Afera w polskim związku. Ministerstwo Sportu nie reaguje. "Słyszę, że jestem naiwny"

Dominik Senkowski
Tydzień temu poprosiliśmy Ministerstwo Sportu o komentarz do afery w Polskim Związku Judo. Odpowiedzi brak. - Jak ma się coś zmienić? - pyta Krzysztof Wiłkomirski, były kandydat na prezesa.

Afera w Polskim Związku Judo. Były kandydat na prezes Krzysztof Wiłkomirski ujawnił w rozmowie ze Sport.pl kulisy ostatnich wyborów. Wiłkomirski opowiadał m.in. o fikcyjnych klubach, które nie prowadzą szkolenia judo, a popierały prezesa Jacka Zawadkę i dotychczasowy zarząd, manipulacjach wyborczych i o propozycji stosowania wykrywacza kłamstw.

Prezes Zawadka w rozmowie ze Sport.pl odpierał zarzuty. - Ten obrzydliwy hejt, kłamstwa i manipulacje, jakie wylały się przed wyborami zarówno na mnie, jak i na zarząd oraz sztab szkoleniowy, nie mogą się więcej powtórzyć - zapewniał Zawadka.

Zobacz wideo Ile zarabiają paraolimpijczycy?

Polityka ważniejsza niż dobro dyscypliny

Czy Ministerstwo Sportu powinno zareagować? - Z tego co wiem, ministerstwo nie ma narzędzi, które pozwalają mu wpływać na związek. Szkoda, bo ludzie w naszym związku są świetnymi politykami i wyspecjalizowali się w zbieraniu głosów wyborczych. Zdecydowanie gorzej wychodzi im zarządzenie organizacją. Nie mamy medalu olimpijskiego od dwudziestu pięciu lat, ale jak się przyjrzymy, to w sumie od tych dwudziestu pięciu lat w polskim judo przewijają się te same twarze. Jak w takim razie ma się coś zmienić? - pyta Wiłkomirski.

Były kandydat na prezesa przyznaje: "Bardzo często słyszę, że jestem naiwny, bo wierzę, że dostanę poparcie, gdy zaproponuję dobry plan reform, uczciwość, regulaminy, a powinno się przede wszystkim obiecywać i rozdawać stołki. Ja tak nie funkcjonuję i nie będę". Zapewnia, że jeśli weźmie udział w kolejnych wyborach, znów będzie proponował najlepsze rozwiązania dla całego polskiego judo, a nie dla swojego najbliższego otoczenia.

Wiłkomirski twierdzi, że w związku ważniejsza od profesjonalizmu jest zasada koleżeństwa. - Jeśli w ostatniej kadencji trenerzy różnych grup wiekowych i fizjoterapeuta kadry wywodzili się z jednego klubu, wcale nie czołowego w Polsce, to więcej nie trzeba mówić. Za całym szacunkiem do tych osób i ich warsztatu, ale najważniejsza była zasada koleżeństwa, a nie to, czy ktoś jest najlepszym specjalistą w swojej dziedzinie - wskazuje.

Poprosiliśmy ministerstwo o komentarz

Tuż po igrzyskach w Tokio zawodnicy kadry narodowej, w tym olimpijczycy wystosowali list otwarty do prezesa Polskiego Związku Judo Jacka Zawadki. Krytykowali w nim ostatnią kadencję prezesa i apelowali o zaprzestanie ubiegania się o reelekcję. Bezskutecznie - Zawadka został dwa tygodnie temu wybrany na kolejną kadencję. - Nie wiem, czy tak powinno być, że ministerstwo traktuje to jak wewnętrzną sprawę związku, bo na końcu to pieniądze z ministerstwa idą na olimpijczyków i zawodników kadr narodowych. Jeśli cała reprezentacja olimpijska podpisała się pod listem, w którym jasno deklaruje i popiera to argumentami, że nie wyobraża sobie dalszej współpracy z obecnym zarządem i głównym trenerem kadry, to nie powinno to pozostać bez reakcji - kończy Wiłkomirski.

W sprawie afery dotyczącej wyborów w Polskim Związku Judo wysłaliśmy pytania do Ministerstwa Sportu. Jak dotąd nie otrzymaliśmy odpowiedzi, choć czekamy na nią od środy 8 września. 

Więcej o: