołoty w Atlantic City. Utrzymuje zażyłe kontakty z zawodnikami, były mistrz świata UFC Connor McGregor bywał gościem w Białym Domu.  

White odwzajemniał się: na kilku konwencjach wyborczych i partyjnych wygłaszał gorące przemówienia z poparciem Trumpa, był przy nim, gdy prezydent ogłaszał zwycięstwo w ostatnich wyborach. 

Przyszedł czas, żeby dać od siebie jeszcze więcej - stąd odzew na pomysł prezydenta o wieczorze w UFC, który został przez niego rzucony rok temu, 4 lipca, czyli w Dzień Niepodległości. Trump był akurat na Targach w Des Moines, dobrym miejscu na polityczny wiec republikanów. Targi te – cudownie opisane przez Davida Fostera Wallace'a w tekście "Bilet na Targi" z 1993 r. – ściągają rolników z całego stanu, ba, całego kraju.

Organizowane są zawody i konkursy, w tym oczywiście konkurs na to, kto przywiózł większą krowę, ale także kto dłużej wytrzyma szaleńcze kręcenie na karuzeli, legendarnej w okolicy The Zipper.  

Pierwszy fan sportów walki

Właśnie tam Trump ogłosił plan na wielkie mordobicie w Białym Domu. – Mamy tam mnóstwo miejsca – powiedział (początkowo impreza miała się odbyć 4 lipca, ale z różnych przyczyn przesunięto ją na 14 czerwca).  

Tego samego dnia rzeczniczka Karoline Leavitt zaskoczonym reporterom potwierdziła, że prezydent jest "śmiertelnie poważny", jeśli chodzi o zorganizowanie walk w Białym Domu. Mało tego, oficjalne ważenie odbędzie się w Mauzoleum Abrahama Lincolna, czyli tam, gdzie Martin Luther King wygłosił słynną przemowę "I Have a Dream". 

King miał swoje marzenia, a Trump ma swoje. Jest fanem boksu, MMA i wrestlingu, a zapewne również wolnej amerykanki. Przejął formy ekspresji tradycyjnie obecnej w promocji walk. Przejął i zastosował je do walki politycznej, zasadniczo w tym samym celu, co promotorzy sportowi: przyciągnięcia do siebie jak największej liczby osób, które kupią bilety lub zagłosują. Promotorzy są skandalizujący, maczystowcy, głośni, rzucający obraźliwe słowa do przeciwników, często są na bakier z prawem. Słowem kluczem w ich słowniku jest "kayfabe". Jest to termin z wrestlingu, który przetransferował się poza środowisko udawanych zapasów: chodzi o stworzenie postaci mało prawdopodobnych w rzeczywistości, wręcz komiksowych, o przedziwnych fryzurach, często pomarańczowych, postaci przerysowanych, ale tak intensywnych, żeby publiczność uwierzyła – przynajmniej na czas i na potrzeby przedstawienia – że są prawdziwe. 

Mało tego, Trump wiąże się z walkami w ringu nie tylko dlatego, że to lubi, lecz także dlatego, że to dobrze robi jego wizerunkowi wśród męskiego, konserwatywnego elektoratu, zawsze tęskniącego za twardzielem na czele kraju, który zrobi wreszcie porządek ze wszystkim, co jest trochę inne. Trump stworzył nierzeczywistą postać zbuntowanego miliardera spoza układu, mieszającego poważną politykę z rozrywką, mówi na przykład, że ktoś został znokautowany, gdy wiadomo, że zginął w bombardowaniach na jego rozkaz. 

I to widowisko zorganizuje na cześć swoją i na cześć kraju na terenie Białego Domu – to przecież też jakby nierzeczywiste, nie do pomyślenia. Chociaż... U nas okazja do porządnego mordobicia na dziedzińcu Pałacu Radziwiłłów została zaprzepaszczona przez rząd PiS i prezydenta Andrzeja Dudę kilka lat temu. Podczas obchodów 100-lecia Niepodległości Polski występowała Krystyna Prońko i Maryla Rodowicz, a w męskich konkurencjach Jan Pietrzak i Krzysztof Cugowski. Następna pełna rocznica nadejdzie za niespełna pół wieku.  

Pewną szansę na porządne obchody, na porządną "pięćdziesiątkę", widzę w prezydencie Nawrockim, dziś 43-letnim. Musiałby się tylko utrzymać w pałacu na następną kadencję. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...