- Czasami mam wrażenie, że to już nie jestem ja. Uważam, że postać "Linkimaster", która zdobyła popularność w internecie, została stworzona pod wpływem negatywnych emocji i energii, które wynosiłam z domu. Mieszałam to z alkoholem i narkotykami - mówi Sport.pl Marta Linkiewicz, zawodniczka Fame MMA i była patoinfluencerka.
O tym, w jaki sposób Marta Linkiewicz zdobyła rozpoznawalność, rozpisywały się wszystkie media. W 2015 r. pochwaliła się na Snapchacie seksem z raperami z grupy Rae Sremmurd, a potem już poszło – kolejne imprezy, afery, alkohol. I wszystko relacjonowane w sieci niczym w reality show.
To był efekt kuli śnieżnej – im bardziej skandalicznie się zachowywała, tym większy zyskiwała poklask, im bardziej była wulgarna, tym bardziej tłum fanów rósł. Rosły też kontrakty, jak choćby ten z Fame MMA, do którego trafiła dzięki skandalom. "Wartość sportowa? Żadna. Ale w Atlas Arenie i tak zasiadło blisko 10 tys. osób, a 180 tys. wykupiło dostęp do internetowej relacji" – pisaliśmy po pierwszej walce Linkiewicz z Esmeraldą Godlewską.
Od tego czasu minęły ponad trzy lata, ale dla "Linkimaster" – cała wieczność. – To już nie jestem ja – mówi, zaznaczając, że "Linkimaster" powstała pod wpływem negatywnych emocji, dodatkowo wymieszanych z alkoholem i narkotykami.
I od razu dodaje, że nikt w jej przemianę wierzyć nie musi. – Jestem królową własnego życia i to mi wystarczy – mówi w długiej, szczerej, pełnej bolesnych, ale i dojrzałych refleksji rozmowie. W której rozlicza się z przeszłością i nie gryzie się w język, opowiadając m.in. o freak fightach.
I o tym, jak sporty walki – w sposób dosłowny – wyrwały ją nie tylko z patologii, ale także z rąk śmierci.
Krzysztof Smajek: Kim byłaś, wchodząc do świata Fame MMA?
Marta Linkiewicz: Zagubioną dziewczyną i patoinfluencerką, która publikowała w internecie kontrowersyjne i patologiczne treści. Szukałam rozgłosu i żywiłam się hejtem. Filmiki ze mną w roli głównej, które znalazły się w internecie, zostały zgrane z prywatnych kont na Snapchacie. Po ich publikacji wylała się na mnie lawina hejtu. Lubiłam prowokować ludzi, to mnie nakręcało. W ten sposób zdobywałam nowych obserwujących, miałam ogromne zasięgi.
Gdy byłam nastolatką, wpadłam w złe towarzystwo. Zaczęły się imprezy, narkotyki, alkohol. Gdy myślę o tym wszystkim, to dziwię się, że żyję. Nie byłam świadoma, że znajduję się w ciemnej dupie. To było życie bez ambicji, od imprezy do imprezy. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak łatwo można przedawkować alkohol, narkotyki i jak niebezpieczne jest mieszanie narkotyków z lekami. Też nie zdawałam sobie z tego sprawy, balansowałam na granicy ryzyka.
Byłam bardzo zbuntowana. Zdarzało się, że wychodziłam z domu w piątek, a wracałam w poniedziałek. Nie miałam kontaktu z rodzicami, nie odbierałam od nich telefonów.
Z czego wynikał ten bunt?
- Wydaje mi się, że z nadmiernej kontroli rodziców, ich dużych wymagań i z braku wsparcia w latach szkolnych. Słyszałam ciągle: musisz mieć dobre oceny, bo inaczej nie pojedziesz na wakacje. Ale nie mam tego rodzicom za złe. Nikt ich nie uczył, jak mają wychowywać dzieci. Jestem ich pierwszym dzieckiem, moją młodszą siostrę wychowywali już inaczej.
Jaki był twój rodzinny dom?
- Nie zawsze moi rodzice mieli pieniądze na wszystko, ale raczej niczego mi nie brakowało. Chodziłam dobrze ubrana, miałam co jeść, nie narzekałam. W okresie mojego buntu relacje z rodzicami trochę się pogorszyły. Przez dwa-trzy lata, mimo że mieszkaliśmy razem, to prawie w ogóle nie rozmawialiśmy. Robiłam, co chciałam, a oni w ogóle nie reagowali. Chyba wiedzieli, że nie mają na mnie wpływu. Zamiast rozmów były kłótnie.
Jak jest teraz?
- Dzisiaj mam z nimi bardzo dobre relacje, bo wiedzą, że nie robię głupot. Relacje zmieniły się, gdy rodzice przestali się bać o moje życie. Myślę, że są ze mnie dumni. Zapewne nie sądzili, że coś ze mnie wyrośnie i że poradzę sobie w życiu. Radzę sobie, pomagam im i siostrze.
To właśnie siostra miała przeze mnie największe problemy. W gimnazjum dzieci jej dokuczały i mówiły, że jest taka jak ja. Było mi z tego powodu bardzo przykro, bo nie zasłużyła na takie traktowanie. Zbierała za mnie, ale dzielnie to znosiła i się tym nie przejmowała. Ale na pewno to ją bolało.
Siostra i mama zmieniły nawet nazwisko, żeby się od ciebie odciąć.
- Wydaje mi się, że to była decyzja mamy, zrobiły to dla świętego spokoju. Mama chciała chronić moją siostrę, trochę też pewnie siebie. Z perspektywy czasu świetnie to rozumiem. Czemu miały tłumaczyć się z tego, co robiłam?
Byłaś patoinfluencerką, dostałaś ofertę walki z Fame MMA i co było dalej?
- Propozycję walki z Esmeraldą Godlewską dostałam od Wojciecha Goli. Od razu się zgodziłam. Wcześniej ze sportem nie miałam wiele wspólnego. Czasami chodziłam na siłownię, ale moja aktywność fizyczna ograniczała się do WF-u w szkole.
Nie byłam świadoma tego, co będzie się działo. Do pierwszej walki trenowałam 28 dni. Na początku żaden trener w Warszawie nie chciał się podjąć współpracy z Fame i nie chciał mnie trenować. Miałam złą opinię i wydaje mi się, że trenerzy nie chcieli mieć ze mną nic wspólnego. W jednym klubie na Woli podziękowali mi już po pierwszym treningu. Zachowywałam się normalnie, słuchałam trenera, ale może nie chcieli mnie, dlatego że wyglądałam jak wyglądałam. Nie wiem.
Co zapamiętałaś z pierwszej walki w Fame MMA?
- Nie potrafiłam trzymać gardy, obaliłam rywalkę, ale nawet tego nie trenowałam. Musiałam to w domu trenować na siostrze, ha ha. Miałam sporą nadwagę, na pewno nie byłam sportowcem. To był cud, że tak szybko wygrałam.
Wygrałaś i w wywiadzie po walce, jeszcze w klatce, powiedziałaś, że chcesz "after party, wódę i koks."
- Trafiłam na ten wywiad, przeglądając archiwalne InstaStories. I byłam zażenowana, masakra. Wstydzę się tych słów. Zamiast podziękować trenerom, mówiłam o wódzie i koksie. Na koniec konferansjer powiedział: cała Marta Linkiewicz. Jak to obejrzałam po latach, to jego słowa jeszcze bardziej mnie dobiły.
W którym momencie poczułaś, że sport to jest droga, którą chcesz iść?
- To było po drugiej walce w Fame, przegrałam wtedy z Anielą Bogusz. Nie wiedziałam, czy dostanę kolejną i w mojej głowie pojawiło się pytanie: wracam do starych nawyków czy idę dalej sportową drogą? Postawiłam na sport.
Trenowałam systematycznie, zmierzyłam się ze światem sportu, w którym są łzy, pot, dyscyplina i leje się krew. Na początku było trudno, ale motywowały mnie kopniaki, które dostawałam na treningach. Myślę, że to właśnie dyscyplina wciągnęła mnie w świat sportów walki. Schudłam, widziałam, jak zmienia się moje ciało. Ja też zaczęłam się zmieniać, trochę otrzeźwiałam i zaczęłam inaczej myśleć. Motywowały mnie komentarze ludzi, którzy zauważyli, że inaczej się zachowuję i inaczej wyglądam. Mówi się, że kiedy człowiek zmienia się wewnątrz, to zmienia się też otoczka zewnętrzna.
W 2021 r. zdobyłaś pas mistrzyni Fame MMA. Po walce z Kamilą Wybrańczyk było widać twoje wzruszenie, były też łzy.
- Przed walką kibice i bukmacherzy nie dawali mi szans, a ja zdobyłam pas. Byłam dumna z siebie i mojej ekipy. Do klatki wchodzę sama, ale na mój sukces pracuje wiele osób. Mój team to trzech trenerów, menedżer i dietetyk. Zdobycie pasa nie było moim głównym celem. To był miły dodatek do ciężkiej pracy. Nigdy nie dążyłam do tego, żeby być królową freak fightu. Uważam, że jestem królową własnego życia i to mi wystarczy.
Michał "Boxdel" Baron opowiadał mi, że gdy dostałaś przelew z Fame, to nie wiedziałaś, co zrobić z pieniędzmi.
- Pierwszy raz zobaczyłam taką kwotę na koncie i nie mogłam w to uwierzyć. Wydaje mi się, że bardzo szybko roztrwoniłam pieniądze. Nikt mnie nie nauczył zarządzania pieniędzmi. Szybko zarobiłam, szybko wydałam. Musiałam roztrwonić pieniądze, żeby zacząć je szanować.
Wydaje mi się, że większość osób ze świata freaków nie potrafi zarządzać pieniędzmi. Zarabiają i tracą pieniądze, a później na siłę szukają kolejnych walk. Nie przyjaźnię się z ludźmi z tego środowiska, więc nie znam szczegółów, ale tak wynika z moich obserwacji.
Fame dużo płaci?
- To są duże gaże. Ludzie widzą nas przez kilka minut w klatce, potem czytają o naszych zarobkach i myślą, że to są łatwo zarobione pieniądze. Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Są zawodniczki i zawodnicy, którzy mało trenują lub wcale, przegrywają walki i we freakach są tylko dla pieniędzy. Jeżeli ktoś podchodzi do tego poważnie, to przez kilka miesięcy przygotowuje się do walki. To są wyrzeczenia, ciężkie treningi, wystąpienia medialne. Do tego dochodzi presja otoczenia. Nie każdy się do tego nadaje. Dla mnie nie są to łatwo zarobione pieniądze.
Utrzymujesz się z Fame?
- Z Fame i z różnych kampanii na Instagramie, więc mogę się skupić tylko na treningach. Dzisiaj już się nie dziwię, gdy dostaję przelewy z Fame. Jak przychodzi przelew, to wiem, co zrobię z tymi pieniędzmi. Już ich nie rozwalam.
Jesteś freakiem czy sportowcem?
- Przez jakiś czas miałam problem z odpowiedzią na to pytanie. Myślałam, że jestem freakiem. Ale czemu miałabym się nie nazwać sportowcem, skoro wyglądam i zachowuję się jak sportowiec? Trenuję jak zawodowcy – dwa razy dziennie przez pięć dni w tygodniu. Nie wyobrażam sobie życia bez sportu. W trakcie przygotowań do walki z Ewą Brodnicką miałam gorszy dzień. Wszystko mnie bolało po sparingu, byłam głodna, bo robiłam wagę i miałam dość wszystkiego. Dostałam wtedy na Instagramie wiadomość od bardzo znanej trenerki fitness w Polsce. Napisała, że podążam zajebistą drogą i że trzyma za mnie kciuki. Otarłam łzy i stwierdziłam, że ma rację. To było dla mnie budujące.
Nie ma drogi powrotu do tamtego życia, bo jestem uzależniona od treningów. Ale coraz częściej słyszę głosy, że jestem nudna i nie nadaję się już do freaków. Kibice wyganiają mnie do gal sportowych, ale przecież nie mam jeszcze umiejętności, żeby bić się w KSW.
Od kiedy słyszysz, że jesteś nudna?
- Przed walką z Karoliną Brzuszczyńską, w maju 2022 roku, ludzie byli zawiedzeni, że nie było między nami dymów i że był obustronny szacunek. Narzekali, że przy stole siedzą dwie spokojne kobiety i nie obrzucają się mięsem. Rozumiesz to? Dla mnie to było super, ale wiem, że nie podobało się to też w federacji. To jest dla mnie bolesne. Lepiej było, jak przychodziłam najeb... na konferencje? To jest lepsze, tak? Gdy zrobiłam progres w życiu, to słyszę od kibiców, że wtedy było fajniej. Aż chce mi się płakać, gdy o tym mówię. To boli. Nie liczy się mój postęp sportowy i życiowy? Z federacji słychać głosy, że mają być dymy. Nie znałam Ewy Brodnickiej, nie interesowało mnie, z kim ona sypia, ale usłyszałam, że mają być dymy i żebym poruszyła ten czy inny temat podczas konferencji. Wchodziłam do łóżka Ewy, mimo że to mnie nie interesowało.
Jesteś już tym zmęczona?
- Strasznie mnie to męczy. Jestem zmęczona otoczką wokół walk freak fightowych. Dorastałam w hejcie i wiem, jak mnie to bolało. Nie chcę sprawiać drugiemu człowiekowi przykrości. Nie chcę, żeby ktoś czuł się tak, jak ja się czułam. Ludzie się gnoją, rzucają się sobie do gardeł, dla mnie to jest już przesada. Ostatnio ktoś do kogoś powiedział, że jego matka jest prostytutką. Za daleko to idzie. Chyba się starzeję, teraz cenię sobie spokój. Już wyrosłam z robienia gównoburzy o nic. Nie widzę sensu, mam przesyt.
W przyszłości widzisz siebie w zawodowym MMA?
- Wydaje mi się, że jestem skazana na freak fighty. Były sytuacje, że wybiegałam planami w przyszłość i myślałam o walkach sportowych, potem dostawałam bęcki na sparingu i schodziłam na ziemię. Były już propozycje ze sportowych federacji, ale mam kontrakt z Fame MMA na kilka walk, więc nie myślę o tym, co będzie dalej. Chcę się rozwijać i walczyć z coraz trudniejszymi rywalkami. MMA jeszcze mi się nie znudziło. Trenuję, bo lubię sport.
Przed rewanżową walką z Anielą Bogusz byłam w Tajlandii. Pierwotnie miały to być wakacje, ale zmienił się termin walki i były to wakacje połączone z treningami. Trenowałam między innymi w Bang Tao. Było tam dużo zawodniczek, wiedziałam, że kilka z nich walczy w UFC. Zazwyczaj te dziewczyny mają stałych sparingpartnerów, ale zebrałam się w sobie i podeszłam do jednej zawodniczki z prośbą o sparing. Jej trenerzy popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale powiedziałam, że jestem świadoma, że ona bije się w UFC. Sparing był bardzo fajny, ludzie z jej teamu powiedzieli, że wykonałam dobrą robotę i poprosili, żebym z nią dalej pracowała w parze. Byłam z siebie dumna, że mi na to pozwolili.
Kim była ta zawodniczka z UFC?
- Nie chcę podawać jej nazwiska. Kiedyś miałam nieprzyjemną sytuację z Karoliną Owczarz. Poszła plotka, że dostała ode mnie lanie na sparingu, a to nieprawda. Później było dużo niedomówień, Karolina miała pretensje do mnie i mojego trenera. Przeprosiłam ją za to. Od tego momentu nie mówię publicznie o nazwiskach sparingpartnerek.
Twój sportowy progres najlepiej widać po nazwiskach rywalek. Cztery lata temu walczyłaś z Esmeraldą Godlewską, a ostatnio biłaś się z byłą mistrzynią świata w boksie - Ewą Brodnicką.
- Walka z Ewą była bardzo wyrównana, popełniłam kilka błędów, które niestety powtarzam z walki na walkę. Nie mogę już tego robić. Uważam, że chyba szybciej powinnam robić progres. Najbardziej boli mnie to, że przegrałam walkę, którą powinnam wygrać. Przed walką słyszałam, że Ewa nie ma nokautującego ciosu. Ale okazało się, że ma bardzo mocny. Po jednym z jej uderzeń straciłam wzrok na około 30 sekund. To był cios bliski nokautu. Ewa Brodnicka zrobiła ogromny postęp w MMA i to też warto docenić. Była przygotowana jak do walki o mistrzostwo świata.
Byłem po walce w twojej szatni. Było dużo łez i smutku. Jak bardzo bolała ta porażka?
- To były łzy smutku, ale także łzy z bólu. To nie tak miało wyglądać. Gdybym wygrała z Ewą, to w listopadzie walczyłabym o pas Fame MMA. Teraz te plany się posypały, ale w przyszłości chcę znowu zdobyć pas.
Od razu po walce z Ewą Brodnicką pojechałam na SOR. Miałam problemy z okiem. Na szczęście rany szybko się zagoiły. Porażka jest porażką, gdy nic z niej nie wynosisz. Gdy czegoś nas uczy, to jest cenną lekcją.
Chciałabyś wymazać przeszłość?
- Nie, bo te wszystkie doświadczenia mnie ukształtowały. Były mi to potrzebne. Gdyby nie to, co działo się kiedyś, nie byłabym w tym miejscu, w którym jestem teraz. To była szkoła życia. Nie miałam żadnego wsparcia. Rodzice nie wiedzieli, co to jest Fame MMA. Ze wszystkim radziłam sobie sama, zawsze tak było. Nie korzystałam z pomocy psychologa. Nie miałam myśli samobójczych, a przy tych problemach mogłam je mieć. Dzięki temu, że ze wszystkim radziłam sobie sama, teraz jestem nie do złamania.
Lubię opowiadać o przeszłości. Czuję wolność, gdy o tym mówię. Wydaje mi się, że to jest rodzaj autoterapii. Mam też wpływ na młodzież. Dostaję dużo wiadomości na Instagramie.
Kto do ciebie pisze?
- Najczęściej odzywają się młode osoby. Piszą, że moja historia motywuje ich do zmiany na lepsze i daje motywację do działania. Dostaję wiadomości od osób, które sią gnębione w szkołach, że mają nieprzyjemności, bo są inne. Piszą dziewczyny, które chcą zmienić nawyki i poprawić sylwetkę. W tych wiadomościach jest wszystko. Ostatnio napisała do mnie nauczycielka, że na lekcji podała mój przykład pozytywnej zmiany człowieka. Zrobiło mi się miło.
W związku z tymi wiadomościami czujesz jakąś odpowiedzialność?
- Tak, i czuję, że powinnam robić więcej. Powinnam bardziej zaangażować się społecznie. Myślę, że mogłabym wykorzystać swoją historię w pozytywny sposób. Wysłałam menedżerowi kilka pomysłów. Niedługo zaczniemy działać. Moja historia pokazuje, że wszystko jest możliwe. Mogę być przykładem dobrej metamorfozy, ale nie jestem osobą godną naśladowania.
Ile jeszcze zostało w tobie z dawnej Marty?
- Czasami mam wrażenie, że to już nie jestem ja. Uważam, że postać Linkimaster, która zdobyła popularność w internecie, została stworzona pod wpływem negatywnych emocji i energii, które wynosiłam z domu. Mieszałam to z alkoholem i narkotykami. Wciąż jestem zadziorna i mam ciekawy styl, ale jestem już zupełnie inna osobą.
Kogo widzisz, gdy patrzysz dziś w lustro?
- Jak patrzę w lustro, to widzę zmęczenie, ale czuję też dumę. Na pewno widzę młodą, ale już dojrzałą kobietę, pełną ambicji sportowych. Mam dopiero 26 lat, ale przeszłam już długą i trudną drogę. Sport odmienił moje życie. Nauczył mnie pokory, dyscypliny, punktualności. Stałam się spokojna, a byłam przecież awanturnicza i głośna. Często powtarzam, że Fame MMA odmieniło moje życie. Gdyby nie Fame, to może już bym nie żyła. Nie wykluczam tego, bo byłam na dnie. A może z wiekiem ogarnęłabym się i skończyłabym studia. Nie wiem. Chyba nie ma sensu gdybać.