Jakiś czas temu informowaliśmy o tym, że Krzysztof "Diablo" Włodarczyk ma zadebiutować w organizacji FAME MMA, ale jego występ zablokował jednak promotor Andrzej Wasilewski. Zamiast zawalczyć we freakowej organizacji, to stoczył kolejny pojedynek w boksie. Zwycięstwo nad Fabio Maldonado pozostawiło jednak sporo do życzenia. "Oczy bolały" - relacjonował Cezary Kolasa z "Przeglądu Sportowego". Po niezbyt przekonującej wygranej chciał szybko pojawić się ponownie w ringu.
Taką okazję dostał w sobotę 4 listopada w starciu z Edwinem Mosquerą. - Kolumbijczyk może nie jest jakąś wybitną postacią, ale nie można nikogo lekceważyć. Swego czasu Kolumbijczycy byli dobrymi pięściarzami, a niektórzy zapewne dalej są. Jest zawodnikiem dosyć mocno bijącym. Nikogo nie lekceważę i do walki wychodzę skoncentrowanym na 100 procent - powiedział przed starciem w rozmowie z serwisem podhale24.pl.
Pojedynek rozpoczął się spokojnie, ponieważ zawodnicy ewidentnie chcieli rozpoznać swoje możliwości. Nie trwało to jednak długo, ponieważ Krzysztof Włodarczyk wyprowadził potężny prawy sierpowy, którym brutalnie znokautował Kolumbijczyka. Potrzebował na to zaledwie nieco ponad minuty. Walka trwała 84 sekundy. To był pierwszy od 2008 roku i pojedynku z Gaborem Gyurisem Polaka w pierwszej rundzie. Czyli pierwszy od 15 lat.
- Jeden z największych puncherów polskiego boksu - przekazał komentator TVP Sport. Nieco wymowniej wypowiedział się za to Janusz Pindera. - Może lepiej nawet, że nie trafił go lewym sierpowym, bo mogłoby być jeszcze gorzej - stwierdził.
- Troszeczkę ostrożnie zacząłem, ale też zobaczyłem, że zawodnik nie bije, to przecież nie będziemy chodzić i się straszyć. Po prostu wyprowadziłem cios i tak to się skończyło - powiedział Włodarczyk w rozmowie z TVP Sport.
Podczas tej gali mogliśmy zobaczyć również pierwszą obronę tytułu mistrza Europy w wykonaniu Michała Cieślaka. Narożnik jego rywala Tommy'ego McCarthy'ego, widząc bezlitosne ciosy Polaka, postanowił w siódmej rundzie rzucić ręcznik i poddać pojedynek.