Wypadek, operacja, zakrzepica, zator płucny i błyskawiczny powrót. Weronika Deresz: Trudno nie wierzyć w nic

- Żyły były tak wypełnione, że miałam wrażenie, że mi wybuchną. Później byłam przeszczęśliwa, że przechodzę 150 metrów, mimo że robiłam to z kilkoma przerwami, z przysiadywaniem na ławkach, bo noga nie wytrzymywała - opowiada wioślarka Weronika Deresz, mistrzyni świata i Europy. - Dwa miesiące temu nie umiałam chodzić, teraz mam dwa miesiące do kwalifikacji olimpijskich, a do igrzysk jest rok. To mnóstwo czasu - przekonuje. Deresz kilka miesięcy walczyła o powrót do zdrowia, zagrożone było jej życie. Teraz od kilku dni przebywa na zgrupowaniu kadry w Wałczu.

Łukasz Jachimiak: Wraca pani do sportu zaledwie cztery miesiące po skomplikowanym złamaniu nogi w wielu miejscach, po zakrzepicy i zatorze płucnym. "Czy stanę jeszcze kiedyś na podium? Tego nie wiem" - pisze pani na Facebooku. A ja mam wrażenie, że mimo wszystko dalej bardzo pani wierzy w olimpijski medal przyszłorocznych igrzysk w Tokio. Mylę się?

Weronika Deresz: Sport to całe moje życie, uprawiam go od 21 lat, a mam 33 lata. Po wypadku szybko wróciłam do sprawności, rehabilitacja mi się bardzo udała, bo cały czas sobie stawiałam jakiś cel. Nie medal olimpijski. Najpierw cel był taki, żeby się nauczyć stać. Później chciałam się drugi raz w życiu nauczyć chodzić. Jak to zrobiłam, zaczęłam siadać na rower stacjonarny. Szłam metodą małych kroków. A że otaczało mnie mnóstwo świetnych osób, to szło mi się łatwiej. Rehabilitanci bardzo we mnie wierzyli, kiedy nie miałam siły, powtarzali: "Zobaczysz, jeszcze kiedyś wrócisz do sportu, jeszcze staniesz na podium". Cały czas w to podium wierzę. Po takiej karierze sportowej jaką miałam, nie chciałam się godzić z losem, który mówił, że mogę zostać kaleką.

Zobacz wideo

Bardzo się pani tego bała?

- Gdy po wypadku na nartach usłyszałam, że w kolanie mam wszystko powyrywane i jeszcze kości połamane, to pomyślałam "Kurczę no, będę kaleką". Słyszałam, że coś takiego się rehabilituje półtora roku. Wyglądało na to, że noga nigdy nie będzie w pełni sprawna. Wszyscy mi mówili, że rehabilitacja jest długa, mozolna, że do pełnej sprawności dochodzi się bardzo długo. Jeśli w ogóle się dochodzi. Czytałam artykuły, z których dowiadywałam się, że 60 procent ludzi po takich urazach nigdy nie wraca do sportu, do dużej aktywności, bo dysfunkcja w stawie kolanowym jest zbyt wielka. Może te teksty mi pomogły, bo ja jestem uparta i nie przyjmowałam do wiadomości, że powrót nie będzie możliwy.

Gorzej, że wkrótce dostała pani kolejne ciosy przy których pogruchotana noga chyba nie była największym problemem?

- To prawda, przyszły dużo gorsze rzeczy. Nie przyszły, spadły na mnie jak grom z jasnego nieba. Nagle cała noga zaczęła boleć, zmieniła kolor, zrobiła się sina. Przez brak krążenia żyły były tak wypełnione, że miałam wrażenie, że mi wybuchną. Okazało się, że to jest zakrzepica. Na szczęście została bardzo szybko rozpoznana. Gdy tylko zaniepokoiły mnie pierwsze objawy, od razu zaalarmowałam lekarzy. Znałam symptomy zakrzepicy, bo od lat mam kolegę, który się z nią zmaga. Lekarzom dałam szybko znać, że to nie jest tylko obrzęk pooperacyjny, dostałam leki przeciwzakrzepowe, ale niestety okazało się, że któryś z zakrzepów się urwał i trafił do płuca. Kiedy zrobił mi się zator płucny, to był dramat. Jechałam do szpitala na Banacha i bałam się, że już nie wyjdę.

Zakrzepicę na pewno dobrze pamięta pani też sprzed igrzysk w Rio, gdy dwa czy trzy dni przed wylotem do Brazylii okazało się, że cierpi na nią Joanna Dorociak, z którą tworzy pani osadę?

- Widząc, że coś dziwnego dzieje się z jej ręką powiedziałam "Asia, ja wiem, że to brzmi jakby było niemożliwe, ale ty masz chyba zakrzepicę". Wszyscy się dziwnie spojrzeli, bo nikt nie chciał uwierzyć, że dziewczyna, która ma 22 czy 23 lata może mieć zakrzepicę. Młoda, zdrowa, nigdy nic jej nie było, a jednak się nie pomyliłam. U Asi szybko podjęto terapię, a i tak się okazało, że zrobiono to w ostatniej chwili. Bo zakrzepica w fazie ostrej ma przebieg po prostu piorunujący.

Chyba wszyscy o tym wiemy od śmierci Kamili Skolimowskiej.

- Zgadza się. Co ciekawe, po operacji rehabilitowałam się w Carolina Medical Center, gdzie przychodził też na rehabilitację nogi tata Kamili. Kiedy pan Robert Skolimowski dowiedział się, że mam zakrzepicę, to gdy tylko spotykał mnie na sali rehabilitacyjnej, od razu do mnie przychodził i dodawał mi otuchy. To bardzo pozytywny człowiek, dawał mi bardzo duże wsparcie. Tryskał humorem, a kiedy widział, że mam wyjątkowo trudny moment, gdy patrzył mi w oczy i widział, że dopiero co płakałam, mówił: "Co się smucisz, gwiazdeczko? Wszystko będzie dobrze". Naprawdę świetny człowiek. W ogóle podczas choroby i rehabilitacji spotkałam bardzo wielu fantastycznych ludzi. To mi bardzo dodawało sił. Spotkało mnie mnóstwo bezinteresownego dobra, to mi pomogło walczyć o siebie, o powrót. Kiedy miałam momenty zwątpienia, to inni naprawdę nie pozwolili mi się poddać, wierzyli we mnie, popychali mnie do przodu, nie pozwalali mi się zamknąć w tej chorobie, pogodzić się z może nie kalectwem, bo to za duże słowo, ale na pewno z niepełnosprawnością. Paradoksalnie choroba dała mi dar. Konkretnie spotkania niesamowitych ludzi. Ja wręcz odzyskałam wiarę w ludzi, w bezinteresowne dobro. Byłam zadziwiona tym wszystkim i teraz mam nowe spojrzenie na świat.

Z Martyną Nowak pracowała pani wcześniej, czy bliska pomoc psychologa dopiero w tym trudnym czasie okazała się bardzo ważna?

- Poznałyśmy się przed igrzyskami w Rio, bo do nas na zgrupowania cyklicznie przyjeżdżają psychologowie i jedną z psycholożek była pani Martyna. W trakcie choroby byłam w stałym kontakcie z naszą kadrową doktor. Żaliłam jej się, że mam momenty depresyjne, że sobie nie radzę z dźwiganiem tej całej sytuacji. Ona mi zasugerowała, że mogłabym popracować z którymś z psychologów olimpijskich, no i pani Martyna zaczęła do mnie przyjeżdżać na spotkania. Krok po kroku się odgrzebałam z kryzysu również emocjonalnie.

Co najtrudniej było pani przeskoczyć, jeśli chodzi o psychikę?

- Najtrudniejsze dla sportowca jest chyba poczucie bezsilności. Zawsze się było osobą silną, sprawną, zdecydowaną, a nagle przyszła potworna bezradność. Nie byłam w stanie nic zrobić, nawet szklanki wody sobie przynieść. W pierwszym stadium, zaraz po wypadku i po operacji, noga zamurowała mnie w łóżku. Poruszałam się o kulach, na chorej nodze przez trzy tygodnie nie mogłam stawać, nie mogłam jej ani trochę obciążać, bo miałam zszywaną łąkotkę, więc skakałam o kulach na jednej zdrowej nodze. Byłam załamana. Wyzwaniem dnia - i nie mówię tego z przesadą - było dla mnie wtedy dojście do toalety, umycie zębów. Przejście korytarzem mieszkania było dla mnie jak wyprawa pod Mount Everest.

Kiedy zaczęła Pani chodzić?

- Półtora miesiąca po operacji. Ponownie nauczenie się chodzenia to był powtornie ciężki proces. Głowa się buntowała, nie pozwalała mi obciążać nogi. Miałam problem z przewodnictwem nerwowym.

Był strach, że noga nie wytrzyma?

- Ogromny strach. I do tej pory mam lęki. Ciągle uczę się nowych czynności. Najpierw nie mogłam ustać. Pionizowano mnie, a mi się w głowie kręciło i momentalnie musiałam siadać. Organizm się bronił. Później była walka, żeby postawić pierwszy krok o kulach. Później bez kul. Wszystko było wyzwaniem. Wchodzenie po schodach wyglądało tak, że na każdy jeden schodek się wdrapywałam kosztem gigantycznego wysiłku. Dwa miesiące trwało, zanim zaczęłam schodzić po schodach jak normalni ludzie, a nie krokiem dostawnym. Wypadek, choroba - to wszystko nauczyło mnie doceniać to, co wydaje nam się, że jest oczywiste, że jest nam po prostu dane. Zawsze będę pamiętała, jak w końcu zaczęłam wychodzić z domu, jak sobie robiłam pierwsze wycieczki do sklepu osiedlowego. Byłam przeszczęśliwa, że przechodzę 150 metrów, mimo że robiłam to z kilkoma przerwami, z przysiadywaniem na ławkach, bo noga nie wytrzymywała. Ale mogłam sama sobie kupić pomidory i ogórki. Czułam się, jakbym medal zdobyła, to były naprawdę wielkie osiągnięcia. A gdy tak stopniowo sprawność wracała, to pani psycholożka zasugerowała, żeby spróbować zawalczyć o siebie. Ja nie miałam takiego pomysłu, nie miałam odwagi, żeby wrócić do sportu, ale ona powiedziała mi, że to dobrze zrobi głowie, jeśli spróbuję wrócić do tego, co robiłam, że to mi przywróci poczucie normalności, samodzielności, niezależności. Zdecydowałam się spróbować, ale dopiero gdy dostałam zgodę od lekarzy z kliniki angiologii. Kiedy się okazało, że żyły są w porządku, że zakrzepy i zatory ustąpiły i jak jeszcze dostałam zgodę na uprawianie sportu od ordynatora z Carolina Medical Center, gdzie miałam operację i rehabilitację, to uznałam, że spróbuję. Miałam pewność, że to bezpieczne, że nic mi nie zagraża. Gdyby były jakiekolwiek wątpliwości, to na pewno bym nie wróciła. Wiem, jaką drogę przeszłam, wiem co mi się przytrafiło i nie chciałabym swojego zdrowia narażać.

W takim razie chyba nie jest możliwe, żeby w tym momencie trenowała Pani tak intensywnie, jak o tej porze przed rokiem?

- Jeszcze trochę czasu potrzebuję, żeby wrócić do pełnej objętości treningowej. Obciążenie jest takie samo. Ale treningi teraz nie mogą być tak długie. Dlatego jestem dobrej myśli. Może ten mój powrót ma jakąś malutką szansę na sukces. Na pewno najważniejsze jest dla mnie, żeby zawalczyć o siebie. To nie jest tak, że sport to moja jedyna ścieżka w życiu i wracam, bo nie wyobrażam sobie nic innego, że nie mam alternatywy. Nie, ja wracam, bo chcę. To jest moja świadoma decyzja, wiem jaką drogę przeszłam, żeby wrócić, jaką cenę zapłaciłam i podchodzę z dużą pokorą do tego, czego jeszcze nie potrafię. Jednocześnie wierzę, że co tydzień granica będzie się przesuwać coraz dalej. W kwietniu nauczyłam się stawiać pierwsze kroki, może w sierpniu uda mi się wywalczyć kwalifikację olimpijską. A igrzyska są dopiero za rok.

Dla pani to bardzo dużo czasu, skoro powrót do sportu po tak trudnych przejściach zajął pani tylko cztery miesiące.

- To jest mnóstwo czasu. Dwa miesiące temu nie umiałam chodzić, teraz mam dwa miesiące do kwalifikacji olimpijskich. Mam bardzo dużo pozytywnej energii. Każdy trening jest dla mnie ważny, każdy jeden chwyt, każdy jeden ruch wykonuję świadomie jak nigdy wcześniej. Wiem, że mogę teraz zrobić mniej ćwiczeń, dlatego każde robię na 110 procent jakości. Moim nowym celem w życiu jest jakość. Mam nadzieję, że praca na jakości pozwoli mi odzyskać stracony czas.

Ile czasu spędzała pani na treningach latem ubiegłego roku, a ile pani treningi trwają teraz?

- Potrafię zrealizować normalną długość treningu podstawowego. On jest najważniejszy. Drugi trening jest tlenowy albo techniczny, dodatkowy. W pełni realizuję ten najważniejszy, na 100 procent.

Ile on trwa?

- Około półtorej godziny. Na wodzie wiosłujemy 16-18 km i to robię z pełnym zaangażowaniem. Ale rozmawiałam z trenerem, że drugi trening dla mnie na razie musi być modyfikowany. Pewnych rzeczy jeszcze nie mogę wykonać, na przykład nie mogę biegać. Dlatego bieganie zastępuję jazdą na rowerze stacjonarnym. I zamiast zrobić godzinę jazdy, na razie robię 40 minut. Albo idę popływać w basenie, co dla mnie może mieć walor terapeutyczny, żeby noga dalej odzyskiwała sprawność.

Mówiła pani, że najtrudniej było pokonać bezradność, ale na pani Facebooku czytamy też takie zdania: "Boję się szyderstw za plecami, że wciąż kuleję, a chcę ścigać się z najlepszymi. Boję się oceniania". Naprawdę myśli pani, że coś takiego może się zdarzyć?

- Jest taka obawa, bo spadłam z wysokiego konia.

Ale myśli pani, że dziennikarze albo kibice będą tak bezwzględni? Czy chodzi o ludzi z pani środowiska?

- To nie jest spersonalizowany strach, nie dotyczy konkretnych osób, konkretnego środowiska. Ale ja wiem, że w zeszłym roku byłam wicemistrzynią Europy, byłam zwyciężczynią Pucharu Świata. W tym roku w lutym zostałam praktycznie kaleką, a chcę wrócić. Jak mówiłam, że chcę wrócić, to wielu ludzi się pukało w czoło, słyszałam, że dopiero za półtora roku moja noga będzie mogła pracować w pełnych obciążeniach. Ona jeszcze jest trochę inna, ale radzę sobie. A jak mi się zmęczy po treningu, to się śmieję, że to sztuczne materiały w niej się zmęczyły.

Co w niej jest?

- Miałam przewiercane kości, żeby wprowadzić sztuczne materiały. Mam zrobione więzadło krzyżowe ze ścięgna mięśnia smukłego, które jest jednym z mięśni dwugłowych.

Zrobiono pani przeszczep?

- Tak, to ścięgno pełni teraz funkcję więzadła krzyżowego i jest połączone z jakimś materiałem wzmacniającym, sztucznym. Mam też wstawione sztuczne więzadło poboczne piszczelowe, tam taśma mi zastępuje więzadło.

Przejdzie pani bez problemu przez bramki na lotnisku?

- Myślę, że jak zobaczą, że to wszystko jest w środku nogi, to nie będą mnie brać za kogoś groźnego. Mimo że te wszystkie sztuczne materiały są w mojej nodze poprzybijane kotwicami, haczykami, guzikami.

To wszystko zostanie z panią na zawsze?

- Niestety, miałam na tyle poważne obrażenia, że wstawiono mi nie takie materiały, które się daje tymczasowo, by wzmocnić nogę w procesie gojenia, tylko to są rzeczy wstawione na całe życie. Cóż, po treningu trochę kuleję, wtedy się trochę boję szyderstw, więc sama żartuję, że wszystko przez te materiały. Wracam do środowiska, które jest bardzo wymagające. Zawodnicy kadrowi to jest sportowa elita, to najlepsi z najlepszych, spośród kilku tysięcy. Zdaję sobie sprawę z tego, że to środowisko ostro ocenia.

Przyjechała pani do Wałcza i co? Była jakaś szyderka, choćby życzliwa?

- Na razie nie spotkałam się z żadną. Wiadomo, że ludzie będą coś mówić, będą mieć swoje opinie, ale nie należy wszystkiego słuchać. Ja się zdecydowałam na powrót i skupiam się na swojej pracy. Nie jestem w stanie obiecać, że coś wywalczę, ale na pewno włożę całe serce w to, żeby moja praca przyniosła jeszcze jakiś efekt, żebym jeszcze zdobyła jakiś medal dla Polski. To jest dla mnie fantastyczna rzecz, bycie sportowcem to moje powołanie.

Weronika DereszWeronika Deresz Weronika Deresz, Facebook zawodniczki

Na wiośle z pani facebookowego zdjęcia jest jeszcze trochę miejsca na medale.

- Tak, jeszcze olimpijski medal na pewno by się zmieścił. Tylko jego mi brakuje, czekam na niego całe życie. Byłam bardzo mocno zmotywowana do powrotu do sportu właśnie dlatego, że olimpijski medal jest jedynym, jakiego nie mam. Chciałabym na igrzyskach w Tokio postawić kropkę nad i w mojej karierze i wtedy odejść. Cały czas wierzę w ten mój medal. Myślę, że to on dał mi siłę, by przezwyciężyć zakrzepicę i zator. By wierzyć, że wszystko się dobrze skończy. "Trudno nie wierzyć w nic" - cytując zespół Raz Dwa Trzy.

Jeśli zdobędzie pani ten medal, to proszę go powiesić na szyi. Wiosło niech dźwiga wszystkie medale, ale ten jeden wyjątkowy niech będzie wyróżniony.

- Gdybym zdobyła olimpijski medal, to cały rok bym z nim chodziła na szyi! Przeszczęśliwa!

Żadna inna biżuteria nie byłaby potrzebna?

- Olimpijskie złoto to by była biżuteria na zawsze najbliższa mojemu sercu.

Na narty jeszcze kiedyś pani pójdzie?

- Cały czas walczę z ograniczeniami w mojej głowie, ale tu strach jest jednak na razie za duży. Na pewno przed igrzyskami nie będę próbowała go przełamać. Na narty pójdę, ale tylko na biegowe, w ramach zimowych treningów. Po wypadku bardzo wzrosła moja awersja do ryzyka. Wcześniej miałam zuchwałe podejście. Generalnie sportowcy myślą, że są silni, niezniszczalni, sport przynosi ze sobą taką zuchwałość. Okazało się, że jednak w jednej chwili cały świat może praktycznie lec w gruzach. Dlatego na razie będę bardzo ostrożna, dziwne pomysły zostawię na czas po igrzyskach.

Wróćmy do pani pomysłów na siebie, bo powiedziała pani, że sport to nie jest jedyna ścieżka. Ci, którzy pamiętają panią z występu w "Milionerach" wiedzą, że ma pani szerokie zainteresowania, a co panią interesuje szczególnie?

- Rynki finansowe, instrumenty pochodne, inwestycje. Ale przede wszystkim mam dużo biznesowych pomysłów na rozkręcenie jakiejś firmy. I mam wokół mnóstwo ludzi, o których wiem, że z nimi te pomysły by zagrały. One tylko czekają na swoją kolej w moim życiu. Na razie sport był priorytetem, a gdyby odszedł, to zaczęłabym urzeczywistniać te pomysły, które mi się w głowie uzbierały przez lata kariery. Myślę, że to też byłaby inspirująca przygoda.

Przedstawi pani w skrócie pomysł, który zrealizowałaby jako pierwszy?

- Nie mogę, bo chodzi o rzeczy do opatentowania, a jak wiadomo samej idei nie można opatentować, musi mieć ona fizyczny wymiar. Powiem tylko, że mam pomysły na ciekawe aplikacje, które by ułatwiły życie. Oczywiście trzeba by było nad tym przysiąść, popracować, włożyć dużo czasu w reklamę, promocję. Tę stronę byłabym w stanie rozwijać, a o techniczne aspekty zadbaliby ludzie, o których wspomniałam. Ech, żałuję, że doba ma tylko 24 godziny. Szczególnie po tym wypadku czuję, że chciałabym zrobić dużo więcej niż pozwala mi na to czas. Mam poczucie, że żyję w permanentnym niedoczasie, tak mi apetyt na życie wrócił.

Do kolejnych teleturniejów też by się pani chętnie pozgłaszała? Skoro dobrze wyszło w "Milionerach", to może sukces byłby również na przykład w "Jednym z dziesięciu"?

- Ja już byłam w "Jednym z dziesięciu", jeszcze przed "Milionerami"!

I jak pani poszło?

- Odpadłam o jedną osobę przed finałem. Do tego programu, inaczej niż do "Milionerów", można się zgłaszać ponownie, ale ja lubię nowe doświadczenia. U mnie o starcie w teleturniejach nie decydowała chęć wygranej, tylko chęć sprawdzenia się w sytuacji, która mnie zawsze interesowała. Byłam pasjonatką "Jednego z dziesięciu", uwielbiałam pana Sznuka, tak samo zawsze podobał mi się koncept "Milionerów" i myślałam sobie, jakby to było siedzieć przed Hubertem Urbańskim i słyszeć kolejne pytania. Jak mi się udało przejść wieloetapowe eliminacje i usiadłam przed Hubertem, to byłam przerażona. To jest inny rodzaj strachu niż w sporcie, dużo większy. W sporcie mam poczucie własnych kompetencji, wiem na co mnie stać i konsekwentnie egzekwuję moje plany. Natomiast w "Milionerach" to było takie: "O kurczę, o co teraz mogę być zapytana?" Jest lęk, że w nerwach coś człowiek palnie i pół Polski się będzie śmiało, bo to się stanie viralem, jak niektóre wpadki z "Familiady". Naprawdę trochę mnie paraliżował strach, że zostanę kolejnym antybohaterem z teleturnieju, ale na szczęście wyszło nie najgorzej [Deresz wygrała 40 tysięcy złotych].

Więcej o: