UFC. Marcin Tybura: Tu jest jak w "Breaking Bad" [ROZMOWA]

Marcin Tybura szykuje się do listopadowej walki z Markiem Huntem (13-11, 10 KO), czołowym zawodnikiem UFC w wadze ciężkiej. - Nie lubię traktować rywali w stylu: "wow, walczę z legendą!". Chłodna głowa przede wszystkim. (...) Raczej odczuwam dumę, że otrzymałem taką szansę. Chyba nie bez powodu - mówi Tybura w rozmowie ze Sport.pl.

31-letni Marcin Tybura (16-2, 7 KO) to najlepszy polski zawodnik MMA w wadze ciężkiej. Jego najbliższy pojedynek odbędzie się 19 listopada podczas gali UFC Sydney, gdzie w walce wieczoru zmierzy się z Markiem Huntem (13-11, 10 KO).

Antoni Partum: Odszedłeś z warszawskiego klubu S4 i wyjechałeś do Stanów Zjednoczonych. Trenujesz w prestiżowym Jackson Wink w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk. Jak się czujesz po przeprowadzce?

Marcin Tybura: - Miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym, wygląda tak jak przedstawiono je w serialu ”Breaking Bad”. Największe wrażenie zrobiłby na mnie otaczające miasto góry, a także pogoda. Najczęściej panują tu straszne upały, ale na szczęście czasami też trochę popada. Póki co, mieszkam jeszcze w hotelu razem z innymi polskimi zawodnikami: Damianem Stasiakiem, Sebastianem Kotwicą i Michałem Bobrowskim.

Jackson Wink to jeden z najlepszych klubów MMA na świecie. Potwierdzasz?

- Pierwsze treningi oceniam bardzo pozytywnie. Atmosfera w klubie jest niezwykle przyjazna. Zostałem bardzo dobrze przyjęty przez trenerów. Właściwie od pierwszego treningu wdrażają mi plan taktyczny na mojego najbliższego przeciwnika [Marka Hunta – red.], więc jestem mega zadowolony.

Na czym polega różnica między czołowymi polskimi klubami, a tymi najlepszymi na świecie?

- Przede wszystkim to co odróżnia Jackson Wink od klubów w Polsce - to liczba zawodowców na macie. Praktycznie każdy, kto przychodzi do klubu jest regularnie walczącym zawodowcem. Dlatego treningi to czysta przyjemność. A kadra trenerska jest znacznie bardziej rozbudowana niż u nas. Są tu sami bardzo doświadczeni trenerzy, nie tylko w poszczególnych płaszczyznach, ale przede wszystkim w MMA. Formuła treningu też jest trochę inna.

W mojej grupie głównie się sparuje. Są oczywiście elementy techniki, ale stanowi to jednak mniejszą cześć treningu. Intensywność sparingów jest stopniowana, co daje możliwość adoptowania nowych technik od razu w sparingu.

Spotkałeś już na treningu Jon Jonesa czy Alistaira Overeema [czołowe gwiazdy UFC]?

- Jeszcze nie spotkałem, ale gwiazd nie brakuje. Głównie z niższych wag, ale nie mogę narzekać na liczbę sparing-partnerów z mojej kategorii wagowej.

W Listopadzie zmierzysz się z Markiem Huntem, legendą UFC. Na co musisz uważać?

- To żadna tajemnica, że mocno bije. Ma silny nokautujący cios, dlatego największym zagrożeniem z jego strony będzie stójka. Teoretycznie ma kiepskie warunki fizyczne jak na wagę ciężką [Hunt mierzy 178 cm - red], ale szybkość, precyzja i siła ciosu jest u niego na bardzo wysokim poziomie. Ciągle jest bardzo niebezpieczny.

Czyli będziesz starał się zejść do parteru?

- Najprawdopodobniej tak, ale nie jestem typem zawodnika, który tylko rzuca się w nogi. Zacznę w stójce i na spokojnie poszukam okazji do obalenia. Nie będę jednak unikał walki na pięści.

Ostatnio przegrał z tobą Andrei Arlovski, także bardzo uznany zawodnik. Walki z legendami MMA, to dla ciebie dodatkowa mobilizacja?

- Nie lubię traktować rywali w stylu: ”wow, walczę z legendą!”. Chłodna głowa przede wszystkim. Nie wynoszę swoich rywali na piedestał. Hunt to silnie medialnie nazwisko i groźny zawodnik. Ewentualna wygrana może mi wiele dać. Raczej odczuwam dumę, że po prostu otrzymałem taką szansę. Chyba nie bez powodu....

Pojedynek z Arlovskim był jednym z najcięższych w twojej karierze [Tybura wygrał na punkty]. Już od drugiej rundy wyglądałeś na bardzo zmęczonego. To była kwestia nieodpowiednich przygotowań czy aklimatyzacji w Singapurze?

- Być może klimat miał znaczenie, ale raczej chodziło o to, że źle rozłożyłem siły. Za bardzo się podpaliłem się w 1. rundzie. Zablokowałem przeponę i miałem problemy z właściwym oddychaniem. Na początku walki wyprowadziłem bardzo dużo ciosów, dlatego w drugiej już opadałem z sił. Na szczęście w 3. rundzie odzyskałem energie i zdecydowanie wygrałem. 

Ostatnio mówiłeś mi, że chciałbyś wystąpić przed polską publicznością. Tymczasem UFC organizuje 21 października galę w Gdańsku, ale ciebie tam zabraknie.

- Tak wyszło, ale nie mam co rozpaczać. Przecież 19 listopada podczas gali w Sydney wystąpię w walce wieczoru. A to duża nobilitacja.

Jakie masz plany na później?

- Nic się nie zmieniło. W ciągu dwóch lat chcę zostać mistrzem świata wagi ciężkiej.

Rozmawiał Antoni Partum.

***

Sylwetkę Tybury przeczytacie TUTAJ.

Dariusz Mioduski w "Wilkowicz Sam na Sam": Znając Romeo Jozaka, jego ambicją są topowe kluby na świecie. I to on podejmuje ryzyko. Bo jak mu się w Legii nie powiedzie, to będzie mu trudniej