Rywalka Joanny Jędrzejczyk niepokonana od siedmiu lat. "Nie śmiejemy się z ludzi, którzy cierpią"

Za salę treningową musiał wystarczać jej hotelowy pokój. Mamie przez telefon wyznała, że dłużej tak nie da rady. Słysząc jednak, że rady to mogą nie dać lekarze, którzy pracują w jej kraju przy chorych, wzięła się do roboty. Chinka Weili Zhang chce zwyciężyć z Joanną Jędrzejczyk dla swych rodaków. Koronawirus napędza ją, by zachować mistrzowski pas UFC.

Choć wokół oktagonu dzieje się wiele, to najważniejszy w tej walce jest pas. Ponad dwa lata temu należał do Joanny Jędrzejczyk. Od pół roku nosi go Weili Zhang. Chinka jest wschodzącą gwiazdą UFC, raczej przeciwieństwem Polki. Spokojna, bezkonfliktowa, stroniąca od trash-talku (nie wytrzymała tylko na treningu, słysząc okrzyki "koronawirus"). Choć nie działa na widzów swoim strojem, czy wypowiedziami to z pewnością przykuwa uwagę jej sposób walki i siła mięśni. Mistrzowski pas UFC wywalczyła sobie już dwa lata po przejściu do największej organizacji MMA na świecie. To było jej 20 z rzędu zwycięstwo w karierze. Ostatnią, a zarazem pierwszą walkę w MMA przegrała w 2013 roku. Jędrzejczyk czeka jedna z trudniejszych przepraw w oktagonie, choć jak zapewnia, przygotowania do starcia miała bardzo mocne. Zhang podczas swego obozu na głowie miała co innego - koronawirusa. Jej bliscy sugerowali nawet, żeby do walki nie podchodzić. Ona była uparta, choć też bliska załamania.

Obóz na łóżku

Niektóre ćwiczenia dostawała w formie wideo na telefon. Stawał na łóżku w swoim hotelowym pokoju w Abu Zabi i robiła to, co przedstawiało nagranie. Łóżko było matą, podłoga bieżnią, dalsze hotelowe metry pokoju całą salą treningową. Obóz przygotowawczy przed UFC 248 - jeśli w ogóle można go tak nazwać - był dla Zhang trudny, momentami załamujący. Zaczęła go zgodnie z planem – w Pekinie, ale potem Chiny zaatakował koronawirus. Uciekła więc do Tajlandii. Decyzję podjęła z dnia na dzień za namową sztabu. Na lotnisko ruszyła, nie wiedząc nawet, gdzie będzie mieszkać i trenować. Pomogli jej dwaj tajscy trenerzy. Czuła się jak uciekinierka. W Tajlandii przechodziła swoistą kwarantannę, ale też trenowała w miejscowych klubach. Gdy i ten kraj był w końcu zagrożony epidemią, po jakimś czasie Chinka ruszyła w dalszą trasę. To było zresztą zalecenie i prośba UFC, które pewnie bało się, że niedługo nigdzie nie poleci. Tak znalazła się we wspomnianej już stolicy Emiratów Arabskich w swoim hotelowym pokoju. Pewnego dnia zadzwoniła nawet do swojej mamy, mówiąc, że dalej tak nie da rady. Mama opowiedziała jej, że rady to mogą nie dać chińscy lekarze, którzy nie śpią i pracują w szpitalach po 48 godzin, aby pomóc zarażonym koronawirusem.

 

- To wszystko było trudne. Do tego dochodził też jet lag. Tajlandia ma dwie godziny różnicy czasowej z Pekinem. Abu Zabi trzy. Do tego dawała się we znaki też różnica warunków pogodowych w tych miejscach. Pekin jest zimny. Tajlandia ciepła i wilgotna. Abu Dhabi gorące i suche. To sprawiało, że cały obóz stawał się jeszcze bardziej męczący. Odpoczywałam właściwie tylko w samolocie - opisywała tamtą sytuację portalowi Dazn News. To dlatego niektórzy doradzali jej, żeby wycofała się z tej walki, że nie powinna stawać do obrony pasa na wariackich papierach. Ona już traktowała to jednak jak wstępną walkę. Jak ciosy, których musi unikać, albo nauczyć się je przyjmować. Przyjmowała, choć było to męczące fizycznie i psychicznie.

- Mówiłam sobie wtedy: dam radę - opisywała to Chinka. Zresztą podczas tych podróży ćwiczyła w różnych szkołach, z różnymi zawodnikami, co też było dla niej nowym doświadczeniem i nabywaniem pewności siebie w innych warunkach. Tak podchodzi do tego z perspektywy czasu. Tylko że w lutym te perspektywy nie były dobre. Zhang nie była pewna jeszcze jednej, najważniejszej rzeczy: Czy na walkę w ogóle doleci? Stany Zjednoczone z powodu koronawirusa mocno ograniczyły wizy dla przyjezdnych z Chin, a UFC 248 zaplanowano w Las Vegas. Zawodniczka też miała problem z otrzymaniem dokumentu. Dobra wiadomość napłynęła dopiero w połowie lutego.

Korona podteksty

Wszystkie okoliczności sobotniej walki sprawiają, że dla Zhang będzie miała ona dodatkowy wymiar. Zawalczy dla trapionych problemami rodaków.

- Nie wiem, czy ćwiczyłabym tak ciężko i robiła to wszystko, gdyby nie koronawirus. Chiny przeżywają trudny okres, ale każdy robi co może. Ja też zrobiłam wszystko, by do tej walki doszło i wierzę, że zwycięstwo w niej, będzie też motywacją dla moich rodaków. Robię to dla nich - oznajmiła.

Niedawnym postem Jędrzejczyk na Instagramie Chinka była zatem mocno zirytowana. Polka wrzuciła tam zdjęcie - fotomontaż, na którym stoi za Zhang z maską gazową na twarzy. Do obrazka dodała płaczącą ze śmiechu emotikonę.

- Robienie sobie żartów z tragedii, to oznaka czyjegoś charakteru. Ludzie umierają, ojcowie, matki, czyjeś dzieci - napisała na Instagramie Zhang. - Mów o mnie co chcesz, jeśli poczujesz się dzięki temu silniejsza, ale nie żartuj z tego, co się tutaj dzieje dodała. Polka po jakimś czasie usunęła post i przeprosiła. Chinka przeprosiny przyjęła. W późniejszych wywiadach zasugerowała, że ten nietakt to być może różnica kulturowa, jaki dzieli oba kraje.

- W Chińskiej kulturze nie śmiejemy się z ludzi, którzy cierpią. Pomagamy im, budujemy ich - stwierdziła, sugerując, że ona też ich niebawem pokrzepi.

To pewnie też z tego powodu nie wytrzymała, kiedy podczas pokazowego treningu ktoś polskich kibiców miał krzyknąć w jej stronę "koronawirus". To dlatego pokazała w stronę fanów środkowy palec, przynajmniej tak tłumaczył to jej menedżer Brian Butler.

Szybkie zwycięstwa Chinki

Faworytem tego starcia zdaniem bukmacherów jest niepokonana od siedmiu lat Chinka. Jej bilans robi wrażenie, ale Jędrzejczyk zapewnia, że dawno przed walką nie czuła się tak mocna. Dawno nie miała tak ciężkiego obozu przygotowawczego. Dużo lepiej niż ostatnio poszło jej też zbijanie wagi. Na piątkowym ważeniu zameldowała się jako jedna z pierwszych. Była uśmiechnięta. Co jeszcze może przemawiać za Polką? Być może praca na nogach. Może wykorzystanie zasięgu rąk i ciosów oraz kopnięć z dystansu. Pewnie też doświadczenie. Dla Polki będzie to 10. walka o pas. Dla Zhang dopiero pierwsza jego obrona, ale do tej pory w UFC walczyła jakby była w tej organizacji weteranką.

- Ona jest bardzo niebezpieczna - przyznała Polka w rozmowie z MMAFighting.com. - Zaskoczyła świat. Dobrze poradziła sobie w walce z Jessicą Andrade - dodała. Brazylijkę, która niedawno zdetronizowała Rose Namajunas, Chinka rozbiła w 42 sekundy.

 

Walka odbyła się w chińskim Shenzhen, a Andrade sugerowała potem, że trudno było jej tam funkcjonować i źle poszedł też sam proces ścinania wagi. Tak czy inaczej, Zhang rzadko walczy ze swymi rywalkami dłużej niż jedną rundę. Przeważnie rozbija je szybko. Z 21 pojedynków, w pierwszej odsłonie zakończyła aż 11. 10 razy nokautowała rywali, 7 razy poddawała. Tylko 4 jej walki musieli rozstrzygać sędziowie. Co ciekawe Zhang niedawne potyczki Polki zna na pamięć. Większość z nich oglądała jeszcze, jak nie była w UFC.

- Jestem podekscytowana tą walką. Oglądałam bitwy Joanny, jak była mistrzynią. Patrzyłam w telewizor i wyobrażałam sobie, jak walczę przeciwko niej. Teraz ten dzień się zbliża. Czekam na niego - wyznała.

Walka o pas kat. słomkowej w nocy z soboty na niedzielę około godz. 5:30. Transmisję z wydarzenia przeprowadzi Polsat Sport Extra.