Przemysław Saleta przez wiele lat był gwiazdą polskiego kick-boxingu oraz boksu. Karierę zakończył w 2015 r., zatem ominął go freakfightowym bum, jaki później zawładnął Polską i skusił nawet wielkie nazwiska, np. Tomasza Adamka. A jak 57-latek ocenia tę specyficzną formę sportów walki?
O tym mówił w programie "A pamiętasz jak?", gdzie rozmawiał z Piotrem Wesołowiczem i Tomaszem Pazdykiem, dziennikarzami Sport.pl. - Na początku, jak to powstało, uważałem to za fajny pomysł o tyle, że przyciągnie przed telewizory do sportów walki zupełnie nowych kibiców, którzy później będą oglądali "normalny" boks czy MMA. Natomiast to wszystko poszło tak w złą stronę, jak tylko mogło pójść - ocenił. Dlaczego tak sądzi?
- Z punktu widzenia odbiorcy freak fightów najbardziej ekscytujące są konferencje prasowe i promocja walki. Cała reszta jest tylko smutnym dodatkiem - przyznał. Choć dostrzega także pewne pozytywy. - Nie mówię o poziomie sportowym, choć też są tacy freak fighterzy, którzy potraktowali to dosyć poważnie i zmienili swój styl życia. Z ich punktu widzenia to super pomysł - wskazał.
Następnie 57-latek zwrócił uwagę na inną rzecz. - Zastanówmy się, co znaczy "freak fight" czy "freak fighterzy". Wiele osób nie wie, co oznacza słowo "freak" po angielsku. To nie jest "dziwak", tylko właściwie "dziwoląg", ni pies, ni wydra. Nie chciałbym w tym występować - stwierdził. Na tym nie poprzestał. - Uważam, że sportowcy, szczególnie ze sportów walki, którzy coś osiągnęli, nie powinni tego robić. Po prostu nie powinni tego robić - zakończył.
Sprawdź także: Sześciu pseudokibiców z Łodzi zatrzymanych. Grozi im nawet do 15 lat więzienia
Przemysław Saleta stoczył 52 walki bokserskie w zawodowym ringu. Odniósł 44 zwycięstwa (22 przez nokaut) i poniósł osiem porażek (wszystkie przez nokaut).