Podczas gali UFC w Londynie Marcin Tybura (24-8) w walce wieczoru z Tomem Aspinallem (13-3) mógł wskoczyć do czołówki rankingu w kategorii ciężkiej. Przed tym pojedynkiem Polak zajmował dziesiąte miejsce, a jego rywal piąte. Tybura wchodził do oktagonu po serii dwóch wygranych z rzędu, a Aspinall po roku od porażki z Curtisem Blaydesem. Po drodze Anglik musiał dojść do zdrowia po zerwaniu więzadła krzyżowego w kolanie.
Chociaż faworytem przed walką był Aspinall, to nikt nie mógł przewidzieć, że walka wieczoru gali w Londynie skończy się tak szybko. 30-latek już na samym początku wstrząsnął Polakiem po udanym kopnięciu w jego głowę. To uderzenie ewidentnie oszołomiło Tyburę i było początkiem końca tej walki.
W kolejnych sekundach to ciągle Aspinall miał inicjatywę, a Tybura miał problem z jakimkolwiek trafieniem rywala. Wreszcie, po upływie minuty Aspinall trafił 37-latka łokciem, poprawił prawym prostym i Tybura runął na matę oktagonu. Anglik nie miał litości i w parterze kilkoma ciosami na głowę rywala zakończył pojedynek, który trwał zaledwie 73 sekundy. W tym czasie Aspinall robił, co chciał, a Tybura nie zdążył nawet zadać czystego ciosu.
Więcej takich informacji znajdziesz na Gazeta.pl
- To był dla mnie naprawdę trudny rok. Inaczej myślę, moje ciało jest inne i teraz idę na całość - mówił po walce Aspinall, opisując proces rehabilitacji po zerwaniu więzadeł. Dodawał, że teraz jego celem jest walka o mistrzowski pas federacji UFC w wadze ciężkiej.