Rząd ruszył na walkę z freak fightami! Przez media przetoczyła się burza. Gdy jednak premier Donald Tusk wyszedł do dziennikarzy, okazało się, że wojsko wciąż jest w koszarach. Wszyscy dali się nabrać, bo przecież chodziło o coś zupełnie innego - pisze Michał Kiedrowski ze Sport.pl.
W najśmielszych snach nie spodziewałem się, że usłyszę z ust polityka obecnej koalicji w jednym zdaniu zbitkę słów: narodowy i miejsce święte. Kilka razy upewniałem się, że Sławomir Nitras, szef resortu sportu naprawdę tak powiedział. I to nie raz. "Stadion narodowy to jest miejsce święte, a nie miejsce, gdzie jeden człowiek rozbija nos drugiemu" - padło najpierw, a potem: "A Stadion Narodowy, to jest Stadion Narodowy, to jest mekka, to jest coś świętego. I tak chciałbym, żebyśmy to tak traktowali". Przyznam szczerze, że uroczystość konsekracji Stadionu Narodowego jakoś mi umknęła. W sierpniu odbyła się na nim gala freak fightów.
Lepsi patocelebryci niż pusty stadion
To właśnie w kontekście tego wydarzenia, choć minęło od niego już nieco czasu, minister sportu wypowiedział się o świętości Narodowego. Nitras dodał, że nie wyklucza próby prawnego ograniczenia tego typu zawodów, jak freak fighty. Mówił też, że jako osoba, której Stadion Narodowy podlega, prosił, by takie gale już nigdy się tam nie odbywały. I to pomimo tego, że są to imprezy dochodowe. - Nie o to chodzi. To na pewno nie jest sport - powiedział.
Akurat te ostatnie słowa zabrzmiały wyjątkowo kuriozalnie w kontekście niedawnej próby uchylenia immunitetu Joanny Muchy. Tydzień wcześniej sejm głosami rządzącej koalicji obronił byłą ministrę sportu, która jest oskarżona o przekroczenie uprawnień. W 2012 r., gdy na stadionie odbyła się pierwsza niesportowa impreza - koncert Madonny - Mucha przekazała na jego organizację 5,9 mln złotych z rezerwy celowej resortu, choć te pieniądze mogły być wykorzystane tylko na upowszechnienie sportu dzieci i młodzieży oraz zadania związane z organizacją Euro 2012. Koncert przyniósł stratę i resort sportu nie odzyskał co najmniej 4,7 mln złotych.
Wolałbym, żeby jednak ten czy inny minister sportu bardziej dbał o pieniądze podatnika, niż ogłaszał świętość tego, czy innego stadionu. Nie po to wybudowaliśmy obiekty na Euro 2012, żeby zostały "białymi słoniami", do których się dokłada, bo są święte. Już wolę, żeby na tych arenach tłukli się patocelebryci niż miałby one stać puste. I nie musimy nazywać tego sportem. Zresztą wystarczy zerknąć na kalendarz imprez na Narodowym, by zobaczyć, że akurat niesportowych imprez jest tam całe mnóstwo.
Ministrowie zatrzęśli się z oburzenia na freak fighty
Ale oczywiście zgadzam się z panem ministrem. Też chciałby, aby polska młodzież miała inne wzorce. Chciałbym, aby się dobrze odżywiała, dbała o odpowiednią dawkę snu, nie spędzała czasu na Tik Toku, myła zęby, czytała książki i uczyła się jak najpilniej. Tyle tylko, że do tego trzeba żmudnego procesu wychowania, a i tak w każdej chwili może nagle wyskoczyć celebryta z hasłem: "Róbta co chceta" i nasypie piasku w tryby.
Ale tu nie chodzi o pobożne życzenia. Minister zapowiedział przecież, że będzie usiłował walczyć z freak fightami środkami prawnymi. Po Nitrasie na walczących celebrytów ruszyli z impetem inni członkowie rządu.
- Sama nazwa mówi, że to jest dziwactwo. Zgadzam się z opiniami, że może mieć ono zły wpływ na wychowanie młodego pokolenia. Dzisiaj mamy bardzo dużo zagrożeń, jeśli chodzi o wychowanie młodzieży. Może akurat to nie jest tak powszechne, za to bardzo głośne - stwierdził wiceminister sportu Ireneusz Raś w Studiu PAP.
Wicepremier Krzysztof Gawkowski powiedział natomiast w Polsat News: - Widzę w tym wielkie zagrożenie. Sam jestem tatą trojga dzieci. I dla ojca, i dla polityka, i dla ministra, w żaden sposób nie jest to akceptowalne. Tam jest mnóstwo przekleństw, wyzwisk, bicia się, czyli nielegalne treści.
Katarzyna Kotula: Patologia. Trzeba ich zakazać
Z najgrubszego działa wystrzeliła ministra ds. równości Katarzyna Kotula, która bez ogródek napisała na portalu X: "Freak fighty to patologia. Trzeba ich zakazać".
Bardzo popularny youtuber Gimper (2,15 mln subskrybentów), który sam walczył we freak fightach i prowadził konferencje prasowe jednej z federacji, stwierdził na swoim kanale, że atak na pojedynki celebrytów wygląda na zorganizowaną akcję: - Jeżeli rządzący i media wchodzą w bardzo konkretną narrację, która ewidentnie nie jest efektem spontanicznych wypowiedzi tylko czymś przygotowanym przez sztab piarowy, to oznacza, że bekstejdżowo są już podejmowane pewne decyzje dążące do tego, żeby albo freak fighty w Polsce zablokować, albo przynajmniej bardzo mocno ograniczyć ich możliwość siania patologii w miejscach publicznych - stwierdził. - Czy to dobrze? Zależy od kształtu prawa, które zostanie uchwalone, by ten rynek uregulować. Choć patrząc po wypowiedziach polityków, będzie ono ostrzejsze niż lżejsze.
I gdy już na branżę freak fightową padł blady strach, na arenę wkroczył premier Donald Tusk, który tego typu widowiska wyraźnie potępił: - Nie jestem fanem. Mamy wiele takich zdarzeń, nie mogę ich nazwać sportowymi, które promują w sposób niezwykle spektakularny brutalność i wulgarność. Freak fighty, ale nie tylko to, obfitują w zalew wulgaryzmów. To nie jest fajne widowisko, ale o gustach się nie dyskutuje. Oczywiście nie będę żadnym zwolennikiem cenzury. Trudno, taki jest świat. Ludzie oglądają, co chcą. Nie mam żadnych wątpliwości, że narażamy nasze dzieci.
Najważniejsze jest jednak to, co powiedział potem. Premier szczerze przyznał, że rząd nie pracuje nad żadnymi rozwiązaniami, które miałby jakoś uprzykrzyć życie federacjom freak fightowym. Tusk zaapelował tylko do stacji telewizyjnych, szkół i rodziców, by chronili przed tym zjawiskiem dzieci, a potem dodał: - Jeżeli ktoś to lubi i uważa za interesujące widowisko lub sport, to ja nic na to nie poradzę. Nie miałbym nic przeciwko temu, i będę o tym rozmawiał z liderami partii, czy takie najbardziej brutalne formy nie powinny być traktowane jak np. ostra erotyka lub reklamy alkoholu. Nie wiem, czy dzieci powinny to oglądać bez żadnych ograniczeń. Uważam, że nie.
Uśmiechnijcie się! To był temat zastępczy. Wkrótce kolejna gala
I tyle. Roma locuta, causa finita. Okazało się, że wojsko na wojnę rządu z freak fightami nawet z koszar nie wyszło. Po co więc było to wszystko? Dlaczego Nitras wyskoczył z potępieniem gali na Narodowym?
W mediach już pojawiły się sugestie, że to temat zastępczy, które Tusk lubi wrzucać dla odwrócenia uwagi od działań rządu, z których trzeba by było jakoś się wytłumaczyć. Tak się składa, że burza o freak fighty poprzedziła konferencję, na której premier ogłosił, że nastąpi nowelizacja budżetu i zwiększenie deficytu. Zacytuję tutaj Piotra Miączyńskiego z Wyborcza.biz, który opisał to wydarzenie: "Nowelizację tegorocznego budżetu [premier] rozegrał perfekcyjnie, kompletnie przykrywając jedną z większych porażek tego rządu, a na pewno jedną z większych porażek resortu finansów". A dalej: "Teraz zagadka. Ilu dziennikarzy obecnych na konferencji prasowej zapytało premiera Donalda Tuska, ile wyniesie deficyt budżetowy po nowelizacji budżetu? Zero. A pytano nawet o freak fighty. Tusk nie dostał w sumie żadnego trudnego pytania".
Można się tylko uśmiechnąć.
7 grudnia odbędzie się kolejna gala freak fightów. Temat już się wyczerpał i wygląda na to, że wszystko jest po staremu. Tak, to nie trwało długo. Kochani freak fighterzy, śpijcie spokojnie.