Jako pierwszy do oktagonu wyszedł Łukasz Brzeski. Sam fakt, że on w ogóle dostał jeszcze szansę w UFC, był sporą niespodzianką. Jak dotąd jego bilans w UFC wynosił 1-5, a trzy z czterech ostatnich walk kończył brutalnie nokautowany w pierwszych rundach. Waga ciężka rządzi się jednak swoimi prawami, zawodników wielu nie ma, łatwiej o kolejne szanse. Poza tym jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, zawodnicy rzucani komuś na pożarcie w celu podbudowy też są potrzebni. A tak należało nazwać Polaka przed walką z weteranem Ryanem Spannem, który po przenosinach do ciężkiej (przez lata był półciężkim) został znokautowany przez Waldo Cortesa-Acostę.
Niestety o żadnej niespodziance nie było mowy. Amerykanin zdominował naszego reprezentanta, szybko przenosząc walkę do parteru. Tam Brzeski wyglądał jak dziecko we mgle. Dostał mocnym łokciem, a po chwili Spann zaczął dążyć do duszenia trójkątem rękami. Polakowi udało się jakoś wydostać, ale podczas próby wstawania rywal natychmiastowo złapał do w gilotynę. Tak ciasną, że Brzeski miał dwa wyjścia: klepać lub iść spać. Wybrał to pierwsze i poniósł trzecią porażkę z rzędu. Wydaje się, że tym razem to już naprawdę jego koniec w UFC, chociaż wcześniej nieraz już tak się wydawało, więc jeszcze może warto poczekać.
Tuż po walce Brzeskiego do boju ruszył Marcin Prachnio. Od czterech lat przeplata on zwycięstwa porażkami. Dwa z trzech ostatnich starć przegrał, poddawany przez Vitora Petrino oraz Modestasa Bukauskasa. To właśnie w parterze najgroźniejszy wydawał się dla niego także Jimmy Crute. Australijczyk kiedyś był uznawany za wielki talent, pięć lat temu kimurą poddał Michała Oleksiejczuka. Jednak pogubił się, a z pięciu ostatnich walk nie wygrał żadnej, dwie remisując. Dla niego była to ostatnia szansa. Walka o być albo nie być.
Wybrał "być". W tym wypadku akurat nie było aż tak jednostronnie. W stójce to nawet żwawszy Polak radził sobie nieco lepiej. Za to po pierwszym obaleniu udało mu się wrócić na nogi. Problem w tym, że Crute obalił go po raz drugi i tym razem to był już koniec. Australijczyk metodyczną pracą przygotował sobie pozycję do balachy (dźwignia na łokieć) i w rzeczy samej ją wyciągnął. Ręka Prachnio została brutalnie przeprostowana, a odklepanie było jedyną drogą to uniknięcia złamania ręki.
Dwie walki, dwie porażki przez poddania w pierwszej rundzie. Niestety gala w stanie Luizjana okazała się dla Polaków okrutna zgodnie z wszelkimi przewidywaniami. Prachnio ma teraz bilans 4-7 w UFC i trzy porażki w ostatnich czterech walkach w wadze półciężkiej. Jeszcze jedna szansa? Być może nadzieja jest, choć w jego kategorii wagowej nie ma takiej liczebnej biedy jak wśród ciężkich. Zwolnienie nikogo by nie zdziwiło.