Tyson Fury najbardziej zapadł kibicom w pamięć, kiedy w listopadzie 2015 roku sensacyjnie pokonał Władimira Kliczko, tym samym zdobywając tytuły organizacji WBA, WBO, IBF i IBO w wadze ciężkiej. Niedługo później zachorował na depresję, która niemalże doprowadziła go do samobójstwa. Po niespełna trzech latach powrócił do ringu, zwyciężając parę walk przed hitowym starciem z Deontay'em Wilderem, które ostatecznie zakończyło się remisem. Po kolejnych dwóch wygranych pojedynkach znów zawalczył z Amerykaninem, dwukrotnie go nokautując zarówno w 2020, jak i 2021 roku.
W ubiegłym roku Brytyjczyk posłał na deski najpierw Dilliana Whyte'a, a następnie Derecka Chisorę i choć pierwotnie miał nie chcieć zmierzyć się z Ołeksandrem Usykiem, to wszystko zmieniło się w ostatnim czasie. Po wielu miesiącach negocjacji oficjalnie ogłoszono w piątek, że obaj panowie zmierzą się w ringu. Jest to niezwykle kuriozalna sytuacja, zwłaszcza że Fury już 28 października zawalczy z byłym mistrzem UFC Francisem Ngannou.
Mimo to pojedynek z ukraińskim pięściarzem ma rzekomo odbyć się 23 grudnia lub w styczniu 2024 roku. Promotor Fury'ego Bob Arum zdradził w rozmowie z mediami, że jego zawodnik może za to starcie zarobić aż 200 milionów dolarów (ok. 880 mln zł.). - Gdybyś powiedział mu, że zarobi 100 milionów dolarów, naprawdę by się wkurzył, bo myśli - i ma rację - że zarobi znacznie więcej - powiedział, cytowany przez "Daily Mail".
Zwycięzca tej walki będzie niekwestionowanym mistrzem świata w wadze ciężkiej, tym samym zdobywając pasy federacji WBC, WBO, WBA i IBF. Ostatni raz taki tytuł dzierżył Lennox Lewis w 1999 roku. - Nie wierzę, że to się dzieje, ale tak jest - stwierdził promotor Ukraińca Alex Krassyuk tuż po ogłoszeniu starcia.
Więcej treści sportowych znajdziesz też na Gazeta.pl
Usyk jest obecnie mistrzem organizacji IBF, WBO i WBA. Podczas sierpniowej walki z Danielem Duboisem, która odbyła się we Wrocławiu, obronił dzierżone tytuły.