40 sekund przed końcem byłem mistrzem olimpijskim. Sędzia powiedział: Supron, sorry! [nieDawny Mistrz]

- A niech pan mnie nie dobija! 40 sekund przed końcem walki finałowej byłem mistrzem olimpijskim. Po finale przyszedł do mnie fiński sędzia i mówi "Supron, sorry!". Prychnąłem: "Sorry? Too late! Too late!". Andrzej Supron to mistrz świata i Europy oraz wicemistrz olimpijski w zapasach. A także medialna bestia. W cyklu nieDawny Mistrz opowiada, jak zrobił wrestlera z Władysława Komara, jak chcieli ich powyrzynać muzułmanie, jak zazdrościł mu Kirk Douglas i jak poznał go Jan Paweł II.

Andrzej Supron, urodzony w 1952 roku. Wybitny zapaśnik, obecnie prezes Polskiego Związku Zapaśniczego. Jego największe sukcesy to:

  • Srebrny medal igrzysk olimpijskich Moskwa 1980
  • Złoty medal MŚ 1979
  • Srebrny medal MŚ 1975
  • Srebrny medal MŚ 1978
  • Srebrny medal MŚ 1982
  • Srebrny medal MŚ 1983
  • Brązowy medal MŚ 1974
  • Złoty medal ME 1975
  • Złoty medal ME 1982
  • Srebrny medal ME 1974
  • Srebrny medal ME 1983
  • Brązowy medal ME 1972
  • Brązowy medal ME 1979
  • Brązowy medal ME 1981
  • Srebrny medal zawodów Przyjaźń-84
  • Złoty medal ME juniorów 1970

Pełną wersję wywiadu z Andrzejem Supronem przeczytacie tutaj.

Zobacz wideo "Hurkacz twardo stąpa po ziemi. O jego głowę jestem spokojny"

Łukasz Jachimiak: W 1996 roku polskie zapasy zdobyły pięć medali na igrzyskach olimpijskich w Atlancie. W tym trzy złote. A w 2021 roku na igrzyskach w Tokio możemy nie mieć nawet piątki zapaśników. Dlaczego?

Andrzej Supron: Przyczyn jest wiele. Generalnie dawne czasy dla sportów walki były w naszym kraju lepsze. Atlanta to pięć olimpijskich medali, a Moskwa 1980 nawet siedem.

Wiem, że za komuny wy byliście na fikcyjnych etatach w milicji, wojsku czy - jak Pan - w kopalni. Ale dlaczego w 1996 roku zapaśnicy nie dogadali się z Opocznem, wówczas najlepszym sponsorem polskiego sportu? Artur Partyka opowiadał niedawno na Sport.pl, jak dużo ta firma dawała. A zapaśników, bohaterów z Atlanty, podobno chciała obsypać złotem.

- Oni przez jakiś czas byli sponsorem, ale to się szybko rozleciało.

Bo szefowie związku chcieli, żeby zapaśnicy dzielili się z nimi pieniędzmi ze swoich kontraktów?

- Sekretarz generalny Andrzej Wojda rzeczywiście chciał jakiś udział z tych umów na fundację działającą w związku. A zawodnicy nie byli do końca przekonani co do jego intencji, nie mieli pewności, na co by ta prowizja szła. Zaczęły się kłótnie i wszystko się rozpadło. Szkoda. Z tym sponsorem można było zbudować to, co zbudowano w polskich skokach narciarskich, tworząc program szukania i wspierania młodych talentów z Lotosem. Zapasy miały wtedy sukces tysiąclecia. To się naprawdę mogło udać.

Artur PartykaInnowator polskiego sportu. "Pamiętam fakturę na 6400 zł. Robiła ogromne wrażenie" [nieDawny Mistrz]

Dziś w każdej kategorii wagowej pieniądze może sobie wywalczyć tylko jeden najlepszy Polak. Numer dwa i numer trzy nie dostaną stypendium. I przez to numery dwa i trzy nie rywalizują, nie budują mistrza. A kiedyś wielu zawodników miało te swoje fikcyjne etaty, dzięki czemu oni mogli się zapasom poświęcić. A dodatkowo jak się wyjechało na zagraniczne zawody i zarobiło się 200 dolarów, to się miało tyle, ile w kraju za rok pracy. Bo ludzie wtedy zarabiali po 20-25 dolarów miesięcznie.

200 dolarów to Pana najwyższa premia za sportowy sukces?

- Nie, aż tyle nie dostawałem. Mówię o zarobku z handlu. Jak się jechało, to się brało ze cztery kryształy, ze dwie butelki alkoholu, jakieś ubrania i się sprzedawało, bo różnica cen między wschodem a zachodem była szalona.

Pan najwięcej za sukces - za złoto MŚ - dostał 100 dolarów?

- Kiedyś świętej pamięci Jurek Kulej powiedział mi: "Andrzej, a ja za mistrzostwo Europy dostałem tylko 50 dolarów". Te 100 dolarów to już była absolutnie górna stawka. Ale wypłacona nie od razu. Ludzie często mnie pytali, ile mi płacą za te wszystkie medale. Jak słyszeli, że dwie średnie pensje, to myśleli, że sobie żartuję. To były śmieszne stawki. Naprawdę nie było wyjścia i chcąc zarobić, trzeba było te kryształy wozić na wielkie imprezy. Dziś dla czytelnika to pewnie brzmi jak sceny wyjęte z filmu fantastycznego, ale naprawdę było tak, że myśmy na mistrzostwa świata jechali i bajerowaliśmy celników, dawaliśmy autografy, żeby nam pozwolili więcej rzeczy przewieźć. A na miejscu organizatorzy nam dawali takie stoły-lady i normalnie pozwalali w halach sprzedawać towary.

Jak się Panu teraz wiedzie? Ma Pan wciąż w Warszawie klub sportowy i restaurację bałkańską?

- Restauracja była, ale już jej nie ma. Na szczęście, bo w tych czasach kłopoty byłyby wielkie. Na szczęście pozbyłem się jej dużo wcześniej. Z klubem jest tak, że największy oddział przestać działać, bo sprzedano budynek, w którym byliśmy. Ale małą sieć ciągle mam. Poza tym mam swoje programy telewizyjne, pokażę się gdzieś na ekranie, w jakimś show. I ciągle komentuję wrestling. A przede wszystkim mam dwie emerytury - tak zwaną sportową za medal olimpijski i górniczą.

Apoloniusz TajnerSyn miliardera całował Tajnera w rękę. "Ludzie byli pod ogromnym wrażeniem" [nieDawny Mistrz]

Ja też byłem taki, że cokolwiek zarobiłem, to zawsze w coś inwestowałem. A to w ziemię, a to mieszkanie kupiłem, a to coś kupiłem, żeby później sprzedać z zyskiem. Handel jest najłatwiejszy. Mam do tego żyłkę. Jestem przedsiębiorczy, dzięki czemu żyję niezależnie. Mam taki komfort, że mogę się angażować w swoją pasję. W zapasach przeszedłem wszystkie etapy - byłem zawodnikiem, trenerem, sędzią, teraz jestem prezesem. Jestem kompletny w swojej dziedzinie.

Tak bardzo kompletny, że nawet zdobył Pan olimpijski i medal się go Pan pozbył. To był marzec 2013 roku, kiedy wysłał Pan do MKOl-u srebro z Moskwy w odpowiedzi na pomysł wyrzucenia zapasów z igrzysk. Co się z tym medalem stało?

- Powstała taka koncepcja, że medal mi uroczyście zwrócą. Bo zapasy zostały w programie igrzysk. Zanosiło się na to, że podczas igrzysk olimpijskich Rio 2016 odbiorę swoje srebro. Ale na stanowisku szefa MKOl-u Jacquesa Rogge'a zmienił Thomas Bach i sprawa się jakoś rozmyła, a ja nie naciskałem. I nie narzekam, że tego medalu nie mam. Gumką nikt mojego osiągnięcia nie wymaże, a medal znajduje się w godnym miejscu - w muzeum olimpijskim w Lozannie. Jest tam gablota medali zwróconych. Jest w niej siedem medali. Elitarne grono, ha, ha.

Dlaczego w tej gablocie wisi Pana olimpijskie srebro, a nie złoto? Czego Panu, mistrzowi świata i Europy zabrakło do pełni szczęścia na igrzyskach?

- A niech pan mnie nie dobija! 40 sekund przed końcem walki finałowej byłem mistrzem olimpijskim. I straciłem punkt niesłusznie. Zostałem wypchnięty za matę niedozwoloną akcją. Po finale przyszedł do mnie fiński sędzia i mówi "Supron, sorry!". Prychnąłem wargami i mówię: "Sorry? Too late! Too late!". Sędzia przeprosił, ale Rumun, wiceprezydent światowej federacji zapasów, stał przy macie i przed walką zapowiedział, że on się specjalnie będzie przyglądał. Była presja z góry, żeby wygrał Rumun, a nie Polak. Tak wtedy było z niektórymi rywalami.

Bogdan Wenta"Palnął, że Polacy nie mają jaj. A my - jak to? Nie mamy jaj? No to wam pokażemy!" [nieDawny Mistrz]

Pamiętam "Jugola", którego trzeba było "udusić", żeby z nim wygrać. Przy równej walce nie było szans, sędziowie zawsze byli za nimi. Bo prezydentem światowej federacji był Jugosłowianin Milan Ercegan. Przeżyłem mocno tę finałową porażkę. Gdybym nie zasługiwał na olimpijskie złoto, to naprawdę powiedziałbym: "Dzięki ci Boże, że mi dałeś ten srebrny medal!". Ale ja dosłownie rok wcześniej na mistrzostwach świata zmiotłem Stefana Rusu 12:0. Na igrzyskach w Moskwie byłem aktualnym mistrzem świata, a w drodze do walki o złoto pokonałem aktualnego mistrza olimpijskiego, Surena Nałbandiana ze Związku Radzieckiego. Trudno, krzywdy nie mam. 16 medali z imprez mistrzowskich to solidny dorobek. Na najwyższym stopniu stałem, "Mazurka Dąbrowskiego" słuchałem. I jak ktoś mówi o mnie wicemistrz olimpijski, to ja pytam: a co z tytułami mistrza świata i mistrza Europy?

To na mistrzostwach w 1979 roku wygrał Pan wszystkie walki przed czasem, wszystkie bez straty punktu i wtedy zaczęto Pana nazywać profesorem zapasów?

- To był mój najlepszy turniej w życiu. Przepiękny czas. Również dzięki spotkaniu z Polonią, bo turniej odbywał się w amerykańskim San Diego. Ludzi byli bardzo dumni, że mogli wysłuchać "Mazurka Dąbrowskiego". A do kieszeni tyle datków mi włożyli, że chociaż powtarzałem "Dziękuję, ale nie trzeba", to na spotkaniu z nimi dostałem dużo, dużo więcej niż te 100 dolarów od państwa. A profesorem zapasów w Stanach nazwali mnie dziennikarze i rosyjscy trenerzy. Śmieje się, że jeszcze nie skończyłem technikum, a już zostałem najlepszym technikiem w Europie, bo taki tytuł mi przyznano na juniorskich mistrzostwach Europy w roku 1970. A później jeszcze nie skończyłem uczelni, a już zostałem profesorem. Tytułami naukowymi wyprzedzałem swoją edukację, ha, ha!

Polonia dawała pieniądze, a polscy kibice po którymś z sukcesów przynieśli Pana z Dworca Gdańskiego do domu na Powiślu, prawda?

- Zgadza się. Piękna historia! To było po mistrzostwach Europy juniorów w Szwecji, w Huskvarnie w 1970 roku.

To Pan już jako niespełna 18-latek stał się tak popularnym sportowcem?

- W swojej dzielnicy bardzo! Tak bardzo, że prom ze Szwecji się spóźnił, przez to pociąg czekał i też miał opóźnienie, więc jak dojechałem do Warszawy, to byłem przekonany, że już nikt na Dworcu Gdańskim nie będzie czekał. Zobaczyłem dużą grupę ludzi, ale uznałem, że jakaś wycieczka gdzieś jedzie. Jednak okazało się, że to koledzy, sąsiedzi, ludzie z dzielnicy. Nieśli mnie całą drogę. Ani razu nie dotknąłem stopą ziemi. Tylko mnie sobie przekazywali jak króla z barków na barki. Jak teraz o tym mówię, to jeszcze czuję się wzruszony. Niewiarygodne, jak ludzie wtedy wierzyli w swojego chłopaka. Byłem gwiazdą dzielnicy i bardzo chciałem zostać gwiazdą całego naszego sportu. Świetny start miałem. Całe dzieciństwo pięknie wspominam. Było prawdziwe, a nie zza szyby. Mieszkałem przy Wiśle, kąpałem się w niej po każdym graniu w piłę z kolegami. Zahartowywałem się w różnych walkach. Rosłem na sportowca.

A propos tego kąpania się w Wiśle - gdyby nie zapasy, to może by Pan zrobił karierę w sportach wodnych, bo do wody chyba Pana ciągnie? Całkiem niedawno skakał Pan z 10 metrów do basenu w programie Celebrity Splash.

- Zgadza się, pokazałem, że stary człowiek i może!

A ze 20 lat temu to Pan wrzucał ludzi do basenu. Jako prowadzący programu "Trafiony zatopiony".

- Wtedy dostałem wielkiego kopa medialnego. Ten program TVN-u miał świetną oglądalność. Momentami przewyższał nawet emitowane w tym samym czasie Wiadomości. Format był taki, że startowało 10 facetów, 10 ciach, jak to mówią panie. A na widowni było 100-150 dziewcząt. Samych dziewcząt! Do tego w akademikach mnóstwo dziewczyn siadało, otwierało sobie piwa i oglądało, zastanawiając się, który powinien wygrać, a który wpaść do basenu. Tak się to oglądało, że aż na święta zrobiłem dodatkowy program z udziałem gwiazd. Między innymi Michała Milowicza, Pawła Deląga, Jacka Wszoły, Artura Szulca i Tomasza Stockingera.

Władysława Komara Pan nie ściągnął?

- Chciałem! Władek oczywiście powiedział: "Przyjdę" i oczywiście nie przyszedł. Za to z Władka zrobiłem kiedyś mistrza świata w zapasach!

Pamiętam! Kiedyś pisałem tekst o Komarze i Pan mi opowiedział, jak jeździliście po Związku Radzieckim i pokazywaliście wrestling. Pan przedstawiał Komara jako zawodowego mistrza świata w zapasach, a w końcu jako trenera amerykańskich wrestlerów!

- Tak było! Na przełomie lat 80. i 90. założyłem grupę Supron Stars i z Władkiem miałem największe przeboje. Ten facet to był fenomen. Wspaniały sportowiec, a do tego niezwykle błyskotliwy człowiek. Zawsze umiał zażartować, przygadać. Tylko rzadko pozwalał żartować z siebie. Na szczęście moje żarty tolerował. Do tej ekipy Supron Stars go wziąłem i w gronie różnych kulturystów i osiłków był liderem, mimo że na treningi mi nie przychodził i wrestlera trudno było z niego zrobić. No bo skoro nie ćwiczył tych wszystkich chwytów, rzutów i ułożeń ciała, to zawsze był skopany, siny. Żal mi go było, więc zrobiłem z niego trenera ekipy Sunny Boys, czyli amerykańskich wrestlerów. Jak pojechaliśmy do Związku Radzieckiego, to podpisaliśmy umowę z Moskoncertem i mieliśmy prawdziwy rosyjski balet oraz prawdziwych rosyjskich zapaśników, a do tego Amerykańców z Żoliborza, Niemców z Pragi, Szwedów z Mokotowa, no i Polaków, ha, ha, ha. Przewesoło było!

Mateusz KusznierewiczPił z gwinta z królem Norwegii, wybierał sobie sponsorów, odrzucał zaproszenia od fanek na wakacje i na coś więcej. Mateusz Kusznierewicz [nieDawny Mistrz]

Wesoło chyba nie było w Dagestanie. Tam grozili, że Was powyrzynają.

- Było groźnie! Pojechaliśmy do Machaczkały i na plakacie reklamującym galę mieliśmy bijące się dziewczyny. W rękawicach i z gołymi piersiami. Taki pomysł na promocję. No i taka wersja wolnej amerykanki bardzo się muzułmanom nie spodobała. Naprawdę chcieli nas powyrzynać. Milicja musiała nas bronić. I musieliśmy jak najszybciej wyjechać.

Jan Paweł II, Kirk Douglas - wiem, że takich wielkich tego świata Pan w życiu spotkał i słowo z nimi zamienił. A kogo jeszcze?

- Sharon Stone, Micka Jaggera, Shakina Stevensa. Języki to moja pasja i z różnymi ludźmi mogłem sobie swobodnie rozmawiać. Jaggera poznałem dzięki Darkowi Michalczewskiemu. Oni dwaj się poznali na koncercie w Niemczech. Sharon Stone była gwiazdą na jakimś wydarzeniu w Minneapolis i pogadaliśmy dzięki temu, że miała kiedyś chłopaka, który ćwiczył wrestling, więc była zainteresowana, kim jestem. A Kirk Douglas to był bardziej podekscytowany spotkaniem niż ja! Ja go zaczepiłem, głupio mi było, więc od razu zacząłem mówić, że nie chcę mu przeszkadzać, ale jestem z Polski i jestem jego fanem, a on się ożywił. "Wow, Polska! Byłem tam! W Łodzi, w szkole filmowej". Zapytał, skąd tak dobrze znam angielski, a jak powiedziałem, że parę razy byłem w Stanach i że to dla mnie szczęśliwy kraj, bo tam zdobyłem złoty medal mistrzostw świata, to przez grzeczność zapytał w czym. No i jak usłyszał, że wrestling, to wykrzyczał: "Oh my God! Wrestling?! I can't believe! I was a wrestler too!". Zaczął mi opowiadać, że trenował zapasy przez wiele lat, że był już nawet w kadrze olimpijskiej USA.

Mieczysław Nowicki"Wiedząc, co się stało z byłym ministrem, myślę, że i mi ktoś mógł zrobić krzywdę" [nieDawny Mistrz]

Oczywiście znam się też z wieloma sławami polskiego sportu. A przez to, że pokazują mnie w mediach, jestem rozpoznawalny. Opowiem anegdotę sprzed kilkunastu lat. Jedziemy pociągiem ze świętej pamięci już niestety Rysiem Szurkowskim. Wychodzę na chwilę z przedziału i spotykam żołnierzy. Zatrzymują mnie: "Panie Andrzeju, podpisze się nam Pan na chustach, co?". Pewnie! Podpisałem się. I mówię: "chłopaki, ale macie wielkie szczęście, bo ze mną jest jeszcze Ryszard Szurkowski". A oni pytają: "A to też zapaśnik?". Tak się zdziwiłem, że aż zapytałem: "No co wy, jaja sobie robicie?".

Wymieniłem Jana Pawła II, ale popędziliśmy w innych kierunkach. Wrócimy na audiencję?

- Miałem wtedy szczęście w nieszczęściu.

To znaczy?

- Polecieliśmy na obóz przygotowawczy do igrzysk. Do ośrodka pod Rzymem. Organizator widząc, że przyjechała olimpijska reprezentacja z Polski, mówi: "O, to może ja wam zorganizuję audiencję u Ojca Świętego". Powiedzieliśmy, że fajnie by było, ale nie do końca wierzyliśmy, że to się uda. A tu za trzy dni telefon, że audiencja zorganizowana. "O rany! Idziemy!". Podpisaliśmy się na proporczyku, pojechaliśmy i było tak wspaniale, że o Bożym świecie zapomnieliśmy. Ja ten proporczyk wziąłem, podszedłem do papieża, żeby mu wręczyć i mówię: "Ojcze Święty, nazywam się Andrzej Supron", a on mi przerwał, rękę do przodu wyciągnął i mówi: "Znam, znam". Jezu, nogi mi się ugięły, że taki człowiek zna takiego robaczka jak ja. Ojciec Święty uwielbiał sport, znał nie tylko naszych mistrzów, ale też wielkich zawodników zagranicznych. Tym milej było z nim osobiście porozmawiać i dostać od niego różaniec.

A szczęście w nieszczęściu, bo audiencja była, a nie było igrzysk?

- Tak. I Jan Paweł II wiedział, że tak będzie. Zdziwił się, co my tu robimy i jak powiedzieliśmy, że jesteśmy na obozie przed igrzyskami olimpijskimi, to znacząco zapytał: "A gdzie one będą?". Były w Los Angeles, im mniej czasu do nich zostało, tym więcej kolejnych krajów z bloku komunistycznego się wycofywało, a my codziennie sprawdzaliśmy w gazetach, czy aby Polska nie zrobiła tego samego. No i w końcu, niestety, nasi politycy podjęli taką decyzję.

Pewnie po srebrze z Moskwy mocno Pan liczył na złoto w Los Angeles?

- Zdecydowanie. Ale mam drugie srebro. Jedno olimpijskie, a drugie z tych dziwnych zawodów zamiast igrzysk [Przyjaźń-84]. W zapasach liczyła się przede wszystkim Europa. W zawodach dla krajów, które zbojkotowały Los Angeles, było ośmiu zapaśników w mojej kategorii wagowej i wszyscy byli medalistami mistrzostw świata i igrzysk olimpijskich. Od razu pierwszą walkę miałem z Węgrem, mistrzem olimpijskim. A w Los Angeles mistrzem olimpijskim został Fin, który nigdy ze mną nie wygrał. Zaderka we mnie jest, ale - jak już mówiłem - i tak nie narzekam. Choć gdyby szczęścia i zdrowia było więcej, to medali miałbym jeszcze więcej i byłyby w jeszcze lepszych kolorach.

Najdziwniejsza historia związana z pańskim zdrowiem to chyba te mistrzostwa świata, na których dotarł Pan do finału, udając, że boli Pana nie ten bark, który bolał naprawdę?

- Oj tak! To był 1982 rok i 10 dni przed mistrzostwami świata w Katowicach wyskoczył mi bark. Prawej ręki. Roboczej! Lekarz mówi: "Nie ma szans!". A ja: "Jak to nie ma szans? Jestem aktualnym mistrzem Europy, kandydatem do złota, a zawody są u nas w kraju! Muszę wystartować!". On na to twardo, że nawet najmniejsze skręcenie nadgarstka to dwa tygodnie gipsu, a my mamy do zawodów 10 dni. Bark poszedł w gips. Biegałem, ćwiczyłem z tym, lałem wodę do środka, bo było mi tak gorąco, że nie mogłem wytrzymać. Ten prowizoryczny gips w końcu zdjąłem na dzień przed startem. I spróbowałem wózka, czyli technicznej akcji w parterze. Ból był taki, że myślałem, że mi rękę urwało. Trenerem reprezentacji był Stanisław Krzesiński, a że się przyjaźniliśmy, to załamany powiedziałem mu szczerze: "Stasiu, nie dam rady". "Kurde, Andrzej, musisz! Ty więcej zrobisz jedną ręką niż ktokolwiek inny dwiema". Po tej jego odpowiedzi ostrzyknęli mnie jeszcze i wystartowałem.

Aneta Konieczna w jedynce na torze Eton"Na igrzyskach w Londynie bardziej niż rak bolała mnie zdrada" - Aneta Konieczna [nieDawny Mistrz]

Męczyłem się bardzo. Co tylko mnie ręka zabolała, to łapałem się za lewą, gdyż gazetom wcześniej powiedziałem, że mam kontuzję lewej ręki, żeby zmylić przeciwników. Jakoś wymęczyłem awans do finału. A w finale z Rusu wykonałem pierwszą akcję i kto mnie zna, to wie, że już bym tego nie puścił. Mimo że walczyłem jedną ręką! Ale później Rumun tak mi niefortunnie skoczył kolanem powyżej stawu skokowego, że miałem wrażenie, jakby mi ktoś upiłował nogę. Puściło mi ścięgno. Przerażony patrzę na Staśka, nogę mi zawinęli, wracam, a Rumun od razu atakuje tę moją nogę. Na to trener nie czeka, rzuca ręcznik, poddaje mnie. Ale uprosiłem: "Stasiu, proszę Cię, daj mi minutę". Mam to na filmie, bo akurat o mnie wtedy kręcili. Nie chciał się zgodzić. Mówi: "No co ty, na jednej nodze i z jedną ręką będziesz walczył?!". Ale w końcu dał mi spróbować. Tylko że Rumun znów zaatakował tam, gdzie ból był największy. I trener znów rzucił ręcznik. Wtedy do mnie dotarło, że to koniec, że nie jestem w stanie ani dziś, ani jutro, ani pojutrze tego pojedynku wygrać. Łzy złości przyszły. Później pojechałem karetką do szpitala. I na podium wróciłem w gipsie. Taki jest sport.

To skończmy nie sportem, a Supronem. Czy Pan wie, że jedna z postaci polskiego showbiznesu miała psa, który się wabił Supron?

- Był to pies Marii Czubaszek - oczywiście, że wiem. Znaliśmy się i się lubiliśmy z Czubaszek. Opowiedziała mi, że ten pies się dziwnie zachowywał od początku, bo co dawała mu jedzenie, to on nie zjadał, tylko sobie je chomikował. Czyli robił sobie zapasy. No tak jak sobie robił zapasy, to ona wpadła na to, że zna przecież jednego zapaśnika, a więc piesek będzie się nazywał Supron. Gdybym jej nie znał, gdybym nie wiedział, że była jajcarą, to może bym się obraził. Ale chyba też nie. Przecież pies to jest przemiłe stworzenie!