"Nowy Mamed Chalidow" będzie się bił dla Polski! "Chcę podbić UFC"

Antoni Partum
Czeczeńskiej wojny nie pamięta, ale aż za dobrze zna jej skutki. Teraz sam walczy, tylko że w klatce. Niepokonany Mansur Ażyjew zaczyna być porównywany do Mameda Chalidowa. - Chcę walczyć pod flagą Polski. Czuję się jej dłużnikiem - przekonuje wschodząca gwiazda polskiego MMA.

Do tej pory Mansur Ażyjew stoczył sześć walk i wszystkie wygrał. W klatce imponuje wszechstronnymi umiejętnościami, ale także zimą głową, choć ma dopiero 23 lata. Prognozuje mu się wielką przyszłość. "Nowy Mamed Chalidow", jak zaczynają nazywać go kibice, stara się o polskie obywatelstwo i zdradza, że od teraz chce już reprezentować tylko biało-czerwone barwy. Mistrz organizacji Armia Fight Night chce w przyszłości podbić UFC. - To nie marzenie, tylko cel - mówi Mansur, który walczy w kategorii do 66 kg.

Zobacz wideo "Szykowałem się do ślubu i zostałem zatrzymany. Zrujnowano mi życie". 14 miesięcy koszmaru

Antoni Partum: Po wygranej z Adrianem Kępą stwierdziłeś, że chcesz reprezentować Polskę. Dlaczego?

Mansur Ażyjew: - To była dość spontaniczna decyzja. Na gali Armia Fight Night 10 zostałem wywołany do klatki jako reprezentant Czeczeni. I byłem dość zaskoczony, bo wcześniej bywałem przedstawiany już jako Polak. Anzor, mój brat, a zarazem trener, tuż przed walką powiedział, żebym później wyjaśnił tę sprawę. Pokonałem Kępę i udzielałem wywiadu Mateuszowi Borkowi, w którym powiedziałem, że chcę w klatce reprezentować Polskę. To byłoby niesprawiedliwe w stosunku do Polski i Polaków, gdybym bił się jako reprezentant Czeczeni. 

Dlaczego?

- Bo wszystko, co uzyskałem w swoim życiu, uzyskałem tutaj. Tym, kim jestem, stałem się w Polsce. Pochodzę z Czeczenii i nigdy się tego nie wyprę, ale mieszkam w Polsce od prawie 15 lat i to ten kraj otworzył mi wszystkie drzwi, dał możliwość rozwijania swoich pasji. Czuję się jego dłużnikiem.

 

A jak twoi koledzy z Czeczenii przyjęli taką deklarację?

- Nikt nie miał żadnych negatywnych emocji. Wręcz na odwrót. Usłyszałem głosy wsparcia, że podjąłem dobrą i jedyną słuszną decyzję. No i nie zapominajmy, że formalnie nie ma takiego kraju jak Czeczenia. Musiałbym więc walczyć pod flagą Rosji. A co najwyżej, gdzieś obok byłoby napisane, że pochodzę z Czeczenii. 

Wyjechałeś z Czeczenii w 2008 roku, mając niespełna 11 lat. Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

- Urodziłem w 1997 roku, tuż po I Wojnie Czeczeńskiej [1994-96 - red.]. Samych walk nie pamiętam, ale pamiętam skutki wojny. Każdy Czeczen stracił w niej kogoś bliskiego, miasta i wsie były bardziej lub mniej zrujnowane. Pamiętam też widok rosyjskich czołgów patrolujących moją ulicę. Wyjechaliśmy z Czeczenii w 2008 roku, bo moja rodzina i moi sąsiedzi brali udział w wojnie, więc cały czas byliśmy gdzieś na świeczniku. Wciąż pojawiały się pytania od policji, która szukała partyzantów. A nie trzeba było być wcale partyzantem, żeby zostać za takiego uznanym i aresztowanym. Mieliśmy już tego dość. Chcieliśmy się od tego wreszcie odciąć i poznać takie coś, jak spokój.

Ale trenować sporty walki zacząłeś jeszcze w Czeczenii?

- Tak. Moi starsi bracia trenowali głównie zapasy, więc ojciec postanowił, że ja powinienem skupić się na boksie. Ale zapasy nie były mi obce. W ogóle często dochodziło do bójek w szkole, czy na podwórku. U nas jest inaczej niż w Polsce.

Walkę macie we krwi?

- Chyba można tak powiedzieć. W Czeczenii już mając pięć, sześć lat zaczynasz trenować sporty walki. Musisz je trenować, żeby się potrafić obronić. A że niemal wszyscy trenują, to nikt nie chce być tym jedynym, który jest niewysportowany, który nie może się w walce postawić. Jest nas mało, ale prawie każdy z nas potrafi się bić. 

Wróćmy do Polski. Gdzie trafiliście na początek?

- Do ośrodka dla uchodźców w podwarszawskich Otrębusach. Spędziliśmy tam noc.

Tylko jedną noc?

- To była tragedia. Przeludnione miejsce. I to tak, że sobie nie wyobrażasz. W jednym pokoju, w którym mogły się zmieścić cztery osoby, spało z 30-40. Serio. Byliśmy w szoku, bo nam wszyscy mówili, że przyjedziecie do Europy, tam będzie bogato, będziecie smarkać nos banknotami. Ale mocno nas wystraszył ten pobyt. Mieliśmy jeszcze rodzinę w Austrii, więc pojechaliśmy szukać szczęścia do Wiednia. Trudno nam się było jednak tam odnaleźć.

Dlaczego?

- Inna kultura, inna mentalność ludzi. Mojemu ojcu nie spodobał się Wiedeń. Polska okazała się jednak znacznie bliższa Czeczeni, jeśli chodzi o relacje międzyludzkie, więc uznaliśmy, że spróbujemy raz jeszcze. Tym razem wylądowaliśmy w ośrodku pod Pruszkowem, gdzie był luksus w porównaniu z poprzednim pobytem. Spędziłem tam naprawdę super trzy lata. Mam świetne wspomnienia z tamtego miejsca. Następnie znowu trafiliśmy do tego ośrodka w Otrębusach. Na szczęście warunki były już zupełnie inne niż w 2008 roku. Mieszkaliśmy tam dwa lata, aż wreszcie mogliśmy samemu coś znaleźć.

Twój rodzony brat Anzor był bardzo obiecującym zawodnikiem, ale porzucił karierę i teraz cię trenuje. Drugim twoim trenerem jest Arbi, czyli cioteczny brat znany ze współpracy z Mariuszem Pudzianowskim. Dlaczego Anzor i Arbi poszli w trenerkę? 

- Bycie zawodnikiem to ciężki kawał chleba. Masz rygor treningu, diety i wcale dużo ci nie płacą. Nawet jak zarabiasz, to musisz opłacić trenera, rehabilitacje i tak dalej. Naprawdę wielkie pieniądze zarabia tylko ścisła czołówka. Obaj uznali więc, że lepiej zająć się trenowaniem innych. Z tego są porządne pieniądze, jesteś blisko wielkiego sportu, a przede wszystkim chronisz swoje zdrowie.

Czego uczy cię Anzor, a czego Arbi?

- Znają mnie od małego, więc świetnie wiedzą, na co mnie stać. Kiedy mogą mnie docisnąć, a kiedy nieco odpuścić. Anzor kapitalnie łączy wszystkie płaszczyzny w jedną całość. Jak pokazuje zapaśnicze triki, to tylko tak, bym to mógł wykorzystać w walce, lub płynnie przejść np. do parteru. Świetnie łączy stójkę z parterem.

Z Arbim bardziej skupiam się na tarczach bokserskich, ale on ma przede wszystkim świetne oko. Ustala plan na walkę. To prawdziwy profesor. Jego obserwacje zawsze się sprawdzają w klatce. W narożniku obu słucham. Trenuję też w grupie pod okiem Roberta Jocza, Roberta Złotkowskiego i Adama Grabowskiego. 

Mamed ChalidowKoniec Chalidowa i Pudzianowskiego wywoła popłoch?! Bezkrólewie w KSW. Ale jest materiał na supergwiazdę

Wygrałeś wszystkie dotychczasowe walki. Coraz częściej porównuje się ciebie do Mameda Chalidowa.

- Mamed to największa legenda MMA w Czeczenii, więc bardzo miło to słyszeć, bo oglądałem jego walki już jako dziecko. Całą rodziną albo grupką przyjaciół oglądało się jego starcia, a jego plakaty wisiały w klubach. Nie dość, że bardzo widowiskowo walczył, to jeszcze jego historia działała nam na wyobraźnię. Wyjechał do Polski jako nieznany chłopak, który dorabiał na bramkach w klubach, a stał się wielką gwiazdą europejskiego MMA. Dlatego bardzo mi miło, jak ktoś mnie porównuje z nim, ale jest na to zdecydowanie za wcześnie. Musiałbym odnieść jakiś sukces, a ja mam dopiero 23 lata. Wszystko przede mną.

Macie dobry kontakt z Mamedem?

- Znamy się od dawna. Ja go bardzo lubię, ale nie mamy raczej stałego kontaktu. Jak się spotkamy, to na pewno się przywitamy i pogadamy.

To twój największy idol?

- Mamed i Fiodor Jemieljanienko to były dwie postacie, które mnie najbardziej elektryzowały. Ale dziś nie mam jednego, konkretnego idola. Lubię oglądać różnych zawodników, m.in. Chabiba Nurmagomiedowa czy Maksa Hollowaya.

Słyszałem, że trenowałeś kilka razy w UFD Gym, znanym niemieckim klubie. I świetnie sobie radziłeś na sparingach. Jesteś mistrzem federacji Armia Fight Night, ale pewnie zaraz zaczniesz szukać nowych wyzwań?

- Nie. Najpierw chcę obronić pas. Jeśli uda mi się ta sztuka, to pomyślimy, co dalej. Chciałbym w przyszłości bić się w UFC. Ale na razie mam chłodną głowę. Wiem, że jest za wcześnie na UFC. Poza tym bracia by mnie nie teraz puścili. Myślę, że zrobię jeszcze trzy, cztery walki i wtedy spróbuje swoich sił w Stanach Zjednoczonych.

Czyli wcześniej chciałbyś spróbować sił w KSW lub ACB, czeczeńskiej federacji?

- Na razie skupiam się na obronie pasa w Armii, ale później taki transfer miałby sens. KSW i ACB to świetne organizacje. Jest też ciekawa federacja Brave MMA. Wszystko będzie zależeć od tego, jaki dana federacja będzie miała na mnie pomysł.

Salim Touahri"Szykowałem się do ślubu i zostałem zatrzymany. Zrujnowano mi życie". 14 miesięcy koszmaru

Jakbyś miał siebie opisać jako zawodnika komuś, kto nigdy nie widział cię w klatce?

- O, dobre pytanie. Ale trudne. Musiałbyś się spytać moich braci. Ale gdyby miał wybrać jedną cechę, to powiedziałbym, że jestem wszechstronny.

Wielu kibicom marzy się twoje starcie z Patrykiem Kaczmarczykiem. Wyłoniłoby najlepszego zawodnika młodego pokolenia. Chciałbyś się z nim zmierzyć?

- Często mnie ktoś o to pyta. Na razie jednak mi nie wypada wypowiadać się na takie tematy, bo on jest w KSW, a ja w Armii. Ale kiedyś? Czemu nie! Na pewno nie jestem z tych zawodników, którzy boją się stracić zero z rekordu. Potencjalna wygrana z Patrykiem dałaby mi znacznie więcej, niż zwycięstwo nad słabszym rywalem, więc żeby się mierzyć z najlepszymi, to nie można unikać trudnych wyzwań. A Patryk z pewnością byłby bardzo wymagającym rywalem. Ale na razie nie ma takiego tematu.

Jakie jest twoje największe marzenie w MMA?

- Ja nie mam marzeń. Mam cel, którym jest podbicie UFC. 

Więcej o: