Gdyby nie sport, pewnie dalej pracowałby w restauracji rodziców. - Praca w gastro jest bardzo wymagająca. Nie boję się ciężkiej pracy, ale wolę się męczyć na sali treningowej, niż jako dostawca jedzenia - mówi Sport.pl Robert Ruchała, który błyskawicznie pnie się w rankingu KSW. W marcu zawalczy o tymczasowy pas wagi piórkowej (do 66 kg). Tymczasowy, bo panujący mistrz Salahdine Parnasse chcę iść śladami Mateusza Gamrota i zdobyć także pas wagi lekkiej, który należy do Mariana Ziółkowskiego. Ale wróćmy do Ruchały, który ma na koncie osiem walk i do tej pory same wygrane. Jest na dobrej drodze, by zostać nową gwiazdą KSW.
Robert Ruchała: Nawet tego nie planowałem. Wiem, że zawodnicy to często powtarzają, ale w tym czasie naprawdę myślałem tylko o tym, by być lepszym z walki na walkę, by się rozwijać. Moje życie jest w stu procentach podporządkowane MMA i to daje efekty. Gdy skończę poranny trening, to już go zaczynam analizować, co fajnie wyszło, a co nie. Później krótka regeneracja i już myślami jestem przy wieczornych zajęciach. I tak w kółko.
- Zaczynałem od tajskiego boksu, ale brakowało mi zapasów. Kręciły mnie obalania, więc spróbowałem zapasów, czy trenowałem parter. A że w parterze nie ma ciosów uderzanych, to MMA było dla mnie czymś naturalnym. Gdy ktoś pyta się mnie o ulubioną płaszczyznę, to z czystym sumieniem odpowiadam, że wszystkie.
- Tak się ułożyły moje ostatnie walki, że akurat ta płaszczyzna zapewniała mi wygrane, ale świetnie się czuję także w stójce i w parterze.
- Kiedyś z nim przegrałem na amatorce, więc miałem podwójną motywację. Nasz rewanż faktycznie był przełomowy w mojej karierze, bo walka była napompowana medialnie. Byliśmy wysoko ustawieni na karcie walk, było mnóstwo kibiców, w tym dwa autokary moich fanów, więc ciążyła na nas duża presja. Ta walka była najtrudniejsza pod względem mentalnym. Mówisz, że gładko wygrałem, ale jak sobie analizuję dzisiaj to starcie, to widzę masę niedociągnięć. Wiem, że od tamtego czasu niesłychanie się rozwinąłem.
- Już od kilku lat korzystam z trenera mentalnego. Ostatnio współpracuje z Łukaszem Miką. Pokazuje mi wiele technik, które dotyczą chociażby poprawnego oddychania w sytuacjach stresowych. Łukasz daje mi narzędzia, by mieć czystą głowę podczas walk. Mam też mnóstwo ćwiczeń psychomotorycznych, które pozwalają mi zwiększyć koncentrację czy czas reakcji.
- Waga piórkowa to moim zdaniem najmocniej obsadzona kategoria w KSW. Same "koty" wokół, a przecież i tak niedługo dołączą nowi, bo dzięki współpracy z Viaplay KSW robi gale co miesiąc. Zrobiła się w Polsce prawdziwa liga MMA, to coś pięknego, bo kiedyś zawodnicy narzekali, że rzadko walczą.
- Jedną z moich pierwszych zajawek była deska. I kiedy ja próbowałem zrobić poprawnego kickflipa na deskorolce, to on walczył dla najlepszej federacji MMA na świecie. Kilka lat później udało m się go pokonać na punkty. Coś pięknego.
- Wielu ludzi mówiło, że ja jej nie wygrałem. Że KSW dało mi ją wygrać, bo gala odbywała się u mnie, a więc w Nowym Sączu. I że sędziowie byli pod presją, bo bali się, że moi kibice, których było pełno w hali, zrobią rozróbę. Ale dla mnie to zwykłe pierdzielenie. To była bliska walka, ale analizowałem ją wiele razy, też z trenerami i sądzę, że uczciwie wygrałem. Były momenty, że Stasiak zadawał wiele ciosów w stójce, na które rzadko odpowiadałem. Tyle że większość jego uderzeń pruła w powietrze, a jak ja już kontrowałem, to z reguły trafiałem celu. Wygrałem dzięki mojemu obaleniu z końcówki trzeciej rundy.
- Według ekspertów miałem przegrać z Kaczmarczykiem i Stasiakiem, tyle ci powiem... Jestem pewny siebie. Sparuję z najlepszymi zawodnikami w Polsce. Spotkałem na sali Mateusza Gamrota, Borysa Mańkowskiego czy Mariana Ziółkowskiego. I te sparingi mnie budują. Z całym szacunkiem dla Dawida, ale nie obawiam się walki w stójce. Ma osiem nokautów na 10 walk, ale on z reguły nokautuje w ostatnich sekundach rundy, albo w ostatnich rundach, gdy jego rywale są już mocno zmęczeni. On to wykorzystuje. Ze mną tak łatwo nie będzie.
- Może kiedyś mi to przeszkadzało, ale dziś nie zwracam na to uwagi. Przyjdzie z czasem. Wiem, co robię na sparingach. Nie muszę sobie niczego udowadniać.
- Michał Materla. Pamiętam 2015 r., jak z trybun oglądałem jego walkę z Mamedem Chalidowem, przyrzekłem sobie wtedy, że też kiedyś trafię do KSW. Nie zapomnę debiutu w KSW, gdy walczyłem na gali nr 56, kiedy Materla w walce wieczoru przegrał z Roberto Soldiciem. Oprócz Materli, zawsze podziwiałem Gamrota i Mańkowskiego. Jeśli pokonam Śmiełowskiego i zdobędę tymczasowy pas, to będę blisko, by podążyć ich śladami.
- Ja i tak nie należę do tych, co wyzywają. Nie szukam na siłę spin. To nie mój świat, a zależy mi na tym, żeby być sobą. Ktoś mnie obrazi, a ja nie będę wiedział, co odpowiedzieć. Wolę sobie być taką pozytywną mordeczką, która z dobrej strony pokazuje się w klatce, a nie na konferencjach.
- Co było na sali, zostaje na sali. Mogę tylko zdradzić, że czuję się podbudowany. Rośnie moja pewność siebie. Chętnie będę się sprawdzał na treningu z różnymi zawodnikami. Pojadę jeszcze do Szczecina, Poznania, wrócę do Warszawy, a i planuję jeszcze lot do Stanów Zjednoczonych.
- Nie wiem, co robią inni. Wiem tylko, że ja nigdy nie potrzebowałem żadnych wspomagaczy, co zresztą widać po mojej sylwetce. Nie jestem żadnym wielkim bykiem.
- Tak, lubię się czasem pośmiać. Traktuję to jako rozrywkę. Rozumiem, że niektórzy starsi zawodnicy tym gardzą, ale moje pokolenie akurat dobrze się przy tym bawi. Mało tego! Pomagałem nawet w przygotowaniach Arkadiuszowi Tańculi.
- To bardzo przykra sprawa. Ale prawda jest taka, że nie miał lekko. Może i był sławny, jednak co chwila ktoś go obrażał, szydził z niego, groził mu w wiadomościach, czy po prostu krzyczał, by "wyp...". Ile można takich rzeczy słuchać? Dlatego sama sława nie jest czymś, do czego dążę. Wolę, żeby ludzie mnie kojarzyli z tego, jak sobie radzę w klatce.