Miał być następcą Gołoty, kończy w Clout MMA. I nie będzie faworytem. "Podjąłem ryzyko"

Krzysztof Smajek
- W pierwszej edycji Clout MMA walczyli byli piłkarze, siatkarz, więc dlaczego ja nie miałem spróbować? Wiadomo, że 44 lata to wiek, w którym raczej nie wraca się do walk. Jednak przekonałem wszystkich z mojego otoczenia, że to jest słuszna decyzja i żeby się o mnie nie martwili - mówi Sport.pl Albert Sosnowski przed walką z Remim Gruchałą.
Polsat Boxing Night
JAN RUSEK

Albert Sosnowski to były pięściarz, który w przeszłości walczył z Witalijem Kliczko o mistrzostwo wagi ciężkiej. Pasa federacji WBC nie zdobył, ale w boksie zawodowym był mistrzem Europy. 44-letni dziś Sosnowski od kilku lat był na sportowej emeryturze. W najbliższą sobotę znów będzie się bił, tym razem nie w ringu a w klatce freakowej federacji Clout MMA

Zobacz wideo

Krzysztof Smajek: Miałeś jakieś wątpliwości przed podpisaniem kontraktu z federacją Clout MMA?

Albert Sosnowski: Raczej nie, choć była chwila zawahania, czy nie będzie to źle odebrane. Ale generalnie się ucieszyłem, że przyszła propozycja i że rozpocznę nowy etap. Sport to całe moje życie i możliwość bycia znowu w blasku świateł spowodowała, że przyjąłem ofertę. Chciałbym przyciągnąć starszą publiczność do gal freakowych. Do świata freaków wchodzę z przekazem. Mam fundację Fight for Life, która chce wyciągać chłopaków z trudnych środowisk i zaciągnąć ich na salę treningową.

W pierwszej edycji Clout walczyli byli piłkarze, siatkarz, więc dlaczego ja nie miałem spróbować? Wiadomo, że 44 lata to wiek, w którym raczej nie wraca się do walk. Jednak przekonałem wszystkich z mojego otoczenia, że to jest słuszna decyzja i żeby się o mnie nie martwili.

Ktoś odradzał ci ten pomysł?

- Przez lata kariery w boksie nauczyłem się, że wszystkim się nie dogodzi. Hejt zawsze cię dosięgnie. Pojawiło się dużo komentarzy, że nie powinienem już boksować, bo mam problemy neurologiczne. To są bzdury wyssane z palca. Mam ubytki motoryczne, bo zaniedbałem tę sferę treningu, ale czuję się świetnie. Zrobiłem wymagane badania, wszystko jest okej. Federacja, chyba pod presją kibiców, wymagała jeszcze ode mnie badań głowy. Też je zrobiłem. Nie mam problemów zdrowotnych. Zamykam wszystkim usta i skupiam się już na walce

Trochę mnie dziwi, że przy tych wszystkich badaniach nikt nie wspomniał o testach antydopingowych, bo widać, że we freakach większość zawodników "świeci się" na zielono. Uważam, że wszyscy zawodnicy powinni być testowani. Ja nie miałbym z tym problemu.

Obawiasz się, że twój rywal nie do końca będzie czysty?

- Jestem doświadczonym sportowcem, skupiam się na sobie, ale zdaję sobie sprawę, jak działają niedozwolone środki. Remi Gruchała w ostatniej walce w Gromdzie upadał, wstawał, dalej się bił. Pokazał ponadprzeciętną odporność. Nie chcę niczego sugerować, ale było to trochę dziwne. Wiadomo, że w trakcie walki dochodzi stres i adrenalina, ale normalnie inaczej to wygląda.

Wierzę, że w tej walce Remi był czysty. Bardzo go lubię, bo jest bardzo charakternym i ambitnym chłopakiem. Pochodzi z pięściarskiej rodziny, na pewno jest twardzielem. Też kiedyś taki byłem. Wypowiadamy się o sobie z szacunkiem.

Miałeś wpływ na wybór rywala? Mnie nie podoba się to zestawienie, bo nie lubię walk, w których młody, ambitny zawodnik bije się z tym doświadczonym, już po przejściach.

- Nie za bardzo miałem wybór. Nie ukrywam, byłem trochę zdziwiony, zestawienie też nie do końca mi się podoba. Myślałem, że to będzie freakowa walka, że moim rywalem będzie jakiś aktor i że podejdziemy do tego mniej serio. Myślałem, że będzie więcej show na konferencji a mniej sportu w klatce. Ale lubię wyzwania, znam swoją wartość i dlatego się zgodziłem. Już nie ma odwrotu.

Byłeś w stanie zmobilizować się do ciężkiej pracy na treningach?

- Zasuwałem na treningach, bo wiem, że mam trudnego rywala. Będę musiał dać z siebie sto procent, o zabawie nie ma mowy. Jestem underdogiem w tej walce. Znam to uczucie, bo w boksie nie raz tak było. Nie widzę innej opcji niż zwycięstwo. Zależy mi na tym, żeby obudzić w sobie spryt. Doświadczeniem możesz wygrać walkę 8 czy 10-rundową, a tu bijemy się trzy rundy po trzy minuty. To będzie test, czy nadaję się jeszcze do walk.

Będziecie się bić w małych rękawicach. To będzie nowość dla ciebie.

- Nie miałem okazji jeszcze ich przetestować, bo w trakcie przygotowań trenowałem w bokserskich. W małych rękawicach będę mocniej bił, ale będzie też mniejsza płaszczyzna do obrony. Inaczej będą musiał się też poruszać w klatce niż w ringu. Trochę nowości będzie, ale jestem spokojny. Wiem, co mam robić. Jakieś wielkiej ekscytacji nie czuję, ale pewnie im będzie bliżej walki, tym będę się bardziej nakręcał. Adrenalina na pewno się pojawi. Będę stawiał na świeżość, na oczko i spryt. Wiem, że mój rywal ruszy na mnie, bo będzie liczył na to, że jestem rozbity.

Dużo ryzykujesz?

- Myślę, że dużo. Ze względu na to, że pokazuję się nowym odbiorcom. Oni nie kojarzą mnie z boksu i nie znają moich osiągnięć. Zaczną mnie kojarzyć ze świata freaków. Myślę, że mogę sporo zyskać, dlatego podjąłem ryzyko.

Karierę w boksie zakończyłeś w 2017 roku, ale wiele osób twierdziło, że powinieneś to zrobić wcześniej. Trudno było odejść ze sportu?

- Chciałem zakończyć karierę wygraną, ale się nie udało. Przedłużałem moment odejścia z boksu, bo byłem ambitny i po porażkach chciałem się odbudowywać w walkach z młodszymi i twardymi rywalami. W końcu uznałem, że nie przebiję się już na najwyższy poziom, a tylko to mnie interesowało. Dałem sobie spokój. Wypaliłem się boksem i nie chciało mi się trenować. Głównym czynnikiem, który zadecydował o zakończeniu kariery, była utrata odporności na ciosy.

Po zakończeniu kariery byłem blisko boksu. Zacząłem rozwijać warsztat trenerski. Prowadzę Filipa Szpakowicza, który walczy na ringach zawodowych. Będę chciał ściągnąć nowych podopiecznych i występ na gali Clout to będzie okazja, żeby przypomnieć się szerszej publiczności.

Dwa lata temu podczas charytatywnej gali braci Collins wróciłeś na ring. Walczyłeś wtedy z Przemysławem Saletą, któremu nie dałeś taryfy ulgowej, mimo że była to charytatywna gala i bardziej zabawa niż boks.

- Za mocno podszedłem do tej walki. W jej trakcie słyszałem uwagi, żeby zwolnić, bo Przemek wszedł do ringu dla zabawy i w celach charytatywnych. Sumiennie przygotowywałem się do walki i chciałem się pokazać. Na usprawiedliwienie dodam, że w pierwszej koncepcji walka miała być bez werdyktu. Później okazało się, że jednak będzie werdykt. To mnie zgubiło, bo nie lubię przegrywać. Trochę mi głupio, że tak wyszło. Przemek jest jedenaście lat starszy ode mnie, więc mogłem odpuścić.

Ale może ta moja zadziorność była znakiem dla ludzi z federacji freakowej, że jest we mnie głód rywalizacji.

Saleta miał do ciebie pretensje?

- Nie mówił mi tego wprost, ale teraz wbija mi szpileczki, że nie powinienem już boksować. Przykro się tego słucha.

Wspomniałeś na początku rozmowy o blasku świateł, brakowało ci tego po zakończeniu kariery?

- Niektórym tego brakuje, innym nie. Niektórzy sportowcy zakładają rodziny, mnie się to nie do końca udało. Bardzo tego żałuję, ale widocznie tak musiało być. Ale na nic nie jest za późno. Po zakończeniu kariery zająłem się pracą na sali treningowej, komentowałem gale. Skupiałem się na codziennych sprawach, może trochę brakowało tego rozgłosu. Nie wiem, prowadziłem normalne życie i nie rozmyślałem o tym.

Boks więcej ci dał czy zabrał?

- Zdecydowanie więcej dał, bo to była przygoda życia. Jestem spełniony, ludzie z branży nie wierzyli, że mogą osiągnąć to, co osiągnąłem. Zrobiłem wynik ponad normę. Walczyłem na wielu wielkich galach, dużo widziałem i przeżyłem. Mógłbym o tym napisać książkę. Wielu wspomnień, zwłaszcza tych z walki z Witalijem Kliczką nikt mi nie zabierze. W boksie prawie dotknąłem największego szczytu.

Wierzyłeś, że wygrasz z Kliczką?

- Wierzyłem. I to bardzo. Czułem, że mogę sprawić niespodziankę, byłem świetnie przygotowany do walki. W trakcie przygotowań bardzo się poświęciłem. Niestety nie udało się, Witalij z rundy na rundę gasił mój zapał. Po 5-6 rundzie zmęczenie i frustracja były coraz większe. Czułem, że słabnę i że nie dam rady z nim wygrać. Jak słyszę dzisiaj głosy, że Kliczko ze względu na reklamy przedłużał walkę ze mną, to trochę bolą mnie te opinie. Ci, którzy tak mówią, nie mają pojęcia o boksie.

Walka z Witalijem Kliczką dała mi duży rozgłos, ale nie wykorzystałem tego, bo media społecznościowe wtedy raczkowały. Gdyby były wtedy tak rozwinięte jak teraz, to myślę że byłbym tak popularny jak Artur Szpilka.

Trzeba przyznać, że miałeś zadatki na sportowego celebrytę.

- Razem z moim promotorem, Krzysztofem Zbarskim, mieliśmy wizjonerskie podejście. Nie chcieliśmy się skupiać tylko na boksie, ale też na rozwoju medialnym, żeby inne środowiska miały okazję mnie poznać. Brałem udział w Big Brotherze, pojawiałem się w telewizji, udzielałem wielu wywiadów. Byłem popularny i rozpoznawalny. Pojawiła się narracja, że jestem następcą Andrzeja Gołoty. W środowisku boksu olimpijskiego nie za bardzo to się podobało. Mówili, że się nie nadaję, że nie umiem bić lewego prostego. Wylano na mnie wiele pomyj.

Łatka następcy Gołoty ciążyła?

- Trochę presji to dokładało i ciążyło, ale z czasem zmieniło się w pozytywną energię. Nie wierzę, że komuś przy takiej presji i sukcesie nie uderzy woda sodowa do głowy. Mnie trochę uderzyła. Zwłaszcza gdy nie ma się rodziny, dzieci, jak w moim przypadku. Po karierze chcę być wzorem dla młodych chłopaków i zachęcić ich do boksu, ale następcą Gołoty zdecydowanie nie byłem.

Krzysztof Smajek
Więcej o: