Najsilniejsza kobieta Europy rzuciła sport. "Nie możesz zarabiać więcej ode mnie"

- Kiedy dostałam pierwszy w życiu urlop, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Jak się odpoczywa? No to pojechałam do Cetniewa. Dopiero po kilku dniach przywykłam, że zamiast iść rano na trening, mogę wypić Aperola - mówi Aleksandra Mierzejewska, mistrzyni Europy w podnoszeniu ciężarów z 2018 r.

29-letnia Aleksandra Mierzejewska to była sztangistka. W 2018 r. zdobyła mistrzostwo Europy w podnoszeniu ciężarów. W Bukareszcie była najlepsza w kategorii +90 kg, w dwuboju uzbierała 237 kg i o kilogram pokonała Węgierkę Krisztinę Magát, zostając najsilniejszą kobietą na kontynencie.

Zobacz wideo Polscy skoczkowie się przełamią? "Nie powiem nagle: siedmiu w dziesiątce"

Piotr Wesołowicz: "Klnę na sport wyczynowy, często myślę, że go nienawidzę" – mówiłaś w 2019 r.

Aleksandra Mierzejewska: I w końcu go rzuciłam, choć to cholernie trudna decyzja. Byłam wypalona jak zapałka. Miałam tak rozsypane ciało, doprowadziłam się do takiego stanu, że lekarze dają mi pięć lat, bym w ogóle wróciła do siebie.

Mówisz o kontuzjach?

– Tak, ale nie tylko, bo z kontuzją łokcia potrafiłam dźwigać 105 kg. Poza tym kocham i zawsze będę kochała sztangę. Ale moją karierę zatruła polityka, działacze. A nawet ludzie, którym bezgranicznie ufałam. Dostałam mocną lekcję od życia.

To zacznijmy od początku. Jest kwiecień 2018 r., kilka dni wcześniej zdobyłaś złoto mistrzostw Europy. Pamiętam jak dziś – siedzimy w pełnym słońcu przed twoją salą treningową na Fortach Bema, przeglądasz listy od fanów, opowiadasz o swoim sukcesie. Kiedy zaczęło się psuć?

– To był piękny czas! Szykując się do mistrzostw, miałam grosze w kieszeni, ale i ogromną determinację. Po złocie sytuacja się zmieniła – wywalczyłam wsparcie sponsorów, udzielałam wywiadów, bo zależało mi, by promować sztangę, żeby nie kojarzyła się tylko z dopingiem.

Ale wtedy zaczęły się też dziwne podchody ze strony ludzi z Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów. Rosła bańka oczekiwań, że teraz to powinnam przywieźć złoto z mistrzostw świata albo igrzysk. Czułam, że nie mogę mieć gorszego dnia, albo zawody mogą nie pójść po mojej myśli. Że mam być niezawodna, bez względu na stan zdrowia. A przecież jestem tylko człowiekiem!

To dziwne. W mediach opowiadałaś o rzeczach wielkich – o tym, jak sport pozwolił ci przełamać kompleksy związane z wagą, jaką dał ci pewność siebie. Polska zobaczyła wtedy jedną z najbardziej uśmiechniętych sportsmenek.

– Czyli rozumiesz, w jakiej postawili mnie sytuacji i co się działo w związku. Faktycznie to złoto pomogło mi przełamać kompleksy związane z nadwagą, stałam się pewniejsza siebie. 2018 r. był fantastyczny, sukcesy na zawodach, treningach, byłam w gazie! Ale przyszedł nowy rok. W marcu, dwa tygodnie przed wylotem na mistrzostwa Europy w Batumi, gdzie miałam bronić złota, złamałam łokieć.

Siadła głowa, siadło ciało.

– Sztanga przeleciała mi przez głowę. Byłam wtedy na lekach przeciwbólowych, nie czułam, że stało się coś złego, myślałam, że naciągnęłam mięsień. Zaparłam się, że do Gruzji polecę, że wystartuję, ale szybko dotarło do mnie, że to był błąd.

Mam  taki rytuał: kilka dni przed najważniejszymi startami totalnie się "czyszczę". Nie piję kawy, nie biorę proszków, wracam do tego dopiero dzień przed zawodami, żeby się pobudzić, zniwelować ból.

Ale kiedy byłam już w Batumi, mniej więcej tydzień przed startem, i zaczęłam sobie robić "detoks" od ibupromu, to okazało się, że nie mogę nawet zgiąć łokcia, a ból jest tak wielki, niemal nie do opisania.

A przecież zaraz miałam rwać 100 kg! Przeraziłam się i zaczęłam ładować w siebie leki. Próbowałam zapomnieć, że…

… że masz złamany łokieć?

– Na to wychodzi (śmiech). Ale ponad sto kilo wyrwałam, niestety medalu mi to nie dało. I się zaczęło.

FOT. KUBA ATYS

Co się zaczęło?

– Lamentowanie, narzekanie! "Co to za wynik" – słyszałam, nawet kiedy już udowodniłam, że startowałam ze złamanym łokciem! Pokażcie mi sportowca, który wyjdzie na start z taką kontuzją – no, może oprócz Justyny Kowalczyk, bo to jest prawdziwy harpagan.

Lekarz, który zobaczył w jakim stanie jest ręka, popukał się w głowę, jakim cudem w ogóle byłam w stanie wyjść na podest. Musiałam poddać się operacji, tym bardziej że ruszył pościg z czasem. Do mistrzostw świata były trzy miesiące, więc miesiąc po operacji już zaczęłam dźwigać. To oczywiście był błąd, ręka puchła i siniała na przemian, o starcie nie było mowy. A potem przyszła pandemia.

I rzuciłaś sztangą na dobre?

– Nie od razu, bo kocham i będę kochać dźwiganie. Ćwiczyłam w sali, w której było koło zera stopni, a sztanga była tak lodowata, że skóra z dłoni po prostu się zrywała. Bywałam bez grosza przy duszy, nie mając na chleb. I w takich warunkach doszłam do mistrzostwa Europy. Nie umiałabym z dnia na dzień tego rzucić.

Z drugiej strony nie chciałam być sportowcem, który wszedł na szczyt, a potem jest już tylko gorzej i gorzej. Albo idę znów po złoto, albo odchodzę. A już wiedziałam, że tego pierwszego już nie dźwignę.

Poza tym zawiodłam się na ludziach ze związku. Działacze, trenerzy, z którymi pracowałam latami, którzy byli dla mnie jak rodzina, w najcięższych chwilach mnie opuścili. Nie wszyscy. Były i są wokół mnie dobrzy ludzie, ale część z nich odeszła ode mnie, gdy przestałam być najlepsza. Bolało, i to bardzo.

Dziś mnie to bawi – nie jesteśmy Chinami, które takich Mierzejewskich mają sto. W tym momencie w kobiecych ciężarach nie ma nikogo w ciężkiej wadze! Odeszłam ja, odeszła Magda Karolak, którą potraktowano podobnie. Po Agacie Wróbel byłyśmy w wadze ciężkiej jako jedyne. Dziś nie ma w niej nikogo. I nie ma z czego rzeźbić, musi minąć 10-15 lat. Mam nadzieję, że widzą teraz w jakim stanie jest najcięższa kategoria u kobiet. To skutki działań poprzedniej władzy. Komuś wtedy przestałam pasować…

Powiedzmy wprost – komu, co to znaczy?

– O nazwiskach mówiła nie będę, ludzie ze środowiska będą wiedzieli o kogo chodzi. A co to znaczy? Choćby o to, że starałam się o dofinansowanie z Ministerstwa Sportu, które chciało najlepszych sportowców kształcić do roli trenera. Pomyślałam, że to dla mnie dobra droga – wiem, czego potrzebują zawodnicy, znam ten sport od podszewki. Złożyłam wniosek, ale do Ministerstwa nigdy on nie dotarł. Ktoś w związku go zablokował, schował do szuflady.

Wiesz kto?

– Oczywiście. Ten człowiek powiedział mi wprost, że nie dopuści, abym zarabiała lepiej od niego.

Co z igrzyskami? To spełnienie dla sportowca…

– Bardzo przeżywałam to, że nie dostałam się do Tokio. Zabrakło mi niewiele. Gdyby panowały stare zasady, pojechałabym. Byłabym inaczej prowadzona treningowo. Ale zasady się zmieniły – teraz zamiast konkretnego wyniku trzeba było też zbierać punkty, jak najczęściej startować.

Wprowadzono je po to, by przesiać ewentualnych dopingowiczów.

– By uniknąć sytuacji, że ktoś cztery lata siedzi w jakiejś głuszy, koksuje się i trenuje, przyjeżdża tylko na jedne eliminacje i ma najlepszy wynik w Europie czy na świecie. Tylko że zawodnicy z ciężkiej wagi mają to do siebie, że ich organizmy szybko się eksploatują.  Kiedy startujemy w pełnym gazie co dwa-trzy miesiące, a do tego dochodzą krajowe zawody, to siada nam ciało. Moje przy takiej intensywności wysiadło kompletnie. Robiłam w dwuboju 230-235 kg. A do Tokio poleciała dziewczyna z wynikiem 220 kg. Zabrakło mi dwóch startów.

To był moment, w którym powiedziałaś: stop?

– Pod koniec zeszłego roku ciężko na COVID zachorował mój narzeczony, Robert. Momentu, w którym zabierają go z domu do karetki, w którym nagle zostałam sama, bez kogoś, kogo tak bardzo kocham, nie zapomnę do końca życia. Nagle mój cały świat runął, nie przestawałam płakać.

Święta spędziłam stojąc pod szpitalem i wpatrując się w okno szpitala na Szaserów. Wtedy otworzyły mi się oczy: że jeśli ja cały czas będę wyjeżdżała na zgrupowania, będę niszczyła zdrowie, umknie mi to, co najważniejsze. Kiedy wrócił po dwóch tygodniach do domu, podjęłam decyzję, że nie wrócę. Wszystko dokładnie przemyślałam.

Miałaś za co żyć?

– Przez chwilę prowadziłam zajęcia z ciężarów dla ludzi, którzy po ośmiu godzinach przy biurku mieli energię iść na trening i łamać własne bariery. To ludzie pełni pasji, świetna ekipa i przygoda.

Ale trudno było z tego wyżyć, poza tym musiałam w końcu zacząć się leczyć, naprawić zdrowie. Nie miałam regularnej pracy, ale miałam na siebie pomysł. Jako dziecko zamiast lalkami bawiłam się młotkiem i śrubokrętem. I często dłubałam w komputerach. To była moja pasja. Stwierdziłam, że spróbuję sił w IT.

Miałaś CV?

– Usiadłam do niego pierwszy raz w życiu! Zainteresowania? Podnoszenie ciężarów. Sukcesy? Kilkanaście, no, kilkadziesiąt rekordów Polski. Do tego mistrzostwa Polski, mistrzostwo Europy…

No i uświadomiłam sobie, że nie mam "normalnych" zdjęć. Tutaj dźwigam, tu rwanie, tu podrzut. Ludzie, ja porządnego zdjęcia nie mam! Ale pracę dostałam po pierwszej rozmowie – pracuję w dziale wsparcia dla firmy, która dostarcza oprogramowanie dla siłowni i klubów fitness. Uwielbiam tę pracę! Mogę pomagać, a do tego wykorzystuję wiedzę, codziennie uczę się czegoś nowego. 

I wyobraź sobie, że pierwszy raz w życiu dostałam prawdziwy urlop.

Pierwszy?

W trakcie kariery bywa, że ponad 300 dni w roku jesteś poza domem, programujesz się tylko na trening, jedzenie, sen, regenerację. Poza tym sportowcem jest się cały czas. W takim reżimie nie możesz pozwolić sobie na słaby sen, na imprezę, alkohol, bo to się odbije na twoim treningu, starcie, wynikach. A tu nagle dwa tygodnie wolnego w środku lata…

I co z nimi zrobiłaś?

– Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc pojechałam do Cetniewa (jeden z największych ośrodków sportu w Polsce, miejsce zgrupowań i obozów przygotowawczych – red.). Dopiero po kilku dniach przywykłam, że zamiast iść rano na trening, mogę spokojnie napić się Aperola (śmiech).

Dajesz sobie furtkę na powrót do sportu?

– Do uprawiania zawodowego sportu – nie. Start na igrzyskach, całe przygotowania, lata wyrzeczeń, kosztowałby mnie tyle, że nawet nie wiem, czy byśmy tu razem siedzieli, pewnie leżałabym w szpitalu. Kiedy chwytam za sztangę, czuję, że wciąż mam siłę. Ale ból po treningu jest nie do opisania.

Poza tym – czy podnoszenie ciężarów w ogóle będzie na igrzyskach w Paryżu? Władze IWF wciąż nie chcą współpracować z MKOl, a fakt, że dekadami tolerowano i ukrywano doping u czołowych zawodników i zawodniczek, jest dziś powszechny. A ja od zawsze uważam, że ktoś, kto bierze doping, chce pójść na skróty. Oszuści odbierali nam chwile chwały.

Ale powrotu do sztangi w innej roli nie wykluczam, tym bardziej że w związku zmieniły się władze, są nowi trenerzy, działacze. Zaściankowe podejście – mam nadzieję – na dobre poszło w zapomnienie. Podoba mi się to, jakie zmiany są wprowadzane. A ja mam doświadczenie, którym mogę się dzielić.

Z kariery wystarczą mi wspomnienia. Moja mama, której zawdzięczam wszystko, trzyma wszystkie medale, puchary, wycinki z gazet. I niczego nie wolno dotykać! Siostra śmieje się ze mnie, że mama stworzyła mi w domu ołtarzyk.

Jak ci wychodzi to życie po życiu?

– Z jednej strony zawsze byłam nieco introwertyczna, zamknięta w sobie. Lubię ośmiogodzinny dyżur, kiedy mogę zapalić lampkę na biurku, otoczyć się trzema monitorami i dłubać w kodach lub bazach danych, popijając herbatkę i spoglądając na kota.

Z drugiej – w końcu mogę wyjść na imprezę! Nigdy święta nie byłam, ale wszystkie imprezy i przeróżne atrakcje mnie omijały. A ostatnio przetańczyłam całą noc. I wiesz co? Czułam się świetnie!

Zamiast treningów, zgrupowań – szara codzienność. Etat, zakupy. Na pewni ci tego nie brakuje?

Nie wcale taka szara! Mam przy sobie najbliższych, wciąż trenuję, ale inaczej – sztangę zamieniłam na cardio. Będzie mi brakować ludzi, którzy byli przy mnie. Wciąż jednak ze sobą rozmawiamy, utrzymujemy kontakt. Przecież z trenerem kadry spędzałam momentami więcej czasu niż z narzeczonym.

Odkrywam życie na nowo. A jak zabraknie mi COS-u, to zawsze mogę pojechać tam na wakacje.

A czy czujesz się spełnionym sportowcem?

– Tak – rekordów i mistrzostw Polski nie jestem w stanie policzyć, tego nikt mi nie zabierze. Jestem też multimedalistką mistrzostw Europy, bo oprócz złota w 2018 r. powinnam mieć też brąz z 2016 roku… (złota medalistka Hripsime Churszudjan z Armenii została zdyskwalifikowana za doping, Mierzejewska, która w Norwegii była czwarta, automatycznie wskoczyła na podium – red.).

A właśnie, dostałaś już swój medal? Decyzję o tym, że należy ci go zwrócić, podjęto w 2020 roku.

– Jeszcze nie, ale codziennie zaglądam do paczkomatu!

Więcej o: